Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

W głąb dziesiątego sezonu – recenzja „Z Archiwum X #2”

Nie minęło wiele czasu od polskiego wydania powieści graficznej „Z Archiwum X #1: Wyznawcy”, będącej pełnoprawnym, dziesiątym sezonem serialu, kiedy to fandomowy światek obiegła wieść o zbliżającej się premierze sześciu nowych odcinków. Już w styczniu fani będą mogli zasiąść przed małymi ekranami i obejrzeć kontynuację swojego ulubionego cyklu w telewizji.

W międzyczasie jednak wydawnictwo SQN zaprezentowało drugi tom komiksu o przygodach agentów Scully i Muldera – pod wspólnym tytułem „Żywiciele”. To ponownie zbiór pięciu zeszytów, prezentujących niejako pięć odcinków telewizyjnych, ale tym razem podzielonych na cztery odrębne historie.

Na pierwszy ogień idzie dwuczęściowa opowieść, od której zapożyczono tytuł dla całego albumu, czyli „Żywiciele”. Przez dwa odcinki dzielni agenci zmagać się będą z dziwnym stworem grasującym na wyspie Martha’s Vineyard u wybrzeży Massachusetts. Korzenie zagadki sięgają zaś do katastrofy w Czarnobylu. Dynamicznie poprowadzona i w miarę ciekawie skonstruowana fabuła oraz całkiem udana, naturalna kreska pozwalają przyznać tej opowieści zaszczytne pierwsze miejsce spośród czterech w tym zbiorze.

Drugą zaprezentowaną historią jest „Specjalnie dla pana X”. Przypominające wydarzenia z 1987 roku w jednej ze szkół w Missisipi opowiadanie przedstawia efekt nieudanego eksperymentu na dzieciach. Oczywiście Mulder, za sprawą tajemniczego informatora, stara się co nieco wyjaśnić. Początkowo odcinek zapiera dech w piersiach, ładując czytelnikowi pokaźną dawkę doznań zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym – umiejętne pokazanie ekspresji za pomocą intensywnych plam zawsze wywołuje pożądany efekt. Później akcja zwalnia, a rysunki bez przekaźnika emocjonalnego stają się jedynie prostymi i mało wyszukanymi kadrami, często bez tła, co niekorzystnie odbija się na odbiorze.

Kolejna opowieść zabiera czytelnika w mroczny świat owadów i tajemniczej istoty próbującej wciągnąć agentkę Scully w pułapkę. „Szczebiot” od strony fabuły może jest nieco wtórny, choć ciekawy, ale za to graficznie sprawia bardzo dobre wrażenie – ponure, przygniatające rysunki, wywołujące efekt niepokoju za pomocą stosowanych cieni, wywołują ciągłe napięcie i odczucie nadchodzącego finału. Historia ta jest drugą najciekawszą opowieścią w całym zbiorze.

Tomik zamykają „Przemyślenia Palacza” – zupełnie niezwiązane i niezbyt pasujące do reszty. Ten odcinek to retrospekcja, zabierająca czytelnika jeszcze do okresu sprzed narodzin Muldera – wyjaśniająca, a może raczej gmatwająca przeszłość agenta i powiązania jego rodziców z tytułowym Palaczem. W zasadzie tę opowieść można przeznaczyć jedynie dla „x-filesowych geeków”, bowiem pozostali czytelnicy niewiele zyskają pod względem fabularnym. Graficznie natomiast historia prezentuje się świetnie, chociaż utrzymana jest w trzech stylach – tak, jakby rysowały ją trzy różne osoby.

Scenariuszem i fabułą wszystkich odcinków w drugiej, komiksowej odsłonie dziesiątego sezonu zajęli się ponownie Joe Harris i Chris Carter. Co do rysunków, to w wydaniu następuje zgrzyt, jaki nie powinien mieć miejsca. Według stopki wydawniczej te pięć odcinków tworzyło sześcioro rysowników. Na podstawie poprzedniej części można porównać i dojść do wniosku, że drugie opowiadanie narysowane zostało przez Michaela Walsha. Reszty czytelnik nie jest w stanie stwierdzić, chyba że zna twórczość pozostałych grafików. Przed każdym odcinkiem natomiast pojawia się okładka z adnotacją, kto jest autorem rysunków – niestety ta informacja jest błędna i dotyczy tylko tego, kto namalował samą okładkę do każdego opowiadania.

Całość „Z Archiwum X #2: Żywiciele” wypada lepiej niż pierwsza część. Różnorodność fabularna daje jednak szerszy wybór czytelnikowi, a do tego pod względem graficznym historie prezentują się ciekawiej. Szkoda, że wydawnictwo nie zadbało do końca o szczegóły, bo w przypadku komiksu niewymienienie poszczególnych rysowników jest poważnym niedopatrzeniem. Oczywiście jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników „X-Files”. Pozostali także powinni znaleźć tutaj coś dla siebie.

Dyskusja