Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina – fragment III

Zamtuz mieścił się na ulicy Przyzaśródśrodkowej, w najbardziej wysuniętej na
zachód części Zaśródśrodka. Zwał się Pchełka.

Czyż Hrywen nie było urocze? Zaśródśrodek i burdel Pchełka. Po co w ogóle
zdejmować kwarantannę?Właściciel przybytku, Simon Pollack, nie skarżył się na zamknięcie bram. I tak
rzadko zapuszczał się poza mury. Narzekał za to na zastój w interesie. Wprowadzenie stanu
wyjątkowego odbiło się na dochodach Pchełki. Stali klienci albo padli ofiarą choroby, albo ze
strachu przed nią zaszyli się w domach. Pollack nie rozumiał ich zachowania. Wychodził z
założenia, że przeznaczenie zapisano w gwiazdach, dlatego każdy dostanie to, co odgórnie
ustaliły bóstwa. I jeśli ktoś ma zachorować, nie pomoże chowanie głowy pod koc. Co więc
przeszkadza ludziom zażyć przedtem odrobiny rozrywki?

Wychował się w małej wiosce w Południowym Zenicie. Wśród miejscowych
wielkim poważaniem cieszyła się zamieszkująca pobliski las starucha, którą wszyscy
nazywali Babunią. Babunia przyjmowała porody, leczyła dolegliwości brzucha i za kilka jajek
prostowała kości, kiedy pracującym w polu mężczyznom przytrafiał się wypadek. Potrafiła
też przepowiadać przyszłość. Kiedy Simon był dzieckiem, matka zaprowadziła go do Babuni,
by wiedźma uchyliła kurtynę losu i dyskretnie zerknęła na scenę.

Wtedy to dowiedział się, że pozna śliczną kobietę, zdobędzie majątek i dożyje późnej
starości. Babunia podziękowała za pieczonego świniaka, a Simon Pollack od tego momentu
już o nic więcej się nie martwił. Jak na razie wszystko się sprawdzało. Otworzył własny
biznes i poznał piękną kobietę, a nawet całą gromadkę, która dla niego pracowała. To ze
starością też musiało być pewne, więc nie bał się, że ukatrupi go dziwne choróbsko. Babunia
na pewno by o tym wspomniała.

Powiedziała, że mąż pani Żytko zginie z ręki czarnobrodego drwala. Chłop całe życie
wystrzegał się lasów i tartaków, aż w końcu poślizgnął się na wypastowanej podłodze i
złamał kark. To było błogosławieństwo w porównaniu z losem, który mógł szykować dla
niego sadystyczny rębajło! Dobrze, że staruszka w porę go ostrzegła.

Albo Albert Wodziojad. Babunia lojalnie uprzedzała, kiwając kościstym palcem,
żeby trzymał się z daleka od koni. Konie pragnęły jego zguby. Kiedyś Albert wybrał się na
jarmark do miasta, gdzie został napadnięty i pobity do nieprzytomności. Potem opowiadał z
przejęciem, że napastnik był chudy jak szkapa i nieustannie rżał ze śmiechu.
I jak tu nie wierzyć Babuni? Podobna wyrocznia przydałaby się w Hrywen, może
wtedy ludzie przejrzeliby na oczy i zrozumieli istotę przeznaczenia. Zaczęliby się bawić, a
Pchełka zaczęłaby zarabiać. Dla każdego coś miłego.

Pollack stał właśnie przed lustrem i poprawiał starannie ufryzowane włosy, kiedy
drzwi zamtuza uchyliły się i do środka weszli klienci – niski człowiek z cygarem w ustach i
jego groźnie wyglądający kompan, zapewne ochroniarz. No proszę, tuż przed zamknięciem!
Ucieszył się na widok nowych twarzy. Od czasu wizyty strażnika miejskiego i tego starego szlachcica, który wpadł chyba tylko po to, żeby pochwalić się udziałem w jakiejś
zapomnianej bitwie, Pchełka świeciła pustkami.

– Witam szanownych panów. W czym mogę pomóc?
Nie musiał przybierać szerokiego uśmiechu, tak pomocnego w fachu sprzedawcy –
bo nim w gruncie rzeczy był. Odkąd za młodu odwiedził Babunię i wszystkie życiowe
wątpliwości oraz zagadkowe zmienne rozwiały się jak pyłek na wietrze, uśmiechał się tak
dzień w dzień, bez przerwy.

***
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez kopułę nocy, odpędzając czające się w
mrokach strachy z powrotem do piwnic i strychów. Niewiele to zmieniało. Świt nad Hrywen
od czasu kwarantanny przypominał wiązkę światła skierowaną na cmentarz.
– Pchełka? – zdziwił się Haxerlin, zadzierając głowę do góry. Podziwiał okazały
gmach przybytku rozkoszy. Musiał przytrzymywać przy tym rondo cylindra, który co chwilę
zsuwał mu się na oczy. – A wasza najlepsza karczma to pewnie Jama Truciciela?
– Nie – stwierdził Leo bez cienia wesołości. – Najlepsza jest Złota ze Wśródśrodka.
Felczer protestował, kiedy Jäger zmusił go do założenia kolczugi i hełmu. Jako
pacyfista odczuł wewnętrzny dyskomfort, musząc paradować z dwuręcznym mieczem
przewieszonym przez plecy. Ponadto żelastwo niesamowicie obciążało kręgosłup. Ale skoro
szef kazał…

W lecznicy udało im się znaleźć wszystkie potrzebne stroje i akcesoria. Pacjenci
chyba nie mieli za złe, że Haxerlin i Leo na pewien czas pożyczyli sobie ich przyodziewek. W
końcu po co chorym na fedura eleganckie szaty albo zbroja, skoro i tak nigdzie się nie
wybierali?

– Pamiętaj, stoisz blisko mnie i się prężysz. Tyle powinno wystarczyć. A jeśli o coś
cię spytam, odpowiadasz „Tak jest, panie Hax”. I nie otwieraj przyłbicy, choćby cię
swędziało w nosie, bo urok pryśnie. Rozumiesz?
Leo prychnął.

– Ja się na to wcale nie…
Kupiec zmierzył go wzrokiem.
– Tak jest, panie Hax – rozległo się z wnętrza hełmu, z jakąś taką nutką pretensji.
– Dobrze, w takim razie zaczynamy.

Mistrz wyjął cygaro z kieszeni surduta. Strój był na niego za duży i sięgał niemal
kostek, ale uznał, że to nawet lepiej, bardziej ekstrawagancko. Włożył cygaro do ust – nie zapalił go, bo nie cierpiał tytoniu – i raźno wkroczył do Pchełki. Za nim wszedł Leo,
pobrzękując niczym stojak z garnkami.

Kupiec rzadko gościł w zamtuzach, nawet wtedy, gdy był dużo młodszy. Niektórzy
lubią stwierdzenia typu: „Ależ miałem burzliwą młodość!”, lecz w przypadku Haxerlina nie
sposób było mówić o burzy, co najwyżej o lekkim zachmurzeniu. Och, za studenckich czasów
zaglądał to tu, to tam, kiedy razem z kolegami udało się sforsować zamek przy bramie
kampusu i zmylić akademickie patrole, ale nie myślał o tych eskapadach w kategorii
przygody życia. Ot, było dużo potu, dużo stękania, a potem człowiek chodził cały dzień
zmęczony i nic mu się nie chciało. Zamiast tego wolał zjeść dobry obiad albo rozegrać
partyjkę kości.

Pchełka nie przypominała domu uciech z Plattendorfu, obskurnego budynku, gdzie
kręciły się różnej maści rzezimieszki i typy spod ciemnej gwiazdy, gotowe na dzień dobry
zbluzgać twoją matkę i na do widzenia poczęstować kopniakiem. Wnętrze hryweńskiego
zamtuza, skąpane w półmroku, udekorowano na królewską modłę. Przy wejściu leżał miękki,
czerwony dywan, a ściany przystrojono gobelinami i malowidłami, na których baraszkowały
półnagie postacie. Artyści popisali się wyjątkową wyobraźnią. Haxerlinowi najbardziej
spodobał się obraz młodej kobiety, leżącej w kuszącej pozycji na grzbiecie krokodyla. Cóż,
może krokodyl też był zmęczony.

