Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina – fragment I

Nie wszystko złoto, co się świeci

Mistrz Haxerlin przebudził się pełen dobrych myśli. Miarowe skrzypienie kół zawsze
działało na niego kojąco. Przetarł oczy, przeciągnął się, aż strzyknęło w kościach i westchnął z
rezygnacją, gdy napotkał wyzywające spojrzenie woźnicy.

– Znowu zaczynasz? Zdejmij to, wyglądasz naprawdę głupio.

– Nie zdejmę, panie Haskerlin.

Jona Piętka, a raczej Kordak, bo takie chlubne miano miał nosić podczas podróży,
mocniej ścisnął lejce i na znak sprzeciwu przybrał groźną minę. Grymas mógłby nawet kogoś
przestraszyć, gdyby nie słomkowy kapelusz naciągnięty prawie na same oczy niczym pierwszy w
historii łatwopalny szyszak.

– Haxerlin. Zdejmij, bo…

– Nie zdejmę, pedziałem już. Tak mnie ciężej poznają.

Farbowany Kordak miał w zwyczaju ułatwiać sobie życie, a do takich ułatwień zaliczało
się między innymi szybkie mówienie i okazjonalne skracanie słów mających więcej niż cztery
sylaby.

– Właśnie o to chodzi, że mają cię rozpoznawać. Na tym wszystko się opiera, Jona.
Zapomniałeś?

– A nie starczy dopiero w Pękisku, panie Haskerklin? Jeszcze mnie od tamtego boli. –
Zasłonił twarz rondem kapelusza, bo właśnie z naprzeciwka nadchodziła grupka podróżnych,
rzucających mu ciekawskie spojrzenia. Mimo kamuflażu siniaki na policzkach Jony i tak rzucały
się w oczy.

To nie moja wina, tłumaczył sobie Mistrz Haxerlin, że nie znam za dobrze lokalnego
folkloru. Poza tym to tylko mała niedogodność. Jest przecież i pozytywny akcent – Piętka na
własnej skórze może przekonać się o różnorodności ludzkich wierzeń i obyczajów. Chciał
zobaczyć świat, prawda? Powinien się cieszyć, że darowałem mu nieustanne noszenie Objęć
Goryczy.

Kordak, jak na bohatera przystało, cieszył się dużą renomą wśród prostaczków, którzy
zawsze chętnie słuchają opowieści o krwi, chwale i podbojach – najlepiej takich, których akcja
dzieje się daleko od ich wiosek i nie wspomina się o kuzynach z północy. Niektórzy nosili w
sercach mit Kordaka Potężnego, inni Kordaka Zabójcy, a jeszcze inni Kordaka, Syna Burzy. Pechchciał, że na terenach Przygranicza, jakie przemierzali w drodze do Pękowiska, wciąż żywa była
legenda Kordaka Pokornego.

Podobno kiedyś wojownik zatrzymał się w jednej z karczm Przygranicza, gdzie zamiast
chwili wytchnienia znalazł awanturującego się mężczyznę, niejakiego Agnusa. Agnus dzielnie
walczył o pozycję najbardziej znanej miejscowej szumowiny, korzystając z całego wachlarza
sprawdzonych środków: bił żonę, bił żonę sąsiada, pożyczał pieniądze na wieczne nieoddanie,
sypiał nago w przydrożnych rowach. Kordak zastał go w chwili, kiedy nicpoń wykłócał się z
karczmarzem o kolejny kufel piwa.

– Uspokój się, dobry człowieku, pragnę odpocząć po trudach podróży – napomniał
Agnusa.

– Ta? A kto ty jesteś, może wielki Kordak? – zaśmiał się chrapliwie pijaczyna. – Nie
będzie mi żaden przybłęda mówił, co mam robić! – Po czym z całej siły uderzył bohatera w
twarz. Wojownik przyłożył dłoń do policzka, spojrzał z wyrzutem na mężczyznę i odrzekł
spokojnie:

– Tak, stoi przed tobą Kordak. Na znak, że nim jestem, zachowasz głowę.
Na dźwięk tych słów Agnusa wnet opuściło upojenie, a gdy dotarło do niego, co zrobił,
padł na kolana i gorliwie dziękował za okazaną łaskę.

