Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina – fragment II

Ciekawych historii wcale nie zwiastuje wystrzał z garłacza ani sztylet odbierający
komuś życie w ciemnej alejce. Nie powstają one także podczas bitewnego zgiełku czy gorącej
sprzeczki kochanków. Znakiem tego, że zaczyna się ciekawa opowieść, są stanowczo zbyt
szybko stawiane kroki, które zakłócają ciszę w pokoju przesiąkniętym zapachem
manuskryptów. Kroki takie jak te. W pokoju takim jak ten.

***
Na biurku wylądował plik dokumentów.
– Proszę na to spojrzeć.
Starszy mężczyzna podniósł głowę znad księgi. Zasępił się. Nie był przyzwyczajony
do tak impertynenckich najść. Przed zbesztaniem podwładnego powstrzymał go tylko wyraz
jego twarzy.
Zerknął na stronę tytułową.
– Przecież już się tym zajmujemy.
– Bane dołączył swój raport.
Przerzucił kilka kartek. Odczytał notatkę kronikarza, potem przyjrzał się
widniejącemu niżej rysunkowi. Zacisnął wargi.
– On wie?
– Domyśla się, w końcu osobiście zlecił ekspertyzę, ale mimo to nie zmienił
rozkazów. Bane uznał, że to powinno trafić najpierw tutaj.
– Dobrze zrobił. Niech przygotuje dla niego drugą, bardziej… wyważoną wersję. Jak
sytuacja z… – odnalazł odpowiednią rubryczkę – …ze Strzelcami z Brixten?
– Dziś wyruszyli.
– Musicie się spieszyć. Ile potrzebujecie czasu?
– Jeśli zbiorę grupę już teraz, będziemy tam za pięć dni.
Przytaknął, nie odrywając oczu od rysunku. Pięć dni. Za długo.
– Kto stacjonuje w mieście? Kometa?
– Tak.
– Przekażę im, żeby… podjęli stosowne kroki, w razie gdyby Strzelcy skończyli
przed waszym przyjazdem. Posprzątajcie ten burdel.
Mężczyzna zasalutował i wyszedł.
W gabinecie znowu zapanował spokój, ale zaczętą opowieść nie tak łatwo
zakończyć.
***
Przez bezkres nocy przebijał się migoczący punkcik. Gdyby w pobliżu szwendał się
ciekawski podróżnik i obserwował wyłaniające się z ciemności domostwa, zapewne
podszedłby bliżej, dostrzegłszy w szybie tę bladą łunę, i zapragnął zajrzeć do środka. Nie
ujrzałby jednak nic poza własnym odbiciem. Mała oliwna lampka rzucała stanowczo zbyt
słabe światło, by rozjaśnić panujący w pomieszczeniu półmrok. Chwilę później podglądacz mógłby za to poczuć solidny cios w czaszkę, bo właściciel bardzo cenił sobie prywatność –
nie cenił jednak życia tych, którzy nachodzili go bez zapowiedzi, zwłaszcza w ciemne,
deszczowe noce.
Chmura papierosowego dymu unosiła się nad stolikiem. Zza niej wyłaniała się
sylwetka mężczyzny o zaciśniętych wargach i złych oczach, który mimo podeszłego wieku
emanował ukrytą siłą. Postukiwał w blat, mierząc się spojrzeniem z człowiekiem siedzącym
naprzeciwko, w którym, dla odmiany, nie było nic niepokojącego. Niepokój mógłby
wzbudzić chyba tylko spadając na kogoś z dachu.
– Odpuść, przyjacielu – odezwała się wreszcie postać po lewej. Głos był uprzejmy,
ale drzemała w nim ukryta groźba. I być może zaraz miała się obudzić. – Jeszcze masz szansę
się wycofać.
– Chciałbyś… – mruknął człowiek po prawej, a potem się rozkaszlał. – Musisz palić
to świństwo? Wiesz, że nie cierpię tytoniu.
– Wiem. – Zaciągnął się i wypuścił z ust kolejny cuchnący obłoczek. – To jak? Pas?
Odpowiedziało mu milczenie.
