Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Jak wytresować smoka bojowego – recenzja książki „Smok jego królewskiej mości”

Lubię smoki. Serio, sięgnęłam po tę książkę, bo kocham latające gady. Oczywiście może być milion innych powodów, by zajrzeć za okładkę „Smoka jego królewskiej mości”, ale coś mi mówi, że większość jest podobna do mojego. Już sam fakt, że książka jest wznowieniem cyklu, może świadczyć o tym, że wiele osób ją przeczytało. A więc było warto?

Pierwsze strony powieści Naomi Novik przenoszą czytelnika na wzburzone morze, a dokładnie na pokład angielskiego okrętu. Nie trzeba czytać długo, by wywnioskować, że znajdujemy się w czasach trwających w najlepsze wojen napoleońskich. Ten wstęp może sugerować, że mamy do czynienia z powieścią o tematyce marynistycznej. Nic bardziej mylnego, bo choć główny bohater – Will Laurence – w istocie jest żeglarzem, długo już nim nie pozostanie. A to za sprawą tajemniczego znaleziska, które marynarze odkrywają na złupionej francuskiej fregacie. Francuzi, którzy są w powieści antagonistami, przewozili na swoim statku smocze jajo. Pech – a może wcale nie? – chciał, że niemal gotowe do wyklucia. Załoga została więc zmuszona do zaopiekowania się zdobyczą. Przy okazji dowiadujemy się, czym świat przedstawiony w powieści różni się od naszego. W powieści Novik, oprócz strzelb, armat i okrętów, w walce biorą udział smoki, stanowiące rodzaj żywych samolotów bojowych i siejące niemały zamęt w szeregach wroga. Smocze jaja są nadzorowane, a wyklute gady przywiązują się do swoich „pilotów“ tuż po wykluciu. Los chciał, że smok znaleziony na fregacie odrzucił proponowanego mu kandydata i zamiast niego na swojego opiekuna wybrał kapitana Laurence’a. Zaskoczony sytuacją mężczyzna nadał gadowi nietypowe (bo zaznajomieni z własnymi obyczajami awiatorzy wybierają takie, które są inspirowane łaciną) imię, zapożyczone od słynnego okrętu – Temeraire.

Kto by się nie ucieszył z posiadania smoka? No na przykład kapitan Will Laurence. Oznacza to bowiem, że musi porzucić dotychczasową służbę na okręcie i dołączyć do sił powietrznych. Nowe stanowisko wiąże się z wykluczeniem przez rodzinę i znajomych, a także przyjęciem zupełnie nowych zwyczajów, gdyż szkolenie awiatora pochłania mnóstwo czasu i sił.

Większa część powieści skupia się na pobycie bohatera w jednostce szkoleniowej i pozornie nie zawiera istotnych dla fabuły momentów – Laurence bada pochodzenie nietypowego smoka, zawiera nowe znajomości i kompletuje swoją powietrzną drużynę. Te drobne wydarzenia, zwyczajne dni z życia bohatera, doskonale budują klimat powieści i jednocześnie nie prowadzą do znudzenia czytelnika, poniekąd dzięki bardziej dramatycznym i dynamicznym wstawkom. Autorka skupia się dość mocno na uczuciach Laurence’a, którego życie zostało wywrócone do góry nogami. Bohater zmaga się ze swoimi dawnymi przyzwyczajeniami, próbuje zaklimatyzować się w nowym towarzystwie, a przede wszystkim odnajduje w sobie ogromne uczucie dla nowego smoczego przyjaciela, którego po prostu nie da się nie lubić. Uroczy smok skrada serce nie tylko kapitana, ale także czytelnika.

Poza Temerairem i Laurencem w powieści pojawia się wiele innych, dość wyrazistych postaci. Jedne przechodzą przemianę w oczach głównego bohatera – zarówno na lepsze, jak i na gorsze – inne okazują się dwulicowe. Na brak ciekawych osobistości, w tym różnorodnie usposobionych smoków, nie można zatem narzekać.

Ogólna atmosfera ma posmak militarno-naukowy. Być może ktoś obeznany w tematyce marynistycznej czy wojennej zauważy pewne niedociągnięcia, z drugiej strony dla laika niektóre pojęcia mogą brzmieć abstrakcyjnie – jak choćby zwroty i nazwy żeglarskie. Mówienie w odniesieniu do smoka „zwrot na bakburtę” brzmi dziwnie, ale możliwe, że bardziej opłacało się zapożyczyć istniejące zwroty niż tworzyć nowe, wymagające dodatkowego tłumaczenia. Nie zrozumcie tego źle – dla kogoś niezbyt rozeznanego w powyższych tematach książka absolutnie nie wyda się bezsensownym bełkotem. Będzie on musiał co najwyżej sprawdzić dwa czy trzy słowa w encyklopedii. Nie sposób powiedzieć, jak powieść odbiorą historycy i miłośnicy militariów – w ich przypadku może zajść potrzeba odniesienia się do „Smoka…” z dystansem. Zaraz… z dystansem do książki o smokach?

Na koniec wróćmy do tego, co pojawiło się w pierwszych zdaniach – smoki. Jak tu ich nie lubić? Jeśli zainteresowała Was ta książka, zapewne też jesteście ich fanami. Jako smokoholicy możecie dopatrzyć się w niej pewnych inspiracji autorki. Sposób, w jaki powstaje więź między gadem a opiekunem do złudzenia przypomina ten z cyklu Anne McCaffrey – pisklę wykluwa się i wybiera sobie najbardziej odpowiadającego mu człowieka. W „Smoku…” nie jest to aż tak rygorystyczne, bo niektóre jaja są przypisywane oficerom jeszcze przed wykluciem. To jednak nie koniec, bo usposobienie smoków oraz ich relacje z opiekunami także przywodzą na myśl „Smoczych jeźdźców” (i kolejne tomy). Różnica jest taka, że u Novik gady potrafią mówić, a zatem porozumiewać się nie tylko ze swoim jeźdźcem, oraz wykazują o wiele większą różnorodność charakterów i ras. Temeraire bardzo przypomina Rutha z „Białego smoka” – wyjątkowy, o niespotykanym umaszczeniu, młody i niezainteresowany smoczycami. Czy to źle? Absolutnie nie, bo Novik zaczerpuje wiele motywów od McCaffrey i skutecznie je rozwija. Jej smoki cieszą o wiele bardziej, nie ujmując spiżowym i złotym bestiom z Pernu.

Brak oryginalnego świata także nie jest wadą „Smoka…”. Gady bojowe znakomicie wpisują się w świat wojen napoleońskich, gdzie służą za myśliwce i bombowce. Czy zmienią bieg historii – okaże się w następnych tomach (a jest ich już aż osiem). Osadzenie powieści w tym miejscu i w tych czasach nadaje jej dodatkowo specyficznego klimatu balansującego pomiędzy high a low fantasy.

Wznowienie nakładu o czymś świadczy – o czymś dobrym. I oby to nowe wydanie – choć samo w sobie, z niezbyt ciekawą okładką i brakiem ilustracji, nie zachwyca – trafiło do rąk jak największej liczby fanów fantastyki. Powieść potrafi wciągnąć, postacie dają się zarówno polubić jak i znienawidzić, a smoki… smoki pierwsza klasa!

Ocena: 4/5

Dyskusja