Jedna wersja opowieści mówi, że po spotkaniu z Kordakiem pijus odmienił swój marny
los, stał się przykładnym obywatelem, a pod koniec żywota wstąpił do Braci Litościwych. Druga
– że jeszcze tego samego dnia obłąkany kowal roztrzaskał mu kolana młotem. Prawda zapewne
leży pośrodku, jak lubił powtarzać Mistrz Haxerlin.

Tyle historii. Na pamiątkę minionych wydarzeń w Przygraniczu utarł się zwyczaj, że gdy
w okolicy znowu przejazdem pojawiał się Kordak, poczciwe dusze witały go symbolicznym
policzkiem, by zadośćuczynić tradycji. Patrząc na posiniaczoną twarz Jony można było odnieść
wrażenie, że miejscowi określenia „symboliczny” używali zamiennie z „prawy sierpowy”.
Podobno rytuał zainicjował sam Kordak, by uzmysłowić ludziom, że nawet wielcy bohaterowie
są zdolni są wybaczyć i zapomnieć o zranionej dumie, co świadczyć ma o czystości ich serc i
dystansie do małostkowych sporów.

Zdaniem Mistrza Haxerlina świadczyło to raczej o niezdrowej fascynacji bólem.
Tym bardziej, że po serii podobnych incydentów biedny Jona stracił początkowy
entuzjazm, jakim kipiał w Blumbergu, kiedy Haxerlin pomachał mu przed oczami nabitąsakiewką i przedstawił plan złapania nimfy. Teraz powoli przeistaczał się z wesołego kompana w
pełnego pretensji najemnika.

To dlatego Jona uparł się na ten przeklęty kapelusz. Miał się dzięki niemu nie rzucać w
oczy, dopóki nie dotrą do Pękowiska. A powinien się rzucać, tego wymagał od niego Haxerlin.
Lecz jednocześnie rozumiał obawy towarzysza: jeszcze kilka symbolicznych policzków, a
legendarny bohater zyska przydomek Bezzębny. Inna sprawa, że w przypadku aparycji Jony na
niewiele zdawała się jakakolwiek charakteryzacja. Obecnie wyglądał po prostu jak Kordak na
wakacjach.

Mistrz Haxerlin dźwignął się z trudem z posłania na tyle wozu i usadowił na koźle. Jona
był faktycznie uderzająco podobny do opiewanego w pieśniach bohatera. Blisko dwa metry
wzrostu, szerokie bary i kruczoczarne włosy opadające aż do ramion. Nawet blizna na lewym
policzku prezentowała się niemal identycznie jak ta, którą podziwiać można na płótnie
Wyzwolenie Północy w volendurskim Muzeum Pamięci. W przypadku Jony co prawda rany nie
zadał szpon harpii, ale jego luba, krawcowa Helen, która – jeśli wierzyć słowom nieszczęśnika –
nożycami władała nie gorzej niż bestia pazurami. Tego i wielu innych rzeczy dowiedział się
Haxerlin, kiedy osuszali wspólnie kufle w gospodzie Pod Spragnionym Dzikiem i kiedy zamiast
pakować resztki dobytku i uciekać z miasta, Mistrz postanowił przyjąć propozycję barona
Schultza.

Mogłem uciec, to nie byłoby nic nowego, westchnął w duchu. W Blumbergu, kiedy
pierwszy raz zobaczył Jonę Piętkę, dłubiącego przy drewnie w małym zakładzie kołodzieja,
trybiki w jego głowie zaczęły pracować pełną parą. Plan krystalizował się z każdą kolejną minutą
spędzoną w towarzystwie Jony. Dlatego po wizycie w karczmie i odbyciu dłuższej rozmowy z
Helen porzucił myśl o dyskretnym zrezygnowaniu z gościny barona i przygotował się do
wyprawy. Jon był zadowolony, bo mógł zobaczyć kawałek świata i przynajmniej na jakiś czas
znaleźć się poza zasięgiem nożyc żony, a Helen przymilnie uśmiechała się na widok sakiewki,
jaką Haxerlin zostawił w ramach zaliczki. Nawet machała im na pożegnanie i dobry kwadrans
odprowadzała wzrokiem, ale Jona twierdził, że więcej wspólnego miało to z upewnieniem się,
czy aby na pewno odjechał, niż z wyrazem uczucia i tęsknoty.

Wtedy wszystko zapowiadało się doskonale. Jednak teraz, gdy byli w drodze już szósty
dzień i nieuchronnie zbliżali się do Pękowiska, wątpliwości zaczęły pojawiać się jak grzyby po
deszczu. Owszem, Jona śmiało mógł uchodzić za Kordaka – dopóki się nie odzywał, nie chwytałza miecz i nie stroił fochów. Najlepiej gdyby po prostu stał i robił dobre wrażenie. Trudno jednak
o dobre wrażenie w słomkowym kapeluszu.

Sprawianie pozorów było jednak sposobem na życie Mistrza Haxerlina i plan schwytania
nimfy w głównej mierze na tym się opierał.

– Zmienię cię. Przebierz się i przećwicz swoją kwestię. – Haxerlin przejął lejce. – Tylko
teraz prawidłowo.

– Staram się, panie Haskerlin – odparł naburmuszony Kordak, przechodząc na tył wozu. –
Ale to trudno spamiętać.

– Haxe… a zresztą – westchnął Mistrz cierpiętniczo. Nie wątpił, że w życiu jego
towarzysza bywały i takie dni, kiedy zapominał, jak się nazywa ta świecąca kula na niebie.
Podciągnął rękawy purpurowych szat, by lepiej mu się powoziło, i wbił spojrzenie w opadający
łagodnie ku dolinie trakt.

***
Rzadko narzekał na swój los, bo i nie miał na co narzekać. Cuda i Dziwy, czyli obrót
egzotycznymi wyrobami, począwszy od magicznych afrodyzjaków aż po sproszkowane kły
wampira, przynosił dochody, jakich pozazdrościć mogli wszyscy pełnoprawni czarodzieje.
Przemieszczał się z kolekcją od miasteczka do miasteczka (z oczywistych względów omijał te, w
których mieściły się filie Gildii Magów), rozkładał kramik z artefaktami przed żądną sensacji
gawiedzią i dawał takie popisy, że wystarczała chwila nieuwagi, by sam prawie uwierzył w
niesamowite właściwości prezentowanych eksponatów. Handlarz dobrze wiedział, czego się od
niego oczekuje, dlatego przywdziewał piękne purpurowe szaty z wyszytymi na przedzie
konturami księżyca i klepsydry oraz rękawami przyozdobionymi pomysłowymi spiralami, od
których można było dostać oczopląsu. Gdyby w takim stroju pojawił się w progach Gildii,
odesłano by go ze śmiechem do trupy cyrkowców, ale poczciwi mieszkańcy mniejszych grodów
witali go jak prawdziwego czarodzieja. Jednak jedyną magią, jaką opanował Haxerlin, była
sztuka zamiany bezwartościowych świecidełek w monety. Największe cuda i dziwy nie piętrzyły
się na ladach straganu, ale wesoło harcowały w umysłach klientów.

Uparł się rozbić kramik w Blumbergu i tak zaczęły się kłopoty.

Owszem, czasami zatrzymywał się w większych miastach, gdy nad poczuciem
bezpieczeństwa przeważała perspektywa łatwego zarobku, ale czynił to z wielką rozwagą. Z
reguły wybierał miejsca, gdzie niedawno doszło do gwałtownej zmiany władz: wybrano nowąradę miejską, pan na włościach umierał, komuś odebrano przywileje, król mianował nowego
zarządcę, takie tam. Mistrz Haxerlin nie był wybredny, byle tylko nie ostał się nikt wysoko
postawiony, kto mógłby pamiętać jego poprzednią wizytę. Chociaż zawsze uprzedzał, że po
sfinalizowaniu transakcji nie przyjmuje zwrotów, wielu magnatów, skuszonych wcześniej wizją
prastarej mocy zaklętej w zasuszonych diabelskich odchodach, pragnęło rzucić mu się do gardła,
gdy wychodziło na jaw, że moc ta objawia się głównie w roztaczaniu nieprzyjemnego zapachu.
Ale, na bogów, czego się spodziewali? Mistrz Haxerlin wielce dziwił się ludzkiej
niewdzięczności.

Jeśli Jonę Piętkę można było porównywać do Kordaka, to handlarz niezwykłościami
najlepiej sprawdzał się w zestawieniu z lukrowanym pączkiem. Jako człowiek pulchny i
niewysoki miał niewielkie szanse w starciu z oddziałami zbrojnych, które wysyłano przeciwko
niemu w pierwszych miesiącach działalności Cudów i Dziwów, kiedy jeszcze wierzył w ludzką
uczciwość i pogodne nastawienie do bliźnich. Wystarczyło kilka spektakularnych ucieczek,
cztery wysokie grzywny i tygodniowy pobyt w lochu, by nauczył się prowadzenia działalności
gospodarczej.