– Proszę bardzo, sam się o to prosiłeś. – Palacz zmrużył oczy i powoli, powoli
położył na stole kartę, zasłaniając dłonią wyrysowany nań symbol. Świdrował przeciwnika
wzrokiem. Szukał jakichkolwiek oznak słabości, podpowiedzi wyrysowanych na twarzy,
wypatrywał subtelnych drgań kąci…
Haxerlin ziewnął i wszystko zepsuł. Jacob Zaco przewrócił oczami.
– Troll i osiem żołędzi – rzekł z nutką zwycięstwa w głosie. – Zgarniam. Wyskakuj
z… uch! – Rozmasował czoło. – Zdurniałeś do reszty?
– Przepraszam, przepraszam – Haxerlin schylił się, obmacując po omacku podłogę. –
Chciałem efekciarsko rzucić na blat. Podpatrzyłem tę zagrywkę na jednym turnieju, ale tutaj
jest za ciemno, żeby dobrze wycelować. – Dźwignął się i dołożył kartę do swojego rządka.
– Kraken na trzech koronach? – wysapał Jacob Zaco. – Znowu? To jakiś żart!
– Nie, przyjacielu, żaden żart. – Mistrz uśmiechnął się, zgarniając ze stołu stosik
monet. – To genialna taktyka plus odrobina szczęścia.
Jakiś kształt poruszył się na łóżku.
– Pożrę wasze dusze… – wymamrotał Thuz przez sen, obracając się na drugi bok. –
Rozszarpię… chrrrr…
Haxerlin spojrzał na emerytowanego strażnika i wymownie położył palec na ustach.
Zaco prychnął lekceważąco. Dolał sobie piwa, krzywiąc się pod nosem. Złamana ręka nie
goiła się wcale tak dobrze, jak obiecywali medycy. Od ostatniej wizyty Cudów i Dziwów w Bordo minęło kilka miesięcy. W tym czasie
Jacob doprowadził dom do stanu używalności, czego nie sposób było powiedzieć o jego
zdrowiu. Nieszczęsny Foxi, sprawca afery, która głośnym echem odbiła się po całej okolicy,
oprócz zdewastowanego mieszkania zostawił gospodarzowi pamiątki w postaci blizn, szram i
bolących kości. W dodatku pod wpływem stresu fałszerz wrócił do starego nałogu. Odpalał
teraz jednego papierosa od drugiego, jak za czasów służby w Weimburgu.
Po barbarzyńcy słuch zaginął, co wielce zasmuciło Bo’akh–Bonthuzela. Całą drogę
do Bordo opowiadał o wymyślnych torturach, jakim podda stwarogowca, kiedy ten wpadnie
w jego łapy. Liczył na to, że Zaco zdobył jakieś nowe informacje i wskaże im przynajmniej
kierunek poszukiwań. Naprawdę cieszył się z wizyty na wsi. Biedny Thuz… Haxerlin
udawał, że nie słyszy, jak wieczorem chłopak popłakiwał w poduszkę, gdy rozwiały się jego
nadzieje o szybkiej, brutalnej zemście.
– Jeszcze jedna partyjka? – Kupiec zebrał karty i zręcznie przetasował. – Mam dobrą
passę.
Jacob pokręcił głową, jednak wyjął z sakiewki garść monet.
– Oskubiesz mnie do zera.
– Witaj w Cudach i Dziwach.
Zaczęli kolejne rozdanie. Deszcz za oknem wystukiwał swój monotonny rytm,
zakłócany od czasu do czasu niewyraźnym przekleństwem dobiegającym od strony łóżka.
– Słyszałeś o rewelacjach z Valdursgate? – Zaco zagaił rozmowę, wpatrując się w
swoje karty.
– Nie, ale pewnie zaraz usłyszę. Tryton na sześciu mieczach.
– Goblin na dwóch. Pewnie ci wiadomo, że od dobrych paru lat uczeni z Erenfurtu
okupują tamtejsze wzgórza. Prowadzą wykopaliska.
– Taa, projekt „Imperiał pamięta”, kolejna głupota, nad którą patronat roztoczył król
Heavel. – Haxerlin cmoknął z niesmakiem. – Za takie pieniądze też grzebałbym patykiem w
ziemi. I pomyśleć, że na to idą nasze podatki: żeby banda pryszczatych dzieciaków mogła
bawić się w poszukiwaczy skarbów. Elefant i wieniec z sześciu żołędzi. Nauka? Ha, od kiedy
spanie pod namiotem to nauka? Za moich czasów mówiło się na to biwak. I nikt ci za to nie
płacił.
– Hydra na pięciu monetach. Ale to grzebanie patykiem w ziemi przyniosło efekty.
– Tak? Wilkołak i trzy róże, zgarniam. – Mistrz zebrał karty ze środka stołu. – To co
w końcu znalazły te dzieciaki? Cóż kryło się pod osławionymi wzgórzami Valdursgate?
– Kwaczor i… Haxerlin uniósł głowę.
– Znaleźli kwaczora? Żywego?
Jacob Zaco chrząknął i przysunął kartę bliżej.
– Kwaczor i siedem księżyców. Właśnie nie wiadomo, co dokładnie znaleźli –
kontynuował. – Na pewno wejście do podziemi. Powiadają, że odkryto wreszcie grobowiec
samego Valdura.
– Proszę, proszę. Heavel to jednak ma łeb na karku. Znowu wilkołak, ale na czterech
monetach. Zgarniam. Jesteś dwa punkty do tyłu, przyjacielu. Jeżeli to naprawdę jego krypta,
to królewski skarbiec zapełni się złotymi imperiałami. Pielgrzymi i turyści nie oszczędzają na
tego typu atrakcjach. A i ja na tym skorzystam, jeśli rozbiję kramik gdzieś w pobliżu… –
Uśmiechnął się na myśl o przyszłych zarobkach. – Czarnocienie ruszyli już oczyścić teren?
– Jednorożec na tarczy. Nie, król polecił agentom trzymać się z daleka.
Zabezpieczają tylko wejście. Załatwi to w tradycyjny sposób.
– Co? Wąż i dwa miecze. Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
– Tak, dokładnie. Zostawi grotę Valdura, jak ją nieoficjalnie nazwano,
poszukiwaczom przygód. I, uwaga, żeby było ciekawiej – ogłosił przetarg. Goblin i pięć róż.
Haxerlin parsknął śmiechem.
– Przetarg na drużynę awanturników?
– Mhmm, do Valdursgate zjeżdżają śmiałkowie z całego Imperiału. Będą też
cudzoziemcy, chyba nawet drużyna z Tur-Saval. Pierwszeństwo penetrowania lochów
zostanie przyznane tym, którzy zaoferują swoje usługi za najbardziej rozsądną cenę.
– Czyli innymi słowy… chochlik i osiem strzał… tym, którzy najtaniej wycenią
swoje życie?
Zaco przytaknął.
– Prawda, ale nie brzmi już to tak atrakcyjnie. I zgadnij co?
– Co?
– Wygrałem przetarg. Gigantyczny krab na czterech monetach. Zgarniam. Takie
życie.
– Jak to? – Haxerlin sprawdził pozostałe karty. Atuty zostawił na sam koniec. –
Przecież nie masz nic wspólnego z… Ach.
Wąska linia warg Jacoba nieznacznie odchyliła się ku górze, więc można powiedzieć,
że właśnie się uśmiechnął.
Mimo że odszedł ze służby lata temu, w dalszym ciągu posiadał wpływowych
przyjaciół. Potrafił załatwiać różne sprawy. Choćby do Valdursgate zawitały prawdziwe legendy, z samym Kordakiem na czele, i w przypływie niespotykanego szaleństwa
postanowiły spenetrować zapomniany grobowiec za marnego miedziaka, Zaco i tak by tę
ofertę przebił.
Niektóre drzwi otwierają tylko znajomości i korupcja. Takie życie, jak lubił
powtarzać Jacob.
– Oczywiście nie będę zapuszczał się tam osobiście, za stary jestem na wałęsanie się
po kryptach. Wynająłem ludzi. Będą działać w moim imieniu.
– Gratuluję. Owocnych poszukiwań. Harpia i liść dębu. Pewnie król zaproponował
niezłe profity, skoro wziąłeś na celownik jakąś zapomnianą grotę.
– Och, znasz mnie. Nie interesuje mnie wolontariat; jeśli coś znajdziemy, na pewno
na tym nie stracę. Jest tylko jeden mały problem… Zmora na pięciu różach.
– Zmora na trzech. Jaki problem?
– Heavel postawił warunek: katakumby mają penetrować zespoły sześcioosobowe,
jak za starych, dobrych czasów. Wiesz, on mimo postępowej retoryki i tej nowoczesnej
otoczki w głębi serca jest konserwatystą. Poza tym pomyśl. To dobry polityczny zabieg:
ukłon w stronę żyjących przeszłością marzycieli, którym tęskno do dni, kiedy grupa
przyjaciół zbierała się przy piwie, wypytywała karczmarza o wieści i dziesięć minut później
ruszała ubić smoka. Oczywiście przedtem obowiązkowo ćwicząc fechtunek na szczurach w
piwnicy. Można by pomyśleć, że nikomu nie brakuje czasów, kiedy chałupy co chwila
stawały w ogniu, a samotne spacery po lesie kończyły się w najlepszym wypadku
uprowadzeniem dla okupu. A tu popatrz. Ludzie są sentymentalni. Zatem królewscy
urzędnicy rozesłali wici, ogłaszając wszem i wobec bardzo ważną Misję. Gawiedź się cieszy,
a w Imperiale znowu jest zapotrzebowanie na bohaterów. Konkretnie to na wojownika, maga,
łotrzyka, kapłana, łowcę i kobietę.
– Od kiedy „kobieta” to profesja?
Zaco wzruszył ramionami.
– Spytaj króla. W drużynie musi być kobieta. Nie sprecyzowano, czym konkretnie
ma się zajmować. Pewnie tymi, no, kobiecymi sprawami. Pranie, gotowanie.
– I to jest ten problem? Brakuje ci kobiety?
– Nie, zwerbowałem już jedną. – Popatrzył uważnie na Haxerlina i splótł palce. –
Brakuje mi przywódcy. Maga.
Za oknem zagrzmiało. Na zewnątrz szalała prawdziwa ulewa.
Mistrz nie był głupi. Przełknął ślinę i powoli odłożył karty.
– Nie, nie, nie… Nawet o tym nie myśl… – Masz certyfikat, prawda? Zresztą po co pytam, sam ci go podrabiałem. To jest
naprawdę proste zadanie, będziesz przecież otoczony zawodowcami. Niestety żaden znajomy
czarodziej nie przystał na warunki, jakie zaproponowałem.
– Nie, nie, nie, nie… – Haxerlin powoli podnosił się z krzesła. – Zapomniane
podziemia i ich sekrety, ciemność i potwory… Nie, ta sceneria zdecydowanie mi się nie
podoba.
– Spokojnie, przyjacielu. – Zaco wstał i położył mu rękę na ramieniu z taką siłą, że
Haxerlin zmuszony był z powrotem usiąść. – Do niczego cię nie zmuszam. Do niczego nawet
nie zachęcam.
– Naprawdę? – Zaskoczony handlarz zamrugał z niedowierzaniem, pewny, że się
przesłyszał.
– Owszem, nie to nie. Myślałem, że chcesz zarobić. Poradzę sobie w inny sposób.
Grajmy dalej.
– Chcę zarobić. – Odetchnął z ulgą. – Ale zdecydowanie przedkładam hazard nad
samobójcze misje.
– Co powiesz w takim razie na naprawdę wysokie stawki?
Mistrz namyślał się tylko chwilę. Czuł, że to jego dzień. Nic go nie powstrzyma.
Jacob chce się odkuć? Ha ha, proszę bardzo!
– Jak wysokie?
Fałszerz skrywał się w cieniu, więc Haxerlin nie mógł widzieć, jak kąciki ust
przyjaciela unoszą się coraz wyżej i wyżej.

Dyskusja