Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Kłamca. Papież sztuk” – recenzja

Jakub Ćwiek cokolwiek lubi zaskakiwać. W pewnym sensie jest kontrowersyjny, przełamuje tabu, uderza bezpośrednio, niczym jego mentor Stephen King, ale przede wszystkim na siłę nie próbuje niczego upiększać. Dzięki temu jego teksty czyta się bez uczucia wymuszonej powagi, tylko po prostu się wie, że akurat tak chciał nam przedstawić opowieść. Z newsem o najnowszym „Kłamcy” było podobnie, jak z powieścią „Ciemność płonie” – wiadomość pojawiła się niespodziewanie, na krótko przed premierą i po raz kolejny udowodniła, iż mamy do czynienia z pisarzem, który bynajmniej nie wychodzi z formy i dopiero zamierza zaprezentować czytelnikom swoje umiejętności. „Kłamca. Papież sztuk” to zasadniczo kwintesencja tego, z czego ów pisarz słynie (czyt. popkultury przedstawionej w wariancie idealnie wkomponowanym w uniwersum).

Opowieść zaczyna się pozornie szablonowo, niby to powielając schematy z poprzedniczek, jednak już po paru stronach możemy stwierdzić, że nasze przypuszczenia są jak najbardziej mylne, a samemu antybohaterowi przyjdzie się zmierzyć z kimś, kto nie będzie wyzutym z mitycznej mocy bogiem, lecz kimś u szczytu formy, na kogo tradycyjne środki protagonisty na niewiele się zdadzą. Lokiemu i spółce przychodzi tym razem pobawić się w detektywów, nie tylko szukając nowego antagonistę, ale także wynajdując sposób jego likwidacji, wszystko zaś w ukryciu przed anielską świtą, która z drugiej strony zaczyna węszyć pewną nieścisłość.

Znany ze swojej wiedzy o popkulturze Ćwiek uosobił ją w najnowszej historii w postaci nietuzinkowego przeciwnika głównego bohatera, zdobywającego rzesze „wyznawców” w całkowicie innym stylu, niż robił to na przykład Światowid. Przez to nowy antagonista zyskał: primo – nowatorskie umiejętności, secundo – szeroką ich paletę. Magiczne zdolności przyczyniły się do spektakularnych wyczynów, zręcznych ucieczek i zdobywania tego, na co akurat bóg popu miał kaprys. Jedynym problemem było doświadczenie, które z kolei posiadał nasz uwielbiany schrystianizowany nordycki bóg. I tak oto nieodgadnionemu schwarzcharakterowi przyszło się zmierzyć z wieloletnim łowcą mitycznych postaci.

Czytelnicy, którzy choć raz mieli przyjemność spotkać się z prozą autora, wiedzą, iż jego pióro nie jest szczególnie ciężkie, a narracja nie zastawia wymyślnych pułapek językowych, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że sam Ćwiek nie pozostawił dla starych znajomych Kłamcy paru wcale ciekawych smaczków. Warto wspomnieć, iż – niestety – aby zrozumieć merytorycznie istotę „Papieża sztuk”, powinno się wcześniej zapoznać z pierwszą i drugą częśią cyklu, a już znajomość „Machinomachii” całkowicie rozwieje chronologiczne galimatiasy fabuły. Zasadniczo sama fabularna opowieść nie przynależy do tych nader długich, zajmuje co prawda znaczącą większość książki, ale reszta wydzielona jest dla anegdot, doświadczeń i historii związanych z całym uniwersum i drogą do jego powstania.

„Papież sztuk” nie jest bynajmniej książką komiczną, chociaż odnaleźć w niej można całą gamę wszelakiego rodzaju humoru – inteligentnego, rubasznego czy czarnego (który, zwłaszcza w wydaniu imć Ćwieka, jest wyrazistym elementem świata Lokiego). Nie raz przyjdzie czytelnikowi skrzywić twarz w pociesznym grymasie, zaśmiać się czy nie pohamować parsknięcia. Sedno powieści pokazuje, że adresat utworu nie zadowoli się samym komizmem postaci i słowa, że jedynie to wprowadzi go w dobry nastrój. Meritum zobrazowuje nam jaką skomplikowaną gimnastykę pomysłową musi przejść autor, aby zarówno w błyskotliwie dowcipny i ujmujący sposób dotrzeć a zadziwić odbiorcę. Idealnie skonstruowana historia powinna wpasować się i być zarazem doskonale wywarzona. Wiele osób nie przyjęło zbyt przychylnie opowiadania „Galeria”, które wcale nie było aż tak nietaktowne. Kłamca (czyt. nordycki trickster – Loki) skorzystał z niebywale trywialnego podstępu, aby zdobyć to, czego aktualnie potrzebował, i w „Galerii” nie zaprezentował się ze strony, której nie dałoby się znaleźć w utworach innych autorów wykorzystujących postać Lokiego. Autor w żadnym wypadku nie sympatyzuje z obrazoburstwem, co najwyżej swoistą satyrą krytykuje istniejące fakty.

Jakub Ćwiek cokolwiek lubi zaskakiwać. „Kłamca. Papież sztuk” zapewne zaskoczył niejedną osobę swoim nagłym przybyciem, ale dopiero treść jest naprawdę zaskakująca. Sięgając po książkę, czytelnik prócz tekstu może w najlepszym razie oczekiwać ilustracji, maksymalnie dodatkowego komentarza – swoistych: przedmowy czy posłowia. Autor w jubileuszowej pozycji sprawił, że w pewnych momentach czytelnik sam chwyta stery opowieści i dostaje jasną odpowiedź na pytanie „co by było, gdyby?”. A dwoma największymi zaletami utworu są ścisłe nawiązania do popkultury oraz niejednolita forma (tudzież zmiana mediów przekazu). „Kłamca. Papież sztuk” zatem to nie tylko stricte książka, ale pewien melanż, który jeszcze może w literaturze sporo namieszać.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja