Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Co mi zrobisz, jak ze mną zagrasz? Recenzja gry „Tajemnica Ostatniego Seansu”

Kochamy polskie filmy, zwłaszcza te starsze (wielu uważa, że polska kinematografia skończyła się w momencie, gdy w rodzimych produkcjach zaczął grać Tomasz K.). Wiele tytułów, jak i dialogów z tychże pozycji, urosło do rangi kultowych. Dlaczego więc nie zrobić by gry planszowej, bazującej właśnie na słynnych filmach z lat 60. do 80.?

To co się właściwie dzieje?

Na taki właśnie pomysł wpadli twórcy gry planszowej „Tajemnica Ostatniego Seansu”, czyli Piotr Lipski i Vojislav Radojičić. Fabuła ich gry skupia się na zamkniętej w starym kinie ekipie filmowej, która właśnie ten budynek wybrała na idealny plener do zdjęć. Uwięził ich duch ostatniego kinooperatora, który przed śmiercią nie zdążył wyświetlić tytułowego „ostatniego seansu”. Nie udało mu się, gdyż zgubił rolkę z filmem i nawet nie wie, jaki był jego tytuł. I właśnie to muszą ustalić gracze. Jeśli im się uda, to nie tylko odzyskają wolność, ale zdobędą również w nagrodę cenną kolekcję polskich filmów, nagranych na starych kliszach.

Obrazek

Każdy z graczy rozpoczyna rozgrywkę ze ściśle określoną liczbą kart (w zależności od tego, ile gra osób), a kilka dodatkowych zostaje ukrytych na planszy. Osiągnięcie celu, a więc odgadnięcie tytułu zaginionego filmu, następuje drogą eliminacji. W określonych momentach (np. przy spotkaniu pionków) gracz może zadać pytania innemu graczowi o dany rodzaj filmu, np. „Czy masz filmy produkcji TOR-u” albo „Czy masz jakieś ekranizacje książek?”. Niedopuszczalne są próby pytań wprost o konkretny tytuł. Uczestnicy nie powinni kłamać, jednak nie jest to definitywnie zabronione.

Lista usterek i minusów

I tu pojawia się problem numer jeden. Graczom nie opłaca się przekazywać fałszywych informacji, nie odnoszą bowiem korzyści z wyprowadzenia swoich kolegów w pole. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest mówić prawdę, aby jak najszybciej osiągnąć cel rozgrywki. Przez to gra zamienia się raczej we współpracę niż współzawodnictwo. Niestety, taki sposób prowadzenia gry sprawia, że nie ma w niej zbyt wiele emocji, żeby nie powiedzieć dosadnie, że zaczyna nudzić.

Obrazek

To nie jedyny minus, który trafił na konto „Tajemnicy ostatniego seansu”. Jest jeszcze sporo innych drobiazgów, jak na przykład fakt, że połowa kart, jakie dostajemy do odznaczania filmów (to akurat całkiem miły dodatek – wystarczy zaznaczyć dane pozycje, a nie wypisywać je ręcznie) jest wydrukowana z błędem – brakuje jednego tytułu. W chwili, gdy o tym wiemy, nie stanowi to problemu, bo wystarczy użyć dobrych kart, jednak grający pierwszy raz mogą nadziać się na wybrakowaną kartę, przez co – w drodze eliminacji – zostaną dwa filmy, a nie jeden. Owym tytułem jest „Saldo”. Nie jestem pewny, czy błąd ten pojawia się w każdym egzemplarzu, niemniej mógł pojawić się nie tylko w moim.

Obrazek

To nie jedyne niedopracowanie w przypadku kart – oznaczenie, że film był kolorowy, na tych dobrych kartach jest paradoksalnie czarno-białe. Tak, to kosmetyka, ale trochę szkoda, że wybrakowane karty pod tym względem wypadają lepiej…

Ostatnią poważną wadą gry jest brak zróżnicowania bazowych postaci graczy. Do wyboru dostajemy np. reżysera, kierowniczkę produkcji czy woźnego (każda stylizowana na kadry z polskich produkcji). To całkiem fajny akcent, ale realnie nic on nie wnosi. Gracze dostają różne postacie, które tak naprawdę niczym się od siebie nie różnią! Gdyby każda z nich miała jakieś specjalne umiejętności, gra byłaby bardziej zróżnicowana, a przez to – jak wiadomo – ciekawsza.

Dodatkowo wydrukowano kartę przedstawiającą ducha. Po co? Tego nie wiadomo. Jeśli istniałaby jakakolwiek możliwość zagrania duchem, miało by to jakikolwiek sens. Tak jest to po prostu zbędny kartonik.

Obrazek

A może jest coś dobrego?

Czy „Tajemnica ostatniego seansu” ma jakieś plusy? Odrobinę zamieszania i parę dodatkowych możliwości wprowadzają karty przedmiotów, wydarzeń oraz szatni. Każda z nich daje różnego rodzaju efekty, np. karta prażonej kukurydzy chroni przed atakiem szczurów. Tylko dzięki tym kartom – i towarzyszącym im efektom – gra nie jest doszczętnie nudna i liniowa. To jedyne, co sprawia, że każda następna rozgrywka nie jest taka sama jak poprzednia.

Obrazek

Jest coś jeszcze na plus? Jest, i owszem. To jakość wykonania. Nie licząc felernych notatek, to całość gry przygotowana jest bardzo ładnie. Zarówno przedstawiająca stare kino plansza, jak i stylizowane na PRL-owskie symbole ostrzegawcze karty są przygotowane w sposób przemyślany, staranny i estetyczny. Na szczególną uwagę zasługują karty filmów, które opatrzone są kadrem z danej produkcji. Nie jest to jednak dosłowna stop-klatka, ale delikatna manipulacja graficzna, co wygląda zdecydowanie ciekawiej. Miłym bonusem są trzy kadry filmowe, powiększone do wielkości pocztówek.

Jak już wspominałem, wszystko stylizowane jest tak, by oddawało klimat minionego ustroju. Nawet obwoluta instrukcji przypomina wykonany z podłego papieru szkolny zeszyt. Podobnie wygląda koperta, w której możemy przechowywać akcesoria do gry. Pionki też prezentują się nieźle. Mimo że wykonane z drewna i pomalowane na podstawowe kolory, chociaż proste i sztampowe, to dobrze nawiązują do ducha PRL-owskich gier towarzyskich, jak chociażby „Chińczyka”.

Warto, nie warto?

Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie i definitywnie. „Tajemnica ostatniego seansu” to gra, w którą można zagrać, jest nieźle wykonana, ale… No właśnie – ale. Ale nie da nam wielu rozegranych partii, a więc i godzin spędzonych nad nią, co mogą zaoferować inne tytuły, dostępne na rodzimym rynku. Spodoba się kinomaniakom i miłośnikom poprzedniego ustroju, ale zwykły zjadacz chleba lepiej niech sięgnie po coś innego.

Dyskusja