Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Mrok zamknięty w trumnie” – recenzja „Baśnie. Czasy mroku”

Dzieci uwielbiają zagłębiać się w magiczne światy „zza siedmiu gór, zza siedmiu lasów”, gdzie wszyscy bohaterowie mają stricte narzucone role, a zachowanie i wygląd z góry przypisują im cechy charakteru. Prawda, dziś baśnie mogą wydawać się liniowe, czasem z niebywale zmyślnymi motywami czy nawet wątkami, które posłużyły za podstawy wielu późniejszym interpretacjom, parafrazom i nawiązaniom. W czasach skrajnej młodości były to wrota do krain wyobraźni, do zalążku ciekawości świata, zarzewie pragnienia poznawania nowych historii i poszerzania horyzontów (nie tylko wyobraźni). Seria „Baśnie” Willinghama to w pewnym sensie swoista – acz nieoficjalna – kontynuacja wielu mniej lub bardziej znanych bajek magicznych, a raczej losów ich bohaterów. Postaci zmuszonych opuścić swe Strony Rodzinne (krainy, z których pochodzą wszystkie postacie bajkowe) i przystosować się do życia w naszym świecie, bez wyjawiania tożsamości.

Cykl komiksów „Baśnie” należy bodaj do najambitniejszych i najlepiej zrealizowanych. Tworzony jest przez całą rzeszę artystów kierowanych scenariuszem Willinghama, który – szczerze napisawszy – pomysłów na nowe, wpasowane w całokształt serii historie, ma co niemiara. Po ostatnim zbiorze zeszytów niektórzy mogli się spodziewać, że nie ma już żadnych antagonistów – trafniej adwersarzy – którzy mogliby stanąć na drodze powrotu do świetności Baśniowcom. I tu okazuje się, że bynajmniej – zbliżają się czasy zgodne z podtytułem, a nowy cień może być wcale mroczniejszy niż poprzedni, choć i ten nie zniknął do końca. Wszystko wokół zaczyna chwiać się w posadach i niknąć niczym ulotny czar. Bohaterowie nie długo będą celebrować zwycięstwo, a i świętowanie pokaże gorzki smak w postaci wielkiej straty. Za pomocą doskonale przedstawionych, wyrazistych – barwnych, charyzmatycznych, czasem ironicznych – postaci autorzy pokazali zupełnie nowe odsłony bajek.

Wszystko, czego spodziewaliśmy się po baśniowych bohaterach – czarnych charakterów, świetlanych książąt oraz doskonałych zakończeń – w wariancie Billa Willinghama staje się całkowicie ironiczne, nabiera nowych cech, odcieni, a nawet – wyglądów. Rycerz na białym rumaku to w istocie niepoprawny romantyk i kobieciarz, zaś bestia to uprzejmy twardziel. Nigdzie nie ma krystalicznie białych postaci, choć tych do szpiku i osocza czarnych nie brakuje. Scenarzysta nie bez kozery przeobraził piękno baśni w realia mroczne, brutalne, okrutne. Stworzył tysiące point, które skupiają w sobie prawdziwe wartości, przedstawione w istnym apogeum cierpkich i cynicznych zdarzeń. Mają one na celu podkreślenie moralnego postępowania i poruszenie sumień, nawet tych najbardziej zgorzkniałych. Artyści bowiem nie szczędzą najpodlejszych i bezwzględnych czynów ze strony swoistych antagonistów przeciw postaciom szlachetniej usposobionym. „Czasy mroku” ściślej prezentują, iż zła – w jakiejkolwiek postaci – nigdy nie da się wyrwać z korzeniami. Zawsze pozostaje kropla poruszająca morze, trucizna zatruwająca źródło.

Seria „Baśnie” notabene sarkastycznie parafrazuje ludzkie nieszczęścia i w sposób dosadnie ujmujący – zobrazowuje skrajnie negatywne emocje i uczucia, na chwilę tylko dając czytelnikowi złudzenie, że gdzieś tli się iskierka nadziei, na którą czai się mroźny podmuch porażki. Obranie za przedstawicieli – zarówno jednej, jak i drugiej, strony – doskonale znanych postaci okazało się strzałem w dziesiątkę. Tym razem są oni ukazani z nową paletą atrybutów, nie zawsze pożądaną i nie zawsze bez skazy. Dlatego, póki co, seria uznawana jest przez licznych krytyków i literaturoznawców za kurczowo trzymającą się w ścisłej czołówce, a „Czasy mroku” po raz kolejny udowadniają, że opiniotwórcy nie mylą się, a wręcz vice versa – coraz bardziej przekonują do swojego zdania.

Dyskusja