Założył nawet specjalną księgę, w której skrupulatnie odnotowywał zmiany władz
zachodzące w obrębie prowincji. Ilekroć na stronicy pojawiało się nowe nazwisko, niedługo
potem w tamtym rejonie zjawiał się niski człowieczek i jego niezwykły asortyment. Widać i taki
środek bezpieczeństwa musiał w końcu zawieść.

Baron Anzelm Schultz co prawda zginął w tragicznym wypadku, ale skąd Haxerlin miał
wiedzieć, że jego syn, Ekhart odziedziczy po ojcu domniemaną urazę?

***
– Panie Haskerlin – nieśmiały głos Jony wyrwał handlarza z rozmyślań. – Jużem się
przebrał.

Mistrz zatrzymał konia i obrócił się na koźle z finezją toczącej się gościńcem beczki po
śledziach. To, co zobaczył, sprawiło, że nadzieje na powodzenie misji odżyły.
Jona zamienił prosty strój podróżny na grubą kamizelkę z niedźwiedziego futra i brązowe,
nabijane ćwiekami spodnie. Na potężne ramiona wsunął obręcze z księżycowej stali najeżone
zakrzywionymi ząbkami, a z boku zwisał przytroczony do pasa miecz. Rękojeść uformowano na
podobieństwo rozdziewającego paszczę węża, a dla lepszego efektu Jona codziennie smarował
klingę olejem. Stal pięknie błyszczała w promieniach słońca. Oby wiało, oby w tym czasie wiało, modlił się w duchu Mistrz Haxerlin. Te długie włosy falujące na wietrze… To musi się udać.

Napawał się widokiem herosa, dopóki Jona nie zaczął dziwnie przebierać nogami.
– Co się dzieje? Ćwiczysz taniec śmierci? – zapytał, siląc się na powagę.

– Nie, panie Haskerlin, przysięgam! – Jona wybałuszył oczy, jakby bał się, że to kolejne
zadanie do wyuczenia. – To te buty.

– Co z nimi nie tak? – Handlarz uważnie przyjrzał się obuwiu. Wciąż nie mógł przeboleć,
ile musiał się wykosztować, by skompletować cały ekwipunek Kordaka. Kto by pomyślał, że
buty mogą być droższe od kosmyka włosów Świętej Królowej Ysabelle? Trzeba poważnie
zastanowić się nad podniesieniem cen asortymentu.

– No… – zaczerwienił się Jona. – Trochę za duże, panie Haskamerlin, w sumie to takie
duże, że mi się noga w nich gubi.

– Nazywam się Haxerlin, tam w środku jest „x”. Jak to gubi? Przecież przymierzałeś je
jeszcze wczoraj i pasowały idealnie.

– No tak, ale dzisiaj pan Haxer… przepraszam, pan Haskerlin kazał się wykąpać w
strumieniu, zanim do Pękiska dotrzemy, to żem się wymył i tak szorował, tak szorował, że… no,
buty tera za duże. Stara to by mnie w łóżku nie poznała.

Mistrz Haxerlin tylko bezgłośnie poruszył ustami.

– Po drodze kupi się trzy pary wełnianych skarpet – odezwał się po dłuższej chwili. –
Buty będą pasować. I jak długo mam powtarzać, żebyś zdjął ten głupi kapelusz! Przejdź teraz do
orędzia.

Kordak mlasnął głupio językiem, spojrzał w prawo, spojrzał w lewo, a nawet pod siebie.

– Gdzie mam…

Bogowie, będzie ciężko.

– Po prostu zacznij mówić.

Jona Piętka, alias Kordak, dobył miecza (wychodziło mu to coraz lepiej, co z satysfakcją
zauważył Haxerlin), przyklęknął na jedno kolano i wyciągnął broń przed siebie w geście
poddaństwa, kładąc oręż na rozłożonych dłoniach.

Przynajmniej choreografię mamy dopracowaną do perfekcji. Gdyby jeszcze nie musiał się
odzywać…– PIĘKNA LORELEY! – huknął tak donośnie, że stado ptaków z pobliskiego drzewa
poderwało się do lotu. – JAM JEST KORDAK…

– Ciszej, na bogów, ciszej! – Mistrz Haxerlin wyjął palce z uszu. – Z tego co wiem, nimfy
nie mają problemu ze słuchem.

