Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mikromarvel – recenzja kinowego filmu „Ant-Man”

Moda na filmy inspirowane komiksami od dobrych kilkunastu lat opanowuje popkulturę i z czasem coraz mocniej się napędza. Prawdziwe perpetum mobile! Hollywood wypuszcza produkcje z logiem Marvela taśmowo, jakby na akord. Dlaczego więc nie nudzą się widzom? Bo za każdym razem, gdy już zaczynają nużyć i irytować powtarzalnością, twórcy czymś zaskakują swoich odbiorców, wymyślają coś nowego.

Eksperyment szalonego reżysera

Taką właśnie „zmianą klimatu” okazał się „Ant-Man”, którego promocji towarzyszyło sympatyczne hasło „Mały, ale wariat”. Nie tylko zresztą sympatyczne, ale i trafne, okazało się bowiem marketingowym strzałem w dziesiątkę. Slogan idealnie opisuje wrażenia, jakie może po sobie pozostawić ta produkcja.

„Ant-Man” różni się od innych filmów spod znaku Marvela, dzięki czemu świetnie odświeża serię, która ostatnimi czasy stała się już dość przewidywalna, oparta na powtarzających się w kółko motywach i gagach w podobnym stylu.

Jednak, mimo nieco innego klimatu i sposobu realizacji, obraz na tyle zgrabnie nawiązuje do pozostałych produkcji osadzonych w tym uniwersum, że widz nie traci ciągłości, nie ma poczucia oderwania od cyklu. W efekcie otrzymujemy kawałek świetnej rozrywki – film lekki, szczery i oryginalny, a jednocześnie mocno osadzony i w świecie Marvela, i ogólniej w popkulturze.

W prasie i internecie można znaleźć wiele opinii, jakoby potencjał „Ant-Mana” nie był wielki, oraz wypowiedzi fanów marudzących na nagłą zmianę reżysera (pierwotnie miał nim być Edgar Wright, który jednak po kłótniach z producentem zrezygnował), jednak Peyton Reed poradził sobie z wysoką poprzeczką postawioną przez poprzednika. Efekt zdecydowanie przerósł oczekiwania i powinien skutecznie zamknąć usta malkontentom.

Marvelowy mikrokosmos

Konwencja okazuje się dość innowacyjna. Specyficzny komiksowy klimat jest tu silnie wyczuwalny, jednak urozmaicony elementami dobrze znanymi z filmów sensacyjnych, komedii i… kina familijnego. Mniej tu efekciarstwa, patosu i rozmachu, typowych dla adaptacji Marvela z kilku ostatnich lat.

To produkcja odznaczająca się kameralną atmosferą, dopracowaną fabułą i błyskotliwym humorem. Takie przeniesienie kina superbohaterskiego ze skali makro (walących się budynków, globalnych kataklizmów, zdemolowanych miast i ratowania świata przed nieuchronną zagładą) do skali mikro (jednej szybkiej akcji, przepychanek korporacyjnych, problemów rodzinnych i armagedonu w pokoju dziecięcym). Pod tym względem „Ant-Manowi” najbliżej do pierwszego „Iron Mana”, z kolei przy „Czasie Ultrona” czy filmach z Kapitanem Ameryką albo Thorem w roli głównej, wydaje się on produkcją trochę z innej bajki.

Odmienność wizji Reeda została najmocniej podkreślona w warstwie wizualnej. To zupełnie inny typ obrazowania niż ten dotychczas znany z filmowego uniwersum Marvela.[ Nieustanne, płynne przeskoki pomiędzy perspektywą „ludzką” i „mrówczą” to prawdziwy majstersztyk, a sposób ukazania armii sterowanych ludzką myślą mrówek może spowodować u widza prawdziwą fascynację tym gatunkiem owadów.

Mrowisko

Także kreacja postaci jest pewną nowością. Główny bohater, Scott Lang, to nie typowy heros, ale raczej swojski „chłopak z sąsiedztwa” – zwykły, fajny i w gruncie rzeczy całkiem porządny facet, który w wyniku zawirowań losu wpadł w kłopoty i zrobił karierę jako złodziej. Protagonista jest sympatyczny i pełen pozytywnej energii, chociaż nieco niezaradny życiowo, niezdarny i rozbity emocjonalnie. Lang daje się polubić i łatwo można się z nim utożsamić. Należy dodać do tego świetną, niezwykle naturalną i swobodną grę Paula Rudda.

Obok Rudda na szczególną uwagę zasługuje także Michael Douglas oraz sama kreacja, doskonale znanego fanom komiksów Marvela, Hanka Pyma.

Filmowy Pym to nie tylko „facet gadający z mrówkami”, ale ciekawa, godna uwagi osobowość – podstarzały, ekscentryczny wybitny naukowiec i były superbohater po przejściach, z interesująco nakreślonym rysem psychologicznym.

Pozostałe role pierwszoplanowe mogą rozczarować i nie do końca wiadomo, czy jest to winą aktorów, czy po prostu zawiodły kreacje postaci. Evangeline Lily jako córka Pyma, niespełniona, trzymana pod kloszem przez nadopiekuńczego tatusia panienka po trzydziestce z aspiracjami na superbohatera, wydaje się mało autentyczna, niewiarygodna. Natomiast Corey Stoll w roli TEGO ZŁEGO, nie wygląda wcale na superwroga, sprawia wrażenie raczej drobnego cwaniaczka z rozbuchanym ego. I wszystko byłoby w porządku – jak skala mikro, to mikro – gdyby nie przerysowana poza i demoniczny śmiech, które czynią wizję antagonisty karykaturalną.

Pojawili się również mistrzowie dalszych planów. Na uznanie zasługuje Michael Peña jako Luis, wesoły, sympatyczny kumpel Scotta, bohater specyficznego „wątku latynoskiego” i narrator przezabawnej historyjki-leitmotivu. Najlepszą rolę w swojej karierze zaliczył natomiast Pociąg Tomek!

Mały, ale wariat

Niestety, dała o sobie znać irytująca ogólnohollywoodzka przypadłość – tendencja do wrzucania wątku romansowego wszędzie, nawet tam, gdzie nie jest on do niczego potrzebny.

„Ant-Man” zdecydowanie należy do filmów, w których taki element okazuje się zwyczajnie zbędny i niczemu konkretnemu nie służy, ale „być musi”. A przecież ta fabuła doskonale radzi sobie i bez niego!

Ogromną zaletą filmu jest natomiast jego techniczne wykonanie. Dynamiczny montaż i świetnie wkomponowane w kadr efekty komputerowe to naprawdę kawał doskonałej rzemieślniczej roboty!

Reasumując, „Ant-Man” to właśnie taki „mały wariat” – film nieco ekscentryczny, trochę szalony, ale przemyślany, z pomysłem, zgrabnie wkomponowany w marvelowe uniwersum, osadzony mocno we współczesnej popkulturze, chwilami poruszający, a momentami zabawny i – przede wszystkim – dobrze zrealizowany.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja