Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Malajski Excalibur” – recenzja

Nieodległa przyszłość szykuje wielkie zmiany na polityczno-gospodarczej mapie świata. Drastyczny spadek cen papierowego pieniądza spowodował załamanie się dotychczasowego systemu wartości, a to pociągnęło za sobą rozpad Unii Europejskiej oraz koniec amerykańskiego snu. Świat Zachodu pogrążył się w biedzie i chaosie. Korzystając ze zmieniających się warunków, roszczenia do panowania nad globem wysunęły Chiny oraz wspólnota arabska. Panująca między nimi zimna wojna trwa już od lat, jednak żadne z nich ani na chwilę nie przestało szukać okazji do zdobycia kolejnych wpływów. Jedną z głównych aren starć staje się Malezja, która będąc państwem zdominowanym przez islam, jest też kulturowo i geograficznie zbliżona do Chin. W wielokulturowym tyglu zapadną decyzje definiujące dalszy rozwój ludzkości.

Owain Llewelyn, mieszkający od lat w stolicy Malezji Brytyjczyk, jest jednym z najlepszych trackerów. Potrafi wyśledzić i dostarczyć zleceniodawcy niemal każdy zagubiony lub skradziony przedmiot albo też odnaleźć porwane i ukrywające się osoby. Dzięki sporemu doświadczeniu i licznym znajomościom stał się człowiekiem zdolnym dokonać niemożliwego. Nie wie jednak, jakie kłopoty ściąga na swoją głowę, kiedy postanawia przyjąć najnowsze zlecenie. Okazuje się, że niebawem w parlamencie odbędzie się głosowanie nad zniesieniem ustawy, która pozwala zagranicznym korporacjom wykupować miejscowe firmy. Ani partie wspierane przez forsujących to rozwiązanie Arabów, ani te popierające stronę chińską nie mogą uzyskać większości bez głosów jednej z opozycyjnych partii, która mimo tego, że jest dużo mniej liczna, rozdaje karty w rządzie, popierając jedną ze stron. Szef i założyciel partii znany jest z tego, że wspiera to ugrupowanie, które w danym momencie może mu więcej zaoferować. Dlatego, w zamian za głosy, zażyczył sobie czegoś niemal niemożliwego – wesprze tego, kto dostarczy mu zaginiony przed wiekami Taming Sari – legendarny azjatycki miecz, rangą odpowiadający Excaliburowi z kronik arturiańskich. Łatwo się domyślić komu powierzono niewykonalne zadanie, wymagające przeszukania całego Kuala Lumpur.

„Malajski Excalibur” to debiutancka powieść Daniela Nogala, autora-podróżnika zamiłowanego w Azji. Swoją sympatię i znajomość Dalekiego Wschodu przelał na karty książki, dzięki czemu zyskuje ona na wiarygodności. Wizja niedalekiej przyszłości Ziemi, gdzie to azjatyckie tygrysy rozdają karty w światowej gospodarczej grze, wygląda kompletnie i interesująco. Szkoda tylko, że intryga, której musi sprostać bohater jest dość prosta i schematyczna. Owain wykonuje swoją misję, udając się od jednego informatora do drugiego, u każdego dowiadując się kto może dysponować kolejnym kawałkiem układanki. Na dodatek niezbyt wiarygodnie wyglądają kryjówki przez całe dziesięciolecia chroniące największe skarby, do których mapę można było uzyskać z niezbyt wielką trudnością. Wszystko to sprawia, że cała historia, mimo klimatycznego i przemyślanego tła, nie trzyma napięcia i szczególnie nie zaskakuje czytelnika. Sytuację ratuje to, że autor umieścił w swoim utworze wiele intrygujących wątków pobocznych (dotyczących Triad oraz chińskiej armii). Dzięki temu książkę czyta się szybko i przyjemnie, choć nie znajdzie się ona z pewnością w gronie najbardziej odkrywczych powieści roku.

Młody wydawca Genius Creations, za sprawą odpowiedniej oprawy, stanął na wysokości zadania… Przynajmniej do pewnego momentu. Nieliczne literówki (choć podwójna spacja pojawia się nagminnie) są jedynym mankamentem aż do połowy utworu, jednak w drugiej części książki ustępują miejsca rażącym i stosunkowo licznym błędom, które świadczą o tym, że korektorzy i redaktorzy nie mieli czasu opracować tekstu do końca. Trudno bowiem uwierzyć, że korektor nie zauważył różnicy pomiędzy wyrazami „choć” i „chodź”. Takie potraktowanie obowiązków rzuca niestety cień na fachowość wydawcy. Należy mieć nadzieję, że młoda oficyna wyciągnie wnioski z tej porażki i kolejne zlecenia powierzy fachowcom sumiennie wykonującym swoją pracę.

„Malajski Excalibur” plasuje się zatem w peletonie wyścigu o tytuł najlepszego kryminału fantastyczno-naukowego. Może nie zachwyca zawiłą fabułą ani wyszukanym stylem literackim, jednak kolejne rozdziały czyta się przyjemnie (pomijając błędy wbijające szpilki w oczy czytelnika) i szybko. Jeśli zatem interesuje Was wizja przyszłości przedstawiona przez Daniela Nogala, możecie śmiało sięgnąć po tę książkę.

Ocena: 3/5

Dyskusja