Za masywnym, wypolerowanym kontuarem stał uśmiechnięty od ucha do ucha
człowiek. W grymasie radości było coś niepokojącego, jakby pod grubą warstwą szczęścia
drzemał ukryty pierwiastek obłędu. Farbowane włosy mężczyzny, ułożone w koguci grzebień,
roztaczały przyjemny aromat jaśminu.

– Witam szanownych panów. W czym mogę pomóc?
Haxerlin dostojnym krokiem podszedł do lady, ściskając między zębami końcówkę
cygara. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, skąd po chwili wyjął monokl. Złoty
łańcuszek zakołysał się jak wahadełko. Mistrz założył okular i z miną znawcy zlustrował salę.
Leo stanął obok, naprężając muskuły, których kruchość maskowało kilka warstw odzieży i
solidny pancerz.

– W czym mogę pomóc? – Właściciel Pchełki powtórzył pytanie głośniej i – choć
wydawało się to niemożliwe – uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Nazywam się Hax. Hax Erlyn. – Mistrz wyciągnął rękę i potrząsnął energicznie
prawicą mężczyzny. – Rozumiem, że mam przyjemność z panem Pollackiem?
W oczach Simona błysnęła iskierka strachu.– Nie, nie. – Szybko cofnął dłoń. – Ja nie z tych. Przyjemność to tylko z moimi dziewczynami.

Cygaro zabawnie opadło Haxerlinowi w ustach.
– Nazywam się Hax. – Spróbował raz jeszcze. – Tak jak pan prowadzę zakład…
krawiecki. – Mrugnął porozumiewawczo.
Simon Pollack nie odpowiedział. Biel jego zębów mogła odbijać światło.
– Zatrudniam kobiety. – Mistrz rozpaczliwie ciągnął wątek. – Ręczna robota, pełen
profesjonalizm. Obsługujemy wszystkie rozmiary i podejmujemy się najbardziej
wymagających projektów. Jeśli trzeba, obciągamy końcówki.
– Och, musiał trafić pan pod zły adres. Chodzi pewnie o salon mody Sznapsa. To w
Zapołśródśrodku, ale na razie zamknęli go ze względu na kwarantannę. Tu jest burdel.
Kupiec natychmiast ukręcił łeb kurtuazyjnej grze skojarzeń.
– Też mam burdel, tyle że w Gettysheim. Czyż nie, Ole?
– Tak jest, panie Hax – przytaknął Leo.
– Ach, kolega po fachu, trzeba było tak od razu! – ucieszył się Simon. – Nie dane mi
było zawitać do Gettysheim. To gdzieś na południu?
– W istocie. – Haxerlin uznał, że zmyślone miasto równie dobrze mogło leżeć w
tamtych rejonach. – Zapraszam pod Cuda i Dziwy, jeśli wpadnie pan przejazdem.
Mężczyzna zaśmiał się dźwięcznie; naoliwiony czubek fryzury zakołysał mu się jak targany
wiatrem żagiel.
– Już mi się podoba. Co sprowadza pana pod skromny dach Pchełki? – „Skromny”
było najwidoczniej lokalnym synonimem słowa „pozłacany”. – Sprawdzamy, co słychać u
konkurencji? Jak widać nienajlepiej. Ta cała epidemia odebrała ludziom rozum. A przecież
jak coś ma spaść, to spadnie, prawda? Spadnie jak nic.
– Spadnie, spadnie. – Mistrz nie za bardzo wiedział, o co chodzi, ale zdał się na
przeczucie. – Przejdę do rzeczy. Jestem tu w interesach. Razem z moim ochroniarzem
ugrzęzłem w mieście, tak jak wszyscy, ale to nie znaczy, że poważni przedsiębiorcy siedzą
bezczynnie na tyłku i czekają, aż ktoś posprząta ten bajzel. Czym się w tym czasie zajmują? –
Wyciągnął z ust cygaro i strząsnął na podłogę iluzoryczny popiół. – Ano zarabianiem! Dobrze
mówię, Ole?
– Tak jest, panie Hax. – mruknął felczer. Pod ciężarem zbroi drżały mu kolana. –
Przepraszam, mogę usiąść? Od tych wojaży strasznie łupie mnie w krzyżu.
Haxerlin westchnął i machnął cygarem na zgodę.– Wszyscy w Hrywen chwalą Pchełkę – kontynuował. – Że czysto, że schludnie,
dziewczyny prześliczne i tak dogodzić potrafią, że chłopy potem nie wiedzą, gdzie góra,
gdzie dół. Innymi słowy – biznes pierwsza klasa.
Simon Pollack pokraśniał z dumy.
– Nie lubię odwalać fuszerki. Mamy tu nawet w Pchełce powiedzenie: „Pieprzyć to
wszystko”. – Słoneczny uśmiech rzucił kilka dodatkowych promieni. – Taki branżowy
dowcip.
– I dlatego właśnie wychodzę z pewną propozycją. Ile pracownic obecnie pan
zatrudnia?
Pollack w skupieniu zmarszczył brwi.
– Lolę, Shafre… – Odginał palec za palcem. – …Caro, Ynes, Clair i Nasturcję. Sześć
cudownych panien.
– Szukam nowej perły do kolekcji. Znaczy się inaczej. – Zreflektował się szybko,
zanim prostolinijny umysł Simona zdążył odesłać go do jubilera. – Chciałbym kupić którąś z
dziewczyn. Nie na godzinę, nie na noc, ale po to, żeby zabrać ją do Gettysheim. Zapewniam,
że spodoba się jej w Cudach i Dziwach. Dobrze traktujemy personel, co nie, Ole?
– Tak jest, panie Hax – odezwał się felczer, wygodnie wyłożony na różowej sofie.
– Na pewno jakoś się dogadamy. – Mistrz uśmiechnął się sympatycznie.
– Ach, wymówienie kontraktu. Rozumiem… – Postukał palcem po blacie. – Cóż,
przyznam się, że myślałem nad odprawieniem jednej z dziewczyn, nie tylko ze względów
ekonomicznych, ale także z powodu bezpieczeństwa. Pewnie pan wie, co mówią o burdelach,
w których pracuje sześć dam?
– Och, oczywiście. – Haxerlin nie miał bladego pojęcia. – Tak właśnie mówią.
Ludzie. Różni.
– No właśnie. – Simon Pollack był prawdopodobnie jedyną osobą w Imperiale, która
potrafiła wzdychać cierpiętniczo i jednocześnie szczerzyć zęby. – Dlatego kto wie, kto wie…
Proszę usiąść, zawołam dziewczyny. Niech pan spojrzy, która panu przypadnie do gustu.
Mistrz Haxerlin rozsiadł się na pufie obok Leo. Obserwował, jak właściciel Pchełki
pociąga za ozdobne wstęgi wiszące za jego plecami. Końcówki sznureczków niknęły gdzieś
okolicach sufitu. Rozległo się ciche pobrzękiwanie. Dźwięk dzwoneczka powtórzył się
sześciokrotnie; dobiegał z wyższego piętra.
Po kilku minutach ze schodów zaczęły dochodzić ciche chichoty. Dziewczyny
