Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ukryta Prawda – recenzja książki pt. „Misja 100”

„Misja 100” autorstwa Kass Morgan była reklamowana jako duchowa następczyni „Igrzysk Śmierci”. Do wspomnianej pozycji książce daleko, ale pomimo tego powinna stanowić gratkę dla młodych czytelników (ze wskazaniem na płeć piękną), bardziej wymagający odbiorcy natomiast mogą mieć problemy z dokończeniem lektury.

Zacznijmy od początku. Fabuła „Misji 100” toczy się 300 lat po nuklearnym kataklizmie. Ocalała część ludzkości opuściła planetę i zamieszkała na stacji składającej się z trzech połączonych statków kosmicznych. Mieszkańcy poszczególnych pokładów mają różny akcent i cechy szczególne, pojawia się nawet swego rodzaju podział kastowy. Uprzywilejowani ocaleni żyją razem z przedstawicielami władzy na „Feniksie”, a klasa robotnicza gnieździ się na przeludnionych „Waldenie” i „Arkadii”. Dalsza egzystencja w kosmosie staje się problematyczna, stare statki nie są w stanie utrzymać przy życiu rozrastającej się populacji. W odpowiedzi na ten stan rzeczy rządzący decydują się wysłać na opustoszoną Ziemię setkę młodocianych przestępców, w celu sprawdzenia warunków pod nową kolonizację. Spośród nich wyłania się czterech głównych bohaterów – Wells, Clarke, Glass i Bellami.

Narracja i budowa książki przypomina tę znaną z takich pozycji, jak „Gra o Tron”– każdy rozdział rozpoczyna się imieniem danego bohatera, z którego perspektywy następnie obserwujemy wydarzenia. Akcję rozbito na dwa wątki: pierwszy, toczący się na dzikiej Ziemi i drugi, na stacji kosmicznej (jednej z bohaterek udaje się uciec z promu skazańców). Skupmy się więc na poczynaniach młodych kolonizatorów na planecie, ponieważ to tam toczy się lwia część powieści. Zawiodą się ci czytelnicy, którzy oczekują finezyjnych mutacji i potworów rodem z „Metro: 2033”. Po 300 latach promieniowania Ziemia pokryła się gęstymi lasami i doczekała dwugłowych łosi. Żadnej większej postapokaliptycznej fantazji tutaj nie uświadczymy. Mimo usilnych starań autorki, aby nadać wydarzeniom dramatyczny charakter, życie setki wybrańców bardziej przypomina zieloną szkołę niż walkę o przetrwanie na obcej planecie. Główni bohaterowie spędzają czas na roztrząsaniu swych młodzieńczych miłości, ganianiu się po lesie, zalewaniu łzami, wygłaszaniu płomiennych, romantycznych deklaracji i uciekaniu przed strzałami kupidyna, który to zdaje się strzelać do nich z CKM-u.

Wątek osadzony na stacji kosmicznej, co prawda pokazuje drakońskie prawa rządzących, walczących o przetrwanie rodzaju ludzkiego, jednak podobnie jak w wątku na Ziemi, prym wiodą rozterki nastolatków.

Trzon relacji między protagonistami przypomina schemat komedii romantycznej, każdy z bohaterów (z wyłączeniem Bellamiego) ma ukochaną/ukochanego. Dzięki retrospekcjom rodem z „Zagubionych” poznajemy piękne początki romansów naszych postaci, później zostajemy rzuceni w środek kryzysu, następnie obserwujemy powolny proces schodzenia się, a finalnie, na skutek przewrotu fabularnego, następują kolejne kryzysy, których rozwiązanie znajdziemy zapewne w drugiej części powieści. Śledzenie miłosnych perypetii nastolatków może przyprawić młodszych czytelników o wypieki, jednak starsi popukają się w czoło czytając „poetyckie” opisy ich emocjonalnych uniesień – „Ach! Jej włosy były takie piękne w świetle dogasającego ogniska, ach, ach!” – albo bardziej przyziemnych sytuacji – „Clarke starała się nie patrzeć na jego umięśniony tors, kiedy rąbał drewno”.

Na skutek takiego, a nie innego sposobu poprowadzenia historii, wyłania się smutna prawda o „Misji 100”. Powieść to prościutki romans dla nastolatek w otoczce science fiction. Oczywiście, co dla jednych będzie wadą, dla drugich okaże się zaletą. Lektura tej książki może dostarczyć silnych emocji początkującym czytelnikom. Dzieło pani Morgan jest napisane lekkim i przystępnym językiem, dzięki czemu książkę szybko się czyta. „Misja 100” ma także swoje przesłanie. Młodzi bohaterowie stawiający pierwsze kroki na nieznanej planecie, chłoną jej piękno, zachwycają się tym, co na współczesnym człowieku nie robi dużego wrażenia (np. wschodem i zachodem słońca). Rodzi to pytanie, czy na pewno dostrzegamy urok otaczającego nas świata?

Lektura „Misji 100” dla jednych będzie mordęgą, dla drugich przyjemną odskocznią na popołudnie. Dość powoli rozkręcająca się akcja, gwałtownie przyspiesza w finale, rzucając nowe światło na pozornie prostolinijnych bohaterów i tajemnicę Ziemi. Zapewne niedługo doczekamy się wydania kontynuacji pt. „Day 21”. Na motywach książki powstał serial „The 100”, mocno odbiegający od literackiego pierwowzoru i znacząco rozbudowujący fabułę, co wielu oglądających uważa za plus. Nie może być inaczej w przypadku, kiedy autorka powieści sama przyznała, że główne założenia fabuły wymyśliła jej przyjaciółka. Kass Morgan ograniczyła się jedynie do opisywania męskich torsów i kolonijnych miłości*.

*Co prawda, autorka w pewnym momencie spuszcza nieco z patetycznego tonu i puszcza oko do czytelnika. Jedna z głównych bohaterek otrzymuje zadanie domowe, którym jest porównanie sposobu przedstawienia wampirów w prozie z XIX i XX wieku z krwiopijcami ukazanymi na początku wieku XXI. Wiadomo o kogo chodzi 🙂

Ocena: 3/5

Dyskusja