Farbowany Kordak wydawał się niepocieszony.

– Pan Harleskin sam mówił, że to ma być poruszające.

– Owszem, ale miałem na myśli doznanie duchowe. Chyba że planujesz tak ją poruszyć,
żeby uciekła do Blumberga i sama wpadła w ramiona Schultza. – Widząc pytanie malujące się na
obliczu Jony, dodał szybko: – To był żart.

Podszedł do mężczyzny i już miał krzepiąco położyć dłoń na jego ramieniu, gdy
przypomniał sobie o księżycowym kamieniu i kolczastych obręczach. Przez chwilę poruszał więc
głupio palcami w powietrzu i ostatecznie zdecydował się na przyjacielskie klepnięcie w plecy.
– Prezentujesz się doskonale. Dopracujemy przemowę i wszystko pójdzie gładko.

– Ten Kordak to wszędzie tak łaził? – Jona zmienił wątek i wymownie spojrzał na
obręcze. – Jak żem pierwszy raz to zobaczył, to myślałech, że mnie pan Haskerlin chce pokroić
na plasterki.

– Haxerlin – poprawił Mistrz odruchowo. – W tym go zazwyczaj prezentują artyści.
Objęcia Goryczy, tak się chyba zwie to ustrojstwo. Nie mów, że nigdy nie widziałeś żadnej
ryciny Kordaka. – Obrzucił pomocnika niedowierzającym spojrzeniem. – Czy nikt wcześniej ci
nie mówił, że… no, jesteście podobni? Nikt cię nie zaczepiał?

Jona Piętka pokręcił głową.

– Gdzie tam, panie Heskarlin. Jaki tam ze mnie bohatyr, mówiłem panu. Kilka razy żem
od obcych w Blumbergu w mordę dostał, ale wtedy nie wiedziałech, że to ta cała Tradycja. I żem
nawet nie zapytał. Ja człowiek spokojny, do bitki niechętnie staję, więc jak się kto nowy
przejazdem pojawiał, tom z chałupy nie wychodził i był święty spokój. Miejscowi wiedzą, że to
ja, poczciwy Jona, pomocnik stelmacha, nie żaden Kordak. Raz mnie ino żona kochana
przyrównała do wielkiego knura z Volendurskiej Puszczy. – Piętka podrapał się po czubku nosa w
nabożnym skupieniu. – Raz albo dwa.

– Dobrze, może zacznijmy od łatwiejszego. Od TNB, Towarzyskiego Niezbędnika
Bohatera. Jakie…

– Mamo, mamo! Kordak wozem jedzie!Nie wiedzieć skąd wyłoniła się mała furmanka z trzyosobową załogą. A może byłoby wiadomo skąd, gdyby Mistrz Haxerlin badał okolicę, a nie koncentrował się na wyznaniach
asystenta kołodzieja. Teraz towarzystwo wlepiało oczy w ich wóz, jakby zaraz miała wystrzelić z
niego fontanna złota i obficie zrosić okolicę.

– Święta Królowo Ysabelle! Rzeczywiście!

– Takie szczęście – odezwał się wąsaty woźnica. Zeskoczył raźno na ziemię i wymownie
pomasował pięść wielką jak bochen chleba. Rzekomy Kordak przełknął ślinę. – Sąsiedzi wiary
nie dadzą…

– Nie dąsaj się – szepnął Mistrz Haxerlin, gdy rodzina ustawiła się gęsiego jeden za
drugim. – Do Pękowiska niedaleko. Po wszystkim możesz założyć kapelusz. – Nachylił się i z
miną znawcy zlustrował pochmurne oblicze towarzysza. – Wąsaczowi nadstaw prawą stronę,
dzieciakowi i panience lewą. Będzie się równo goić.

***
– Dalej boli? – zainteresował się, gdy nakrył Jonę na przykładaniu do twarzy zwilżonej
szmatki.

To był ich ostatni postój. Na horyzoncie majaczyły już mury miasta.

– Tego z wąsem było wziąć na Kordaka, panie Harleksin. Tak pizdnął, żem pomyślał, że
mnie jaki inny heros wita. Trzy dni minęły a dalej trzyma – powiedział i przechylił nad okładem
bukłak z wodą. Zaczął nawet wesoło pogwizdywać. Widocznie bliskość Pękowiska znacząco
wpływała na poprawę samopoczucia.

