Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Technologia, bitka, intryga – recenzja powieści „Rubieże imperium: Kraniec nadziei”

Motywami wielekroć powracającymi w twórczości Rafała Dębskiego są wielowarstwowe sekrety, zawikłane relacje pomiędzy postaciami oraz podróże po bezkresnym kosmosie. Najnowszą powieść, pierwszy tom trylogii o Wszechświecie podbijanym przez zwaśnione Cesarstwo i Republikę, uznać można za kompilację tych elementów w jednej książce. U boku kapitana Samuelsa, w samym centrum gorejącej od pokoleń wojny, rozpoczyna się seria bitewnych manewrów, z każdym załączeniem napędu coraz bliżej prowadząca ludzkość do pewnego niezwykłego odkrycia.

Sirenity

Niszczyciel „Sirene” (jawne oko w stronę fanów „Firefly”) nie jest ani najnowocześniejszym, ani najgroźniejszym okrętem imperialnej floty. Pewna cecha czyni go jednak znacznie użyteczniejszym od potężnych krążowników, pancerników zdolnych do podziału na wiele mniejszych statków bądź innych jednostek zbrojnych w najsilniejsze z dział. Jest to załoga, czynnik ludzki cenniejszy od dziesięciu innych zespołów marynarzy – jak stwierdza jedna z postaci. Aidan Samuels jest mistrzem dobrze skalkulowanej improwizacji, a przy tym człowiekiem tyleż szlachetnym, co niepoprawnym i miłującym się w wizytach w zamtuzach między misjami. Robert Shader to, pomimo braku ogłady, jeden z najlepszych artylerzystów, zaś Diego Martinez piracką przeszłość rekompensuje nawigatorską smykałką. Oni i wielu załogantów pod nimi tworzą obsadę jednego z najsłynniejszych – bądź niesławnych w przypadku admiralicji – oręży cesarza. Zamiłowanie do ryzyka skupia na nich spojrzenie dowództwa pod osobą inkwizytora Sebastiana Lermy. Ziemską kolebką Cesarstwa jest Hiszpania, co zgodnie z tradycją wiąże wyższą władzę z nazwą starożytnego już kościelnego ugrupowania. Po przeciwnej stronie stoi Republika, o korzeniach angielsko-amerykańskich i pomimo odmiennego ustroju, nie mniejszych grzeszkach wobec społeczeństwa. Zwerbowani na tajemniczą operację bohaterowie muszą wyruszyć na rubieże podbitego Kosmosu, gdzie starcie pomiędzy nacjami wydaje się nieuniknione.

Cywilizacja techniczna

Kreśląc społeczeństwo coraz śmielej radzące sobie z bezkresem przestrzeni, Dębski wiele uwagi poświęcił jego technicznym fundamentom. Co prawda wplatanie w narrację podstaw większości współczesnych bohaterom technologii wydaje się niezbyt pasować do przemyśleń pomiędzy kolejnymi starciami, wygodnie jednak zmiękcza zawarte w książce nuty hard sci-fi. Są tu tachiony – już naukowo udowodnione zawijanie czasoprzestrzeni (wciąż niedoskonałym) napędem grawitacyjnym, antymateria jako najdroższe z dostępnych źródeł energii oraz natychmiastowa komunikacja przez splątane cząstki. Cywilizacja z jednej strony zajęła wiele systemów i sterraformowała liczne kolonie, z drugiej – niektóre technologie nadal pozostają poza zasięgiem umysłu w sferze czysto teoretycznej. Wszystko tutaj pozostaje zależne od zasobów mocy, jednocześnie możliwe w teorii i trudne do zrealizowania bez oparcia w zdobyczach fizyki. Jako że podział na trylogię wymusza pewną dynamikę w fabule, nietrudno się domyślić, że wszystko tutaj może jeszcze ulec odmianie.

