Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Podrabiając artefakty – recenzja książki „Cudza i Dziwy Mistrza Haxerlina”

Insyria to świat fantasy jakich wiele w literaturze. Gościńcami wędrują tutaj samotni bohaterowie i zebrani w szajki banici, światowa polityka pełna jest machinacji w kuluarach, a magiczne istoty, chociaż nieliczne, odciskają swe piętno na ludzkich żywotach nadzwyczaj często. Tym, co odróżnia książkę Jacka Wróbla od umieszczonych w podobnym settingu jest wybór protagonisty. Mistrz Haxerlin to nie żądny sławy wojak, bo i trudno być takim z wyraźną nadwagą, wątłą kondycją i lichym wzrostem. Bliżej mu do czarodzieja, los nie obdarzył go jednak talentem magicznym. Jedynym darem odeń jest spryt, a ten Mistrz przekuł w żyłkę handlową z wyraźnym drygiem do drobnego szachrajstwa. Przemierzając okoliczne krainy ze swym obwoźnym sklepem, kupiec handluje legendarnymi artefaktami własnej roboty. Choć za wszelką cenę stara się unikać przygód innych niż kulinarne, opowiadania z jego udziałem pokazują, jak czasem niewielki człowieczek może mieć wielki wpływ na losy innych ludzi – najczęściej wbrew swojej woli.

Nikczemny, acz poczciwy

Tytułowe Cuda i Dziwy to jarmarczny stragan pełen skąpanych w atmosferze tajemnicy błyskotek. Można tu dostać słynną Łopatę Skarbu, potrzebną do wykopania bogactwa, gdy ma się prowadzącą doń mapę, nie brak też Mieczy Posępnego Czerepu – każdy jest naturalnie tym jedynym. Rozmaite magiczne proszki to tylko placebo, co nie przeszkadza mieszkańcom prowincjonalnych osad wydawać swych skromnych oszczędności na wątpliwej skuteczności specyfiki. Kupiec, żerując na ludzkiej naiwności, gromadzi umiarkowane bogactwa, raz za razem wplątując się przy okazji w tarapaty – czy to ujęty przez przedstawiciela prawa, czy zgodnie z imidżem uznany za pełnoprawnego maga. Chociaż zazwyczaj są to zasłużone kłopoty, trudno nie sympatyzować z bohaterem zauważalnie bardziej rozgarniętym niż otaczające go społeczeństwo i kierującym się pokrętną moralnością. Przez całą książkę z niegasnącą pogodą ducha Haxerlin zmaga się z literą prawa, nieuczciwą konkurencją i interesantami biorącymi go za władającego mocą. Nadzwyczaj często prowadzi to do mało dlań satysfakcjonujących spotkań z demonami, nieumarłymi i podobnymi wynaturzeniami, wobec czego jedyną defensywą Mistrza jest jego rozum.

Dwoistość humoru…

Większość opowieści utrzymana jest w komediowym tonie, z lekkimi odchyleniami w stronę groteski bądź subtelnego moralizatorstwa. O ile lwią część dowcipów można uznać za faktycznie zabawne, nawet jeśli nie jest to szczyt humoreski, to sporadyczne wplatanie popkulturowych nawiązań razi sztucznością. Chyba że ktoś lubi takie „puszczanie oka” do czytelnika, jak wydające z siebie rykliwe odgłosy Ciubaki – poczciwe stwory przypominające skrzyżowanie wydry z niedźwiedziem czy przekazywanie nieznajomym monety ze słowami „Malar Vorgulis”.

Wszystkie te teksty mające z założenia bawić zamianą kilku literek w powszechnie znanych nazwach są czerstwym rewersem przyzwoitego humoru reszty książki. Stosowanie takich zabiegów nie jest wszak dowodem na oryginalność i pomysłowość, raczej na lenistwo, które przestrzeń przeznaczoną na produkty własnej wyobraźni każe wypełniać cudzymi tworami. Odwołania wewnątrzgatunkowe jak najbardziej przystoją opowieści, tutaj przydałoby się jednak więcej polotu niż nazbyt oczywiste odwrócenie nazwiska samotnika z Providence.

… i dwoistość fabuły

Każde z napisanych przez Wróbla opowiadań stanowi dla Haxerlina innego rodzaju przygodę – znajdzie się tu miejsce zarówno dla śledztwa w ogarniętym epidemią mieście, jak i penetrowania lochów w klasycznej kilkuosobowej drużynie awanturników. O ile różnorodność historii i umieszczonych w nich postaci – na szczególne wyróżnienie zasługuje pewien dzieciak o cholerycznym usposobieniu – można pochwalić, konstrukcja opowiadań bardzo często przekreśla satysfakcję z czytania sprawnie prowadzonej opowieści. Wspólnym motywem łączącym minifabuły o Haxerlinie jest zmarnowany potencjał. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie kilku pierwszych opowiadań, gdzie dobrze rokująca historia kończy się albo bez jakiegokolwiek rozwiązania akcji, albo nawet jeszcze zanim zdąży się na dobre rozkręcić! Po kilku takich scenariuszowych wybrykach bardziej ciekawe niż ciąg dalszy staje się zgadywanie, jak rychło urwane zostaną wątki. Jednym z najciekawszych opowiadań całego zbioru jest „Succi vitalis” dziejące się w Hrywen – mieście o bardzo ekscentrycznym rozplanowaniu i nazewnictwie dzielnic.

Prowadzony tu wątek kryminalny zaciekawia i pozwala na krążenie we własnych domysłach, niestety rwany finisz skutecznie sprawia, że zapomina się o walorach historii. Po części może to składowa postaci jaką jest Haxerlin, który nie należy do ludzi czynu, a jego unikania, ale ucinanie ciekawie rozkręcających się wątków to przykry znak rozpoznawczy tej książki. Lepiej zaczyna być dopiero w ostatnich opowiadaniach, ale zgodnie z własną tradycją – wtedy książka się kończy.

Wiele dziwów, bez cudów

Książkę Jacka Wróbla można przyrównać do stworzonego przezeń bohatera. Choć całkiem niegłupia i zabawna, obiecując wiele, daje coś mniej wartościowego. Z pewnością jest to przyjemna lektura, ale jeśli wymagać od niej wartkiej fabuły – można się rozczarować. To raczej zbiór prostych opowiadań, które zdumiewają nie jakością, a brakiem pointy. Nawet jeśli, do końca niezmiennie cwaniaczkowaty, Haxerlin pod wpływem przygód przechodzi wewnętrzną przemianę. To samo przydałoby się autorowi przy pisaniu kolejnych książek – choć nie tak, jak stało się to w przypadku protagonisty, w człowieka bardziej zmęczonego życiem, a w baczniej patrzącego na aspekty fabularne swoich dzieł twórcę. Wtedy z pewnością będzie mógł zacząć zarabiać na uznanie, natomiast na chwilę obecną warto zachęcić go do szlifowania warsztatu i sięgnąć po tę pozycję.

Ocena: 3/5

Dyskusja