– Ciężko być bohaterem w Przygraniczu – odparł sentymentalnie Haxerlin. – No, zakładaj
Objęcia Goryczy i pamiętaj o wszystkim, co mówiłem. Nie odzywaj się bez potrzeby. Jak cię u
burmistrza zaczepią, odpowiadaj zgodnie z TNB. Od reszty jestem ja.

Haxerlin zapoznał Jonę z zestawem kilkunastu haseł na każdą okazję, które nazwał
Towarzyskim Niezbędnikiem Bohatera i miał nadzieję, że kołodziej błyśnie rozsądkiem na tyle,
by nie powtarzać w kółko dwóch czy trzech fraz. Wtedy nawet największy idiota nabrałby
podejrzeń co do jego tożsamości.

– Krocz dumnie, ale zerkaj też pod nogi, żebyś się przypadkiem nie wywrócił i nie narobił
wstydu. Pozdrawiaj ludzi skinieniem głowy, o tak. – Zademonstrował. – Obiecuję, że nie będzie
więcej żadnego bicia. – Twarz Kordaka rozjaśnił szczery uśmiech. – No, może trochę u
burmistrza, podobno to straszny konserwatysta. – Uśmiech troszkę przygasł. – I cały czaspowtarzaj w głowie występ dla Loreley. Jeśli spiszesz się tak jak na ostatniej próbie, to dorzucę
kilka złotych monet do umówionej zapłaty.

Handlarz już miał pakować się na wóz, kiedy przypomniał sobie o najważniejszym.
– Jeszcze jedno, Jona. Pamiętasz, na czym to wszystko polega? Dlaczego nam się uda?
– Pamiętam, panie Harlequin. – Handlarzowi aż dech zaparło na tak pokraczne
przekręcenie jego imienia, ale nie miał okazji się zbulwersować, bo Jona całkiem rozsądnie
kontynuował. – Te stwory widzą świat inaczej. Nie tak jak my, ale przez wy-o-bra-że-nia –
przesylabizował, dumny, że udało mu się zapamiętać najdłuższe słowo, z jakim się w życiu
spotkał. – To taki rodzaj magii.

Haxerlin był zasadniczo zadowolony z przesłania, więc postanowił niczego nie
poprawiać. Ważne, że pomocnik kołodzieja znał reguły gry.

Niektóre rodzaje magicznych istot patrzą na świat i na ludzi przez pryzmat spojrzeń
innych śmiertelników. W ich oczach jesteśmy uosobieniem naszej reputacji.

Tak właśnie tłumaczył Jonie fundament planu, kiedy robili przerwy w nauce.

Innymi słowy – jeśli doczepisz sobie skrzydła, zaczniesz gdakać i jakimś cudem
przekonasz ludzi, że znosisz jajka, to nimfy bez zbędnych pytań zaczną cię karmić ziarnem.

– Tak se myślę… – Kołodziej głośno stęknął, mocując się z obręczami. – Oni naprawdę w
to wierzą? W Jonę-Kordaka?

– Przyjacielu, zdziwiłbyś się, w co ludzie są w stanie uwierzyć. – Haxerlin uśmiechnął się
pod nosem.

– W co?

Handlarzowi nie paliło się do wprowadzania osiłka w arkana działania Cudów i Dziwów,
ale nic nie stało na przeszkodzie, by podrzucić mu kilka ogólnych przykładów. Istniała duża
szansa, że i tak za chwilę o tym zapomni.

– Na przykład w to, że liść paproci, zerwany w określoną noc, przesiąka magią i przez
cały następny rok przynosi posiadaczowi szczęście.

W to uwierzył jeden z mieszkańców Wąskiego Brodu. Owszem, kwiatek przyniósł
szczęście, ale raczej Haxerlinowi.

– I w to, że afrodyzjak w fikuśnej butelczynie, który dziwnym trafem smakuje jak wódka,
może związać serce lubego z naszym sercem.W to uwierzyła brzydula z Möhren. Sprzedał jej dwie flaszki, licząc, że uczucie biedaka przetrwa przynajmniej do świtu.

– Albo że zarzucona na grzbiet barwiona wilcza skóra pozwoli na swobodne bieganie
wśród watahy i rozmowy z wyjącymi do księżyca braćmi.