schodziły na dół, trzymając się za ręce albo obejmując w talii.
Mistrz chrząknął i poprawił kołnierz. Zrobiło mu się jakoś duszno.– Przywitajcie się z panem Haxem.
Sześć kobiet równiutko dygnęło, a serce Mistrza zabiło z pełną mocą.
– Przedstawiam panu Caro…
Filuterna blondynka puściła oczko, poprawiając kusą spódniczkę. Cylinder Haxerlina
przekrzywił się na bok.
– …Nasturcję…
Kobieta kusząco przygryzła wargę. Leo poczuł, że jego zbroja staje się stanowczo za
mała.
– …Shafre…
Rudowłosa piękność spojrzała na Mistrza w taki sposób, że nagle pożałował, że za
młodu tyle czasu spędzał na hazardzie. Ileż podobnych spojrzeń musiało go ominąć…
– …Lolę…
Cygaro upadło na ziemię z cichym mlaśnięciem. Naprawdę chciał skupić się na jej
twarzy. Naprawdę. Po prostu oczy odmawiały posłuszeństwa, zawzięcie okupując niższe
partie ciała.
– …Clair…
Młoda dziewczyna spłonęła rumieńcem. Wbiła wzrok we własne stopy, nieśmiało
splatając dłonie za plecami. Była urocza.
– …i Ynes.
Ciemne włosy nosiła spięte w kok. Obcisły czarny strój podkreślał wszystkie
krągłości. Na widok bicza przypiętego do pasa Haxerlin zastanowił się, czy aby przypadkiem
Ynes nie robi w Pchełce za wykidajło. Potem przypomniał sobie pewien pijacki wieczór w
Plattendorfie – odruchowo potarł się po łopatce, gdzie do teraz miał blizny – i wszystko
nabrało sensu.
Postarał się zebrać myśli.
Któraś z nich roznosi fedura. Któraś może być wampirzycą…
– Skusi się pan? – Pollack wyrwał go z odrętwienia. Założył dłonie na piersiach i
przyglądał się dziewczynom jak hodowca rasowych koni obserwujący wybieg. – Spuszczę z
ceny dla konesera.
– Podoba mi się ten wojak. – Ynes skinęła palcem na Leo. – Lubię twardych facetów.
Co ty na to, bohaterze? Wyciśniemy z ciebie trochę potu?
Leo jęknął. Wyglądało na to, że lada moment hełm zagotuje mu się do czerwoności,
a przyłbicę otworzy kłąb buchającej pary.
– Dziękuję – powiedział Mistrz – ale najpierw interesy, potem przyjemności.Simon klasnął w dłonie; dziewczyny zgrabnie obróciły się na pięcie i ruszyły z
powrotem do swoich pokojów.
– Jestem pod wrażeniem. – Handlarz wstał i oparł się o kontuar. – Wszystkie są
wyjątkowe. Ale, jak obaj dobrze wiemy, najważniejszy w tym fachu jest potencjał
ekonomiczny. Chciałbym wiedzieć, jaki dochód wygenerowały poszczególne dziewczyny,
powiedzmy, na przestrzeni ostatniego miesiąca. Żeby nie kupować kota w worku.
Uśmiech Simona przygasł, ale tylko troszkę.
– Dobrze panu wiadomo, że księgi rachunkowe są wyłącznie do wglądu właściciela i
poborców podatkowych.
– Oczywiście, jesteśmy poważnymi ludźmi – zastrzegł Mistrz. – A poważni ludzie
nie kupczą informacjami na temat partnerów biznesowych. Rozmawiamy tylko o szybkim
zerknięciu na listę transakcji. Liczby nie kłamią. Pal licho miesiąc! Zestawienie z dwóch
tygodni w zupełności wystarczy.
– Nie jestem do końca przekonany, panie Hax. Mam swoje faworyty i ich na pewno
nie odstąpię, nieważne, jaka padnie kwota.
– Umówmy się tak – zaproponował Haxerlin. – Jeśli zajrzy pan do Cudów i Dziwów
w Gettysheim, odstąpię panu na bardzo atrakcyjnych warunkach jedną z moich najlepszych
pracownic. Jeśli rzecz jasna rozwiąże się problem z feralną szóstką. Zmiana otoczenia
wyjdzie jej na dobre. – Nachylił się do ucha Pollacka i kontynuował szeptem: – Nazywa się
Deadrie, ale klienci mówią na nią pieszczotliwie Ciągutka. Proszę się domyślić, dlaczego.
– Ciągutka. – Zmrużył oczy. – Brzmi… zachęcająco.
– Ole! – Haxerlin krzyknął, aż felczer podskoczył na sofie. – Co myślisz o Ciągutce?
Zdolna dziewczyna?
– Jaka Ciągu… Aaa, tak jest, panie Hax. – Ciągle nie mógł dojść do siebie po
spotkaniu z Ynes. – Najzdolniejsza. Klienci nadziwić się nie mogą.
– Widzi pan? – Mistrz położył cylinder na ladzie. – Jedno zerknięcie.
– Jedno zerknięcie. – Właściciel zamtuza przyklęknął i zaczął manewrować
pokrętłem sejfu. Wmontowano go bezpośrednio w kontuar. Po chwili wyłonił się spod lady z
opasłym tomiszczem w rękach. – Proszę nie robić żadnych notatek.

Otworzył księgę na ostatnio zapisanych stronach i obrócił w stronę Haxerlina.
Handlarz wziął głęboki oddech. Miał nadzieję, że nie pomylił się w ocenie Pollacka i znajdzie
informacje, po które przyszedł. Zanurzył się w rubryczkach, tabelach i spisie numerowanych
transakcji.

Dyskusja