Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kto pod ludzkością dołki kopie – recenzja książki „Syndrom Everetta 1: Ulysses”

Czterdzieści tysięcy lat temu dwie potężne rasy, rządzące ogromnymi połaciami galaktyki, starły się ze sobą w wielkiej, wyniszczającej wojnie. Arnvallia, mimo że lepiej wyposażona i bardziej rozwinięta technicznie, padła pod naporem liczniejszego przeciwnika, który szybko uczył się, korzystając z jej własnych technologii. Niedobitkom floty, dowodzonym przez komandora Aroaliona z pokładu flagowego okrętu Caelestis, udało się w ostatniej chwili wyrwać z zasadzki i udać w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Nawet po upływie tysięcy lat zwycięzcy kontynuują w całym wszechświecie poszukiwania ostatnich przedstawicieli znienawidzonej rasy. Przez wieki nie natrafili na żaden ślad. Do czasu, kiedy jedna z sond trafiła do układu gwiezdnego znajdującego się na obrzeżach galaktyki, w Ramieniu Oriona. W sygnałach radiowych rasy zamieszkującej trzecią planetę od głównej gwiazdy, sonda wykrywa podejrzane podobieństwa do niektórych słów używanych przez dawnego wroga. Jednak – o dziwo! – odkryta rasa jest na tyle prymitywna, że jeszcze nie opuściła swojego układu gwiezdnego. Ba! Nawet (poza zaśmiecaniem własnej orbity ogromnymi ilościami sztucznych satelitów) nie ruszyła się dalej niż na księżyc. Czy to na pewno dobry trop?

Mimo że akcja pierwszego tomu serii „Syndrom Everetta” rozpoczyna się wiele tysięcy lat temu, wątki właściwej fabuły mają swój początek w pierwszych latach XXII wieku. To właśnie wtedy zachodzą wydarzenia, które zmienią oblicze ludzkości. Albo by to zrobiły, gdyby nie pewne siły, które mogą wpływać na decyzje głów nawet najpotężniejszych państw i w ten sposób kontrolować tempo rozwoju technologicznego i kulturalnego. Czy – mówiąc wprost – spowalniać je. Świat opisany w „Ulyssesie” pełen jest korupcji, przestępstw i tajemniczych rozgrywek u szczytów władzy, które jednak nie są ujawniane opinii publicznej. W XXII wieku, dzięki wynalezieniu technologii wodorowej, dającej ogromne ilości taniej i ekologicznej energii, nastały czasu powszechnego dobrobytu. Doprowadziło to jednak do dekadencji i zapaści technologicznej. Ludzie w łatwy sposób mogą uzyskać wszystko, co potrzebne im do życia, więc typowego przedstawiciela społeczeństwa ogarnęło lenistwo i brak chęci podejmowania jakichkolwiek działań dążących ku rozwojowi. Czy to oznacza, że ludzkość osiągnęła już szczyt swoich możliwości? Czy już nic więcej nie da się osiągnąć? Czy może „przypadkowe” zestrzelenie badawczego samolotu meteorologicznego odkryje czubek góry lodowej, ku której zmierza Titanic zwany ludzkością?

Jarosław Ruszkiewicz w swojej debiutanckiej powieści stworzył konsekwentny i ciekawy obraz świata przyszłości. Rozwinął fabułę zgodnie z teorią Hitchcocka – najpierw następuje wielkie, ogólnogalaktyczne trzęsienie ziemi, a potem akcja powoli nabiera tempa. Zawiązana przez niego intryga rozpoczyna się tysiące lat przed właściwą fabułą książki, jednak zanim czytelnik pozna bohaterów z czasów współczesnych (czyli XXII wieku), będzie mógł obserwować jej istotne wycinki z przeszłości, już od wieków średnich. Dzięki temu rozszyfruje elementy układanki, ale one – paradoksalnie! – stworzą jeszcze więcej zagadek. Aż do ostatnich stron czytelnik nie wie, która strona konfliktu jest tą „dobrą”. Autor sprytnie ukrywa działających w tajemnicy przedstawicieli danych racji, by zaskoczyć odbiorcę, kiedy część z nich w końcu ujawni swoje prawdziwe oblicza. Jest to zabieg nad wyraz udany i trzeba przyznać, że po lekturze pierwszej części z niecierpliwością oczekuje się na kolejne. Zakończenie bowiem – mimo tego, że jest otwarte i prawie nie oferuje czytelnikowi wyjaśnień – nie denerwuje, a zachęca do sięgnięcia po następny tom, po kolejne dane i wskazówki, by rozwiązać największą tajemnicę, czyli kto z cienia kieruje tempem rozwoju ludzkości. Oby tylko nie trzeba było czekać bardzo długo na kontynuację.

Niestety i ta książka nie stroni od błędów. W odróżnieniu od fabuły, która dzieje się na Ziemi, początek powieści, opisujący wielkie starcie dwóch potężnych ras, jest bliższy fantasy niż science fiction. Bitwy w kosmosie mają się bowiem nijak do jakichkolwiek praw fizyki i nawet z astronomią stoją na bakier. Porównując z choćby inną książką wydaną przez to samo wydawnictwo – „Star Carrierem” – wątki kosmiczne można nazwać wręcz banalnymi. Nie jest to jednak wielka wada, gdyż sam przebieg wojny nie jest istotny i stanowi jedynie wprowadzenie do historii oraz zarysowuje tło dalszych wydarzeń. Następuje tutaj tylko drobny dysonans między bardzo realistyczną treścią a wręcz groteskowym wprowadzeniem.

Prócz tego autor (w niezwykle konsekwentny sposób) obrazowo, wręcz na sposób filmowy, kreśli tło niemal każdej sceny. Kiedy opisywany jest start samolotu, przez trzy strony śledzimy rozmowy pomiędzy kokpitem a wieżą kontroli lotów, jeśli bohaterowie jadą samochodem ulicami miasta, czytelnika czeka opis mijanych budynków. Z jednej strony można by stwierdzić, że to wada, która sprawia, że książka niczym „Nad Niemnem” (de facto – zdaniem autora tej recenzji– jedną z ciekawszych lektur szkolnych) skupia się na przedstawieniu świata, nie na akcji. Z drugiej jednak strony „Ulysses” nabiera iście hollywoodzkiego rozmachu, a obrazy z książki wyświetlają się bezpośrednio w wyobraźni czytelnika. To już wyłącznie sprawa gustu odbiorcy czy uzna to za wadę, czy zaletę.

Również Drageus – młode polskie wydawnictwo – stanęło na wysokości zadania. Mimo małego doświadczenia na rynku, przyzwyczaiło już swoich fanów do dobrej jakości korekty i redakcji tekstów (w utworze Jarosława Ruszkiewicza można uświadczyć co najwyżej pojedynczych literówek, co przy ogromie tekstu ani trochę nie razi). Książka została wydana w przyjemnej dla oka oprawie. Co prawda wydawnictwo naruszyło swój standardowy format (do tej pory wszystkie pozycje tej oficyny miały zