Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gdzie baba nie może, tam smoka pośle – recenzja książki „Pieśń kwarkostwora”

Źle się dzieje w państwie Snodd. Po wydarzeniach przedstawionych w tajemnym dzienniku nazwanym „Ostatni smokobójca”, a spisanym przez kronikarza znanego pod nazwiskiem Jasper Fforde, na świecie znów powoli zaczyna narastać ilość siły magicznej. Rosną zasoby „skwaru”, czyli energii, którą mogą pobierać magowie, by rzucać swoje zaklęcia. Niestety po dziesiątkach lat, w trakcie których zasoby substancji z każdym rokiem malały, mistrzów sztuk magicznych nie pozostało zbyt wielu. W czynnej służbie znajduje się tylko paru czarnoksiężników, pracujących dla dwóch konkurujących ze sobą firm – Kazam oraz iMagia. Pierwszą z nich kieruje znajda, Jennifer Strange. Dziewczyna, mimo młodego wieku oraz braku jakichkolwiek zdolności magicznych, potrafi utrzymać w ryzach krnąbrnych pracowników i sprawić, że magia powoli rośnie w siłę. Niestety rzeczywistość (wspierana przez członków iMagii) uparła się, żeby pokazać jej figę z makiem i doprowadzić Kazam do upadku. Cała afera zaczęła się niepozornie, od próby odszukania jednego niewinnego pierścienia. Problem w tym, że krnąbrny element biżuterii nie chciał być odnaleziony.

Jennifer nie podejrzewa, że od jej decyzji ponownie będą zależały losy całego królestwa. Znowu będzie balansowała na cienkiej granicy pomiędzy narodowym bohaterem, a wrogiem publicznym numer jeden. Ma jednak szczęście, że po jej stronie znajduje się cały zespół magów. Co prawda niektórzy z nich skamienieli, innym popruły się latające dywany, a jeszcze inni wylądowali w więzieniu, ale przecież nie o to chodzi! Wsparcie duchowe też jest ważne i wie o tym każdy szanujący się duch! A może nie duch, tylko symulujące żywe, wirtualne zwierzę zaklęcie udające sztuczną inteligencję? Dla każdego coś miłego, bo przecież pomoc może przyjść nawet ze strony zlizującego farbę ze zderzaków samochodowych zwierzaka, dla którego posągi są przysmakiem!

W drugim tomie mamy okazję poznać dalsze losy Jennifer, która ocaliła smoki oraz magię. Jej życie wcale nie zwolniło tempa i w najbliższej przyszłości pełne będzie wyścigów na latających dywanach z prędkościami ponaddźwiękowymi, walk z trollami, turniejów magicznych, wybuchających miast i tego, co najstraszniejsze – kwarkostworów. Bo, czy można wyobrazić sobie coś gorszego niż posiadanie jako zwierzaczka domowego najgroźniejszego magicznego stworzenia świata? Szczególnie, kiedy kocha się swojego pupila wielką i odwzajemnioną miłością? Jasper Fforde po raz wtóry stworzył szaloną fabułę charakteryzującą się szybką akcją, zwariowanymi i nieprzewidywalnymi zwrotami oraz niesamowitymi postaciami (w drugim tomie, prócz oryginalnego Tymczasowego Łosia czy Tygrysa Krewetki, poznamy Kiedyś Cudowną Boo oraz całą plejadę „nie do końca normalnych osób”). Dzięki temu „Pieśń kwarkostwora” czyta się jednym tchem, co tak naprawdę stanowi jedyną wadę książki, gdyż przyjemność kończy się nad wyraz szybko. Co prawda kontynuacja ustępuje poprzedniczce świeżością i pomysłowością, jednak nie jest to różnica na tyle duża, by uznać, że druga część jest znacznie gorsza.

Do tego swoje trzy grosze dorzuca Sine Qua Non, czyli wydawca polskiej edycji, który przyzwyczaił swoich czytelników do wysokiej jakości wydania. Nie zawiódł i w tym wypadku – świetne tłumaczenie, dobra jakość papieru, przyzwoicie wykonana okładka i przyjemna dla oka czcionka sprawiają, że na książkę patrzy się z przyjemnością.

Cóż zatem można powiedzieć? Jeśli lubicie dobre komedie fantasy, nieoczekiwane zwroty akcji i absurdalne postaci (kto nie poznał Tymczasowego Łosia lub Tajemniczego X, jeszcze nie wie, co oznacza wyrażenie „absurdalna postać”), seria Ostatniego Smokobójcy jest stworzona dla Was. Teraz pozostaje już tylko oczekiwanie na kolejne tomy, w których autor na pewno po raz kolejny nas zaskoczy i rozśmieszy.

Ocena: 4/5

Dyskusja