– O, o tym żem słyszał – wtrącił się Jona. – Tak było z naszym świętej pamięci baronem
Schultzem. Chciał tańczyć z wilkami. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Ludzie to są
niekiedy głupie. Ludzie i barony.

No właśnie, pomyślał smutno Haxerlin.

***
– Kiedy mi doniesiono, że pojawiłeś się w mieście, pomyślałem: „Nie, to niemożliwe, nie
byłby aż tak głupi”. A jednak.

Ekhart Schultz przypominał ojca w takim stopniu, w jakim naciek na ścianie może
przypadkiem przybrać kształt jabłka. Zamiast sumiastych wąsów, chluby starego barona, na jego
szczurzej twarzy wyrosła ledwo widoczna szczecinka. Stylem ubioru może również pragnął
naśladować przodków, ale nikt mu nie powiedział, że stosowniej byłoby skupić się na męskiej
gałęzi rodu. Mistrz Haxerlin widział podobne fatałaszki w Krainie Zdradliwych Piasków. Na
tamtejszych tancerkach brzucha.

– Doceniam, szanowny panie, że raczyłeś posłać po mnie ludzi i zaprosić do siebie, ale
naprawdę nie wiem, czym mógłbym służyć. Jestem tylko prostym przedsiębiorcą.
Mistrz Haxerlin robił dobrą minę do złej gry. Kiedy dwóch zbrojnych wyciągnęło go siłą
zza straganu z Cudami i Dziwami”, domyślił się, w czym może być problem. Kiedy kolejnych
czterech rekwirowało jego towary i odprowadzało wóz, był już pewien. Szedł przed oblicze
barona ze skrępowanymi rękami, niczym pospolity rzezimieszek, ale wciąż nie przeszkadzało mu
to traktować całego zajścia jak fatalnej pomyłki.

– Pozwól, że odświeżę ci pamięć. Heinz – zwrócił się do jednego ze służących.
Ten wyszedł z sali i pojawił się chwilę potem, niosąc postrzępione, brudne futro.
Zabarwiono je fioletowym atramentem, na którym miejscami znać było intensywne brunatne
plamy.

– Poznajesz?

Mistrz Haxerlin nerwowo oblizał wargi.– Chyba mam na stanie kilka podobnych egzemplarzy, ale w dużo lepszym stanie. I nie używam brązowej maści. Jeśli to barona interesuje, to niestety po odejściu od kasy…

– Tyle zostało z mojego ukochanego ojca. – Schultz junior teatralnym ruchem zarzucił na
szyję jedwabny szal. – Fakt, był trochę ekscentryczny, ale ten, kto sprzedał mu Zbroję Likantropa
ponosi odpowiedzialność za tragedię, nie sądzisz?

– Panie, pragnę zauważyć, że udzieliłem szacownemu baronowi Anzelmowi niezbędnych
instrukcji. Czar miał działać tylko podczas Ciemnonocy, kiedy nici wszechświata splatają się z…

– Skończ z tymi bredniami! – krzyknął potomek barona i tupnął nóżką. Tak, nóżką.
Trudno inaczej nazwać stopę, którą zdobił żółty trzewik obszyty falbankami. – Nie dam się
podejść twemu wężowemu językowi. Za to, co spotkało ojca, czeka cię długi pobyt w lochu. –
Zrobił dramatyczną pauzę. – Chyba że…

Mistrz Haxerlin wysłuchał. Potem utargował czas do wieczora na podjęcie decyzji. To
plus. Nie udało mu się uzyskać dostępu do Cudów i Dziwów. To minus. Stanęło nawet na tym, że
w razie powodzenia misji otrzyma hojną nagrodę. Kolejny plus. Za to jeśli wywinie jakiś numer,
młody Schultz obiecał ścigać biedaka po całym świecie, by publicznie przetestować na nim
działanie najbardziej podejrzanych specyfików z asortymentu Cudów i Dziwów. Duży minus.
Zanim zdążył uciec z miasta, bez towaru, ale za to z głową na karku, i zaszyć się w mysiej
dziurze, Haxerlin spotkał Jonę.
***
Wiedział oczywiście, że istnieją magiczne istoty i artefakty z prawdziwego zdarzenia.
Problem tkwił w tym, że magiczne istoty zazwyczaj wyposażone były w ostre zęby, macki, rogi i
pazury długie na dwie stopy. Mogły też ciskać zaklęciami. Artefakty zaś spoczywały prawie
zawsze albo w mrocznych jaskiniach, albo w przeklętych grobowcach. Czasami zachodziła
kumulacja i nawet jeśli pokonało się labirynt podziemi, to dostępu do Amuletu Księżycowego
Zewu strzegły magiczne istoty, które jak wiadomo wyposażone były… I tak dalej, i tak dalej.
Polowanie na unikaty to sport szkodliwy dla zdrowia. Mistrz Haxerlin skupiał się zatem
na modernizowaniu rzeczy zwyczajnych i jakże ważnej oprawie audiowizualnej.