Autor pokazuje również, że choćbyśmy sięgnęli szczytu nieba, żadna z przywar człowieka go nie opuści. Wojsko pełne jest osób niekompetentnych, karierowiczów i naginających jak tylko się da literę prawa. Nawet sama wojna wydaje się raczej pretekstem do wydania funduszy na cele inne niż kolejne ekspedycje badawcze.

Międzygwiezdne pląsy

Istotą całej historii są oczywiście mordercze manewry, szalone i jednocześnie niepozbawione taktycznego sensu. Wątek bitewny w książce można uznać za bardzo atrakcyjny, miłośnicy space-operowych pościgów i wybuchów z pewnością znajdą tu wiele przyjemności. Walki prowadzone są dynamicznie, zagrożenie utraty tarcz czyha w każdej sekundzie i niejednokrotnie się urzeczywistnia. By je docenić, trzeba być jednak fanem takich fragmentów, w przeciwnym razie nietrudno o zagubienie w gąszczu nazw i klas statków, nazwisk ich dowódców i starszeństwa stopni. Autor używa ich jak synonimów, co – o ile jeszcze dla „Sirene” naturalne – w przypadku licznych okrętów towarzyszących wprowadzić już może w konfuzję. Z drugiej strony pomysłowość pisarza przekłada się na interesujące prowadzenie bitew, co pozwala nie skupiać uwagi na jakichkolwiek trudnościach z odbiorem.

Meandry dowodzenia

Dominantą „Krańca nadziei” nie jest jednak ani opis osiągnięć naukowych, ani wymiana laserowego ognia w starciach. Choć objętościowo zbliżone są do pozostałych składowych, na czoło wysuwają się zmagania Aidana z machiną Cesarstwa. Intryga prowadzona jest przez aparat władzy, który ludzi pokroju kapitana traktuje niczym mrówki, jednocześnie w pełni polegając na ich udźwigu. Aby przetrwać w niekorzystnych warunkach, Samuels musi zatem podjąć samodzielne starania zapanowania nad chaosem działań militarnych. Wsparcie odnajduje między innymi w Amandzie, kapitan bliźniaczego niszczyciela, o przeszłości silnie powiązanej z protagonistą. Niektóre fragmenty książki są ukazane zarówno z jej perspektywy, jak i innych dowódców, co udanie poszerza perspektywę. Pozostaje mieć nadzieję, że ten zabieg zostanie wykorzystany również w kolejnych tomach. Choć o Aidanie i niektórych towarzyszach po pierwszej książce powiedzieć można sporo, wiele postaci można uznać za dopiero nakreślone.

Długi początek

Tak samo jest z warstwą fabularną, która osiągnąwszy jedną trzecią swego biegu, dopiero zaczyna się konkretyzować. Pierwszą część „Rubieży imperium” uznać można za klimatyczny wstęp do akcji właściwej. „Zoroaster” to jedna z poprzednich powieści Dębskiego w podobnym formacie, w której zmieścił całkiem rozbudowaną, pełną zwrotów akcję. Tu jest to ledwie ekspozycja, w dodatku bez satysfakcjonującego zakończenia, lecz jedynie z próbą stworzenia cliffhangera. Tym sposobem można po lekturze oczekiwać na kolejny tom, nie będzie to jednak pełne niecierpliwości wracanie do poprzednich rozdziałów.

Reasumując, najnowsza książka autora „Czarnego pergaminu” to lekka w odbiorze powieść przygodowa z całkiem sensownym ładunkiem naukowym. Nie jest to książka, która może doprowadzić do zarwania nocy, ale możemy liczyć na to, że – wraz z rozwojem intrygi – nastąpi to już z kolejną częścią. Książkę polecić można miłośnikom kosmicznych batalii, jak i wszystkim próbującym zaznać sci-fi bez większego w nim obycia. Wizja Dębskiego nie wnosi nic nowego do gatunku, wręcz powiela niektóre elementy wcześniejszej twórczości pisarza, ale jako początek nowego cyklu zapowiada się bardzo obiecująco.

Ocena: 4/5

Dyskusja