Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wszystko było tam, gdzie powinno być – recenzja „Muzyki milczącego świata”

„Mogliście nie chcieć kupić tej książki.” – Pisze autor w przedmowie. Ostrzega czytelników przed nietypowym charakterem powieści, którą mają w rękach. Są to słowa szczere, odważne i mogące zarówno wzbudzić ciekawość czytającego, jak i go zniechęcić. Dokładnie tak, jak powieść sama w sobie.

Podobno książki nie ocenia się po okładce, ale dla wzrokowca to żadna wymówka. Miękka oprawa stosunkowo cienkiej powieści stylistyką przypomina te znane z cyklu „Kroniki Królobójcy”. Rzucający się w oczy tytuł, irytujący czerwony pasek z nazwiskiem autora, tajemnicze zdjęcie – wszystko to sprawia wrażenie, że „Muzyka…” ma coś wspólnego z historią Kvothe’a, znaną z „Imienia wiatru”. Jednak nic bardziej mylnego, o czym zapewnia nas autor w przedmowie.

Książce uroku dodają czarno-białe ilustracje utrzymane w nieco komiksowym, graficznym stylu. Mniejsze wydają się czasem bezsensowne, choć starannie narysowane, zaś większe przyciągają oko, ciesząc je prostym oddaniem świata powieści. Styl wkomponowania obrazów w tekst nie jest jednolity – duże ilustracje zajmują całą stronę łącznie z marginesami, ale te mniejsze zostały wciśnięte na brzegi stron lub bezpośrednio w tekst, co daje nieco chaotyczny efekt.

Sama powieść skupia się na losach Auri – byłej studentki Uniwersytetu, która pojawia się w historii Kvothe’a opowiedzianej w „Imieniu wiatru”. Dziewczyna zamieszkuje skomplikowany system tuneli leżący pod Uniwersytetem, zwany Podspodziem. Książka dopowiada wszystko to, co chcielibyśmy wiedzieć o Auri i jej nietypowym mieszkaniu, a czego nie zawarto w cyklu „Kroniki Królobójcy”. Nietrudno się dziwić, dlaczego ze wszystkich postaci przewijających się w cyklu, autor wybrał właśnie Auri – dziewczyna pełna zagadek niewątpliwie ma potencjał.

Każda strona powieści w kunsztowny sposób otwiera przed czytelnikiem umysł tajemniczej i nieco szalonej bohaterki. Jej działania i przemyślenia stanowią kanwę opowieści, nadrabiając brak akcji i wielowątkowości. Rothfuss sprawił, że mimo trzecioosobowej narracji, czytelnik ma wrażenie, iż spogląda na świat oczami bohaterki. Momentami można tak zatracić się w „Muzyce…”, jakby samemu pędziło się przez korytarze Podspodzia.

Oprócz umysłu Auri, Rothfuss prezentuje czytelnikom tajemnicze zakątki podziemi Uniwersytetu, które są skomplikowanym i pełnym drobnych, acz istotnych szczegółów tłem opowieści. Istotnym elementem „Muzyki…” są… przedmioty, które Auri znajduje w podziemiach. Bohaterka tworzy ze znalezionymi drobiazgami szczególną więź, troszcząc się o nie i szukając dla nich odpowiedniego miejsca w zapomnianym świecie Podspodzia. Niektóre z nich rozpatruje jako potencjalne prezenty dla – zdaje się – jedynej znanej jej osoby, której pojawienie się jest smaczkiem dla czytelników „Imienia wiatru”.

Dodając do siebie te dwa elementy – Auri i Podspodzie – otrzymujemy powieść odważną, bo niemal pozbawioną akcji, lecz wciągającą dzięki swojej drobiazgowości i mistycyzmowi. Rothfuss nie szczędzi skrupulatnych opisów otoczenia, złożonych porównań i bogatych monologów. „Muzyka…” to porcja dobrej, przesyconej tajemniczością prozy, która zaprzecza temu, jakoby w fantastyce wszystko zostało już wymyślone i napisane.

Jednak jak zauważa sam autor, powieść ta to w zasadzie portret – niemal 150 stron współodczuwania rozterek Auri. Co za tym idzie, wielu czytelników może po przeczytaniu „Muzyki…” odczuwać pewien niedosyt. Nie uświadczymy tu wartkiej akcji, smoków, wybuchów ani burzliwych romansów. Otrzymamy 150 stron oderwania od rzeczywistości. Zgaduję, że część czytelników odłoży książkę bardzo szybko. Ci, którzy przetrwają, zachwycą się nad tym, jak bardzo można zatracić się, czytając osiem stron zawierających opis wyrobu mydła.

„Muzyka milczącego świata” nie trafi do każdego. Mimo to jest powieścią magiczną (w bardzo delikatny sposób), wciągającą, a nawet zmuszającą do refleksji. Można ją śmiało polecić… ale tylko odważnym!

Ocena: 4.5/5

Dyskusja