W kwestii magii i potworów Haxerlin był jednak ekspertem. Musiał w końcu wiedzieć,
jakie tereny omijać szerokim łukiem. Znał przypadek Loreley, nimfy, o której z wypiekami na
twarzy opowiadał Ekhart. Wielu uczonych napisało o niej opasłe traktaty, pojawiała się też w
ludowych opowieściach, zawsze jako niesamowitej urody niewiasta, kusicielka zwodzącawędrowców. I prostaczkowie, i mędrcy zgodni byli w jednym – nimfa nie miała złych intencji, po
prostu większość śmiertelnych wypadków można było uznać za uboczny efekt flirtu. Jeden z
badaczy trafnie zatytułował rozdział poświęcony Loreley: „Urocza katastrofa”.

Miłość to zdradliwa sprawa, powtarzał Mistrz Haxerlin, dumnie obnosząc się ze swoim
kawalerstwem.

– Schultz nie może przeboleć, że jego znienawidzony znajomy, burmistrz Pękowiska,
przetrzymuje u siebie taką piękność. Otto Kramer miał czelność listownie pochwalić się
baronowi swoją zdobyczą, przy okazji, hmm… niewybrednie kwestionując jego męskość. –
Wyjaśniający Jonie niuanse sprawy Haxerlin przypomniał sobie jedwabny szalik i
półprzezroczystą, zwiewną szatę barona. A potem się dziwi, że ludzie gadają. – Pomożesz mi
odebrać nimfę.

– Panie Hamerlin, przeca mieczem machać nie umiem – przyznał szczerze Jona Piętka,
gdy handlarz postawił przed nim kolejny kufel. Czterej pozostali klienci oberży Pod
Spragnionym Dzikiem nie zwracali na nich najmniejszej uwagi, zajęci walką na noże. W sumie
to już tylko trzej. – Nie umiem, choćby mnie pan zwał Kordak Co Walczy Mieczem. Może pan
burmistrz chce to dziwo na koło wymienić, bo ja kołodziej, to…

– Nazywam się Haxerlin, postaraj się zapamiętać. – Niski człowieczek uśmiechnął się,
uchylając zwinnie przed lecącym krzesłem. – Nie, nie będziemy ani walczyć, ani się wymieniać.
Skradniesz jej serce, Jona.

– Eee, ja z prawem nie zadzieram, jak strażniki złapią, to i rękę uciąć potrafią.
Mistrz Haxerlin zaśmiał się głośno.

– Myślę, że się dogadamy, masz świetne poczucie humo… – Nierozumne spojrzenie Jony
sprowadziło go na ziemię. – Może inaczej. Rozkochasz ją w sobie. Nikt nie zakwestionuje
wyboru Kordaka. Nikt go nie zatrzyma.

– Nie za bardzo rozumiem, panie Haresklin. Toć nikt się nie nabierze.

Handlarz gładził w zamyśleniu klepsydrę wyszytą na przedzie tuniki. Jakby mu to
przystępnie wytłumaczyć… Kopnięciem zasugerował krwawiącemu mężczyźnie, który na
czworakach przesuwał się w jego stronę, by zmienił kierunek. W tym samym momencie
przypomniał sobie o Księdze Przysłów, którą zarekwirowano razem z resztą zbioru Cudów i
Dziwów.

– Znasz takie powiedzenie: „Nie wszystko złoto, co się świeci”?– Ano znam. I jeszcze „Błyszczeć jak psu…”
– Tak, tak, właśnie – przerwał Mistrz Haxerlin. – Zabłyśniesz jaśniej od gwiazd,
przyjacielu. Gdy się zorientują, że nie jesteś ze złota, będziemy już daleko.

Dyskusja