Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Piotruś i wilk – recenzja książki „Znalezione nie kradzione”

Poprzednia książka o emerytowanym detektywie Billu Hodgesie została przyjęta na dwa skrajne sposoby – bardzo entuzjastycznie przez niektórych, a bardzo krytycznie przez innych. Tymczasem wielu czekało na kontynuację historii o Det. Em. Chociaż „Znalezione nie kradzione” różni się pod pewnymi względami od „Pana Mercedesa” i nie do końca zaspokaja ciekawość drzemiącą w czytelniku po przeczytaniu poprzedniej części, to jednak trzyma wysoki poziom.

Całość rozpoczyna się dość powoli, niemal sennie, wprowadzając nas stopniowo w wydarzenia powieści. Najpierw retrospekcja o Morrisie Bellamy’m – jednym z głównych bohaterów – jeszcze niewiele mówiąca. Następnie powrót do historii opowiedzianej w „Panu Mercedesie”, tym razem z perspektywy innej osoby. A wszystko to, aby przybliżyć wydarzenia z książkowej „współczesności”, czyli roku 2014.

Powieść podzielona jest na trzy części. W pierwszej z nich próżno doszukiwać się znajomych postaci. Pojawiają się tam co prawda wzmianki o wydarzeniach z „Pana Mercedesa”, ale czytelnik nie spotka tam nikogo znajomego. Może to być nieco rozczarowujące dla fanów poprzedniego tomu serii. Dopiero w drugiej części wracają postaci znane z poprzedniej historii detektywistycznej Kinga – William Kermit Hodges, Holly Gibney, Jerome Robins. Właśnie w tym momencie, po dosyć spokojnym wprowadzeniu, rozpoczyna się sedno historii i wyścig z czasem.

Podobnie jak w poprzedniej opowieści o Billu Hodgesie wydarzenia poznajemy z perspektywy łowcy i zwierzyny jednocześnie. Mimo że łowca (emerytowany detektyw) początkowo nie wie jeszcze na kogo przyjdzie mu polować, a zwierzyna (morderca i złodziej) nie wie, że się nią stanie. Ten model sprawdza się tutaj dobrze. Pomimo tego, że przez większość czasu wiemy czego się spodziewać, powieść trzyma w napięciu. Pomaga temu filmowy zabieg, po raz kolejny zastosowany przez Kinga – szybki „najazd” kamery na poszczególnych bohaterów, zaledwie moment przez wydarzeniem kulminacyjnym.

Wilk w owczej skórze

Na szczególną uwagę zasługują postaci stworzone przez autora. Zarówno nowe, jak i te znane z wcześniejszej powieści o emerytowanym detektywie. Bohaterowie pojawiający się tutaj po raz pierwszy są wiarygodni i w większości budzą sympatię. O dziwo nawet główny czarny charakter na pierwszy rzut oka budzi raczej współczucie i nie przeraża aż tak bardzo. Jest to o tyle dobry zabieg, że przez długi czas nie spodziewamy się najgorszego, co może nastąpić.

Ciekawym jest również wykorzystanie postaci dzieci i nastolatków, jako odgrywających bardzo istotną rolę w powieści. Nastoletni bohaterowie kojarzą się zazwyczaj z książkami dla młodzieży i początkowo może dziwić ich wykorzystanie w powieści poważnej i wulgarnej. Jednakże umiejętne ich wykreowanie może okazać się ogromnym plusem książki. Tak jest i w tym przypadku.

Bohaterowie znani z „Pana Mercedesa” w ciągu kilku lat, które minęły od akcji opisanej we wcześniejszej historii, ewoluowali. Z pewnością przyjemnym dla czytelnika okaże się czytanie o zmianach, jakie w nich nastąpiły, o tym jak pozbierali się po wydarzeniach z poprzedniej książki i jak teraz wygląda ich życie. Ponadto nawiązania do postaci drugoplanowych znanych z opowieści o Zabójcy z Mercedesa pojawiają się nieraz w najmniej spodziewanych miejscach i momentach.

„Wszystko gówno znaczy”

„Znalezione nie kradzione” nie jest bynajmniej książką idealną. Proces myślowy Billa i Holly, prowadzący do odkrycia sedna sprawy, jest opisany bardzo pobieżnie. Z jednej strony czytelnik wie wszystko i nie potrzebuje prowadzenia za rączkę. Z drugiej jednak dobrze byłoby widzieć, że bohaterowie nie wytrzasnęli rozwiązania z rękawa. A tak może się wydawać w tym przypadku.

Istotny jest także język i styl powieści. Tutaj również nie jest tak kolorowo, jednak ciężko określić czy jest to wina autora, czy tłumacza. Emerytowany detektyw niemal w każdym dialogu sili się na żarciki i zabawne powiedzonka – na ogół zupełnie nieśmieszne. Nie było to aż tak odczuwalne w „Panu Mercedesie”, można więc przypuszczać, że to jednak wina tłumacza. Poprzedni tom serii z języka angielskiego przekładała Danuta Górska. Przekładem „Znalezione nie kradzione” zajął się Rafał Lisowski i jest to raczej zmiana na gorsze. Możliwe, że to tłumaczenie jest wierniejsze oryginałowi, aczkolwiek znalezienie odpowiedników pewnych wyrażeń angielskich w naszym języku jest trudne i tutaj nie wyszło zbyt dobrze.

Na koniec słów kilka o wyglądzie i wykonaniu. Okładka wizualnie prezentuje się bardzo dobrze. Po raz kolejny wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i dobrało ilustrację idealnie pasującą do treści, w subtelny sposób do niej nawiązującą. Gorzej ma się natomiast kwestia wykonania technicznego oprawy. Miękki grzbiet niesamowicie szybko łamie się podczas otwierania książki, a w trakcie zapoznawania się z lekturą można odnieść wrażenie, że książka za chwilę się rozpadnie, bo jest kiepsko sklejona.

Pomijając tych kilka mankamentów „Znalezione nie kradzione” jest książką bardzo dobrą. Mimo powoli rozwijającej się fabuły szybko wciąga i ogromną przyjemność sprawia zapoznawanie się z losami wszystkich bohaterów. Na wyróżnienie zasługuje również zakończenie powieści – zaskakujące, mroczne i bardzo „kingowe” – z pewnością satysfakcjonujące. Szczególnie dla miłośników historii o Zabójcy z Mercedesa. Natomiast dla osób nieznających poprzedniego tomu serii, również powinna być to lektura przyjemna, chociaż nie aż tak zadowalająca.

Ocena: 4/5

Dyskusja