Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

He’s back! – Recenzja filmu „Terminator: Genisys”

Po ponad trzydziestu latach od premiery „Terminatora” w reżyserii Jamesa Camerona, na ekrany kin wchodzi nowa odsłona cyklu, składająca hołd oryginałowi i restartująca całe uniwersum „elektronicznych morderców”. Może nie czyni tego z przytupem godnym bombardowań z „Dnia Sądu”, ale zostawia po sobie pozytywne wrażenie.

„Hasta la vista, baby”

Fabuła „Genisys” ignoruje ostatnie dwa filmy z serii, które zebrały mieszane recenzje, i rzuca widza w nową rzeczywistość.

Pierwsze ujęcia pokazują genezę zagłady nuklearnej, dokonanej przez Skynet (wojskowy program obronny, który zwrócił się przeciwko ludzkości) i wprowadzają w konflikt z terminatorami. W 2029 roku lider ruchu oporu John Connor (Jason Clark) wiedzie żołnierzy do finałowej bitwy przeciwko eksterminującym ludzkość cyborgom i… wygrywa. Sceny te udowadniają, że w ciągu około 20 minut można pokazać futurystyczną wojnę, o klasę wyższą od tego, co zaprezentowano w „Terminator: Ocalenie”.
Niestety zwycięstwo ludzi nie jest ostateczne. Chcąc uchronić maszyny od klęski, Skynet w akcie desperacji wysyła w przeszłość cyborga T-800,

mającego zabić Sarę Connor (Emilia Clarke), matkę przywódcy ruchu oporu, jeszcze przed jego narodzinami. W czasie cofa się także żołnierz Kyle Reese (Jai Courtney) z zadaniem ochrony kobiety – kropka w kropkę, jak w filmie z 1984 roku.

Tylko tym razem coś idzie nie tak. Kyle ląduje w zupełnie innej linii czasu, w której Sara od dziecka szkoli się na wojowniczkę pod okiem Popsa (Arnold Schwarzenegger), terminatora, który w dzieciństwie ocalił ją od śmierci. Na skutek zawirowań fabularnych podróż w czasie odbywa też sam John Connor, jednak jego misja ma zgoła odmienne cele od reszty protagonistów…

Nowe pokolenie

Poza niezmiennym elementem serii, jakim jest T-800 w wykonaniu Schwarzeneggera, reszta obsady, którą zobaczymy na ekranie, jest nowa. Dobór aktorów to jeden z największych zarzutów, jaki można postawić „Genisys”. Wszyscy grają co najwyżej poprawnie.

O ile John Connor „daje radę”, a Emilia Clarke braki aktorskie nadrabia wyglądem, to Jai Courntey najzwyczajniej w świecie razi. Jak na postać żyjącą w świecie po nuklearnej zagładzie, odtwórca roli Kyle’a Reese’a jest wyjątkowo upasiony. Niestety aktor cierpi na znany z polskiej kinematografii „syndrom Nataszy Urbańskiej”. Widać jego starania, aby zagrać wiarygodnie (naprawdę, w porównaniu do poprzednich występów jest zauważalny postęp), ale aktor drażni widza samą obecnością na ekranie. W jednej z finałowych scen „Genisys” wybrzmiewają emocje znane z zakończenia „Terminatora 2”, niestety znikają one jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w chwili, gdy Courtney się odzywa. Podobnie sprawa ma się z wątkiem romantycznym pomiędzy Sarą a Reesem – „kazali się całować, to się całujemy” – chemii brak, a sceny, w których bohaterowie otwierają się przed sobą są zwyczajnie nudne i zabijają napięcie w filmie.

Poza Arnoldem, do wykreowanych postaci nie można odczuć żadnej sympatii czy też przywiązania, ot miotają się po ekranie, a widz śledzi ich wybuchowe poczynania mające zapobiec apokalipsie. Wspominając o Austriaku, trzeba powiedzieć, że to jego najlepsza rola w całej serii. Podstarzały cyborg kradnie ekran, często wywołując salwy śmiechu wśród publiczności. W stosunku do Sary Connor jest ujmującym Popsem, ale w sytuacji zagrożenia zamienia się w maszynę do zabijania. W obsadzie znalazło się również miejsce dla tegorocznego laureata Oscara, J.K Simmonsa, grającego detektywa zakręconego na punkcie teorii spiskowych, oraz dla jednego z odtwórców roli „Doktora Who”, Matta Smitha wcielającego się w… nie, tego nie wypada zdradzić, można jedynie wspomnieć, że to epizodyczna, ale pamiętna rola w filmie.

Du-du-dum-du-dum…

Muzykę do filmu stworzył Lorne Balfe, a w jego kompozycjach słychać echo dzieł Brada Fiedela, odpowiedzialnego za ścieżkę dźwiękową do dwóch pierwszych „Terminatorów”. Charakterystyczne nuty wybrzmiewają w kluczowych momentach produkcji, takich jak starcie Popsa ze swoją młodszą wersją, nadając scenom swoistej epickości.

Strona wizualna jest bez zarzutu. Wspomniana początkowa sekwencja filmu, ukazująca wojnę w przyszłości, zasługuje na oklaski i stanowi jeden z najjaśniejszych punktów produkcji. Wszechobecne jest CGI, ale taka już cecha naszych czasów. Wszyscy zaniepokojeni jakością urywków scen ze zwiastunów powinni odetchnąć z ulgą, gdyż efekty specjalne są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Widać to w finezji, z którą zrealizowano starcia terminatorów – poszczególne modele mają inny wachlarz umiejętności, przez co walki cyborgów są emocjonujące i dostarczają widzowi solidnego kopa.

Sekwencje akcji nakręcono z pomysłem, a zainteresowani dostrzegą w nich aluzje do kultowych scen z poprzednich części. Samo nagromadzenie pościgów i strzelanin powinno zadowolić zarówno fanów serii, jak i osoby szukające dobrego kina akcji.

Ocalenie?

„Terminator: Genisys” to przyzwoita produkcja,

pozwalająca bez żalu spędzić czas w kinie. Film nie sili się na wyjaśnianie zawiłości i nielogiczności fabularnych, akcja gna jak szalona, a fanom pozostaje wierzyć reżyserowi, że odpowiedzi na ich pytania naprawdę istnieją. Po parodii, jaką był „Terminator 3” i odtrąceniu „Ocalenia” ze względu na jego inność, „Genisys” to powrót do korzeni serii i udana wariacja na temat pierwszych filmów.

Nowy Terminator, podobnie jak podstarzały Schwarzenegger, ma do siebie dystans i co rusz puszcza oko do publiczności. Raczej nie zapisze się głęboko w pamięci widzów, ale pozostaje dobrym obrazem dostarczającym niezobowiązującej rozrywki.

James Cameron poleca, a ja się do niego przyłączam.

Ocena: 4/5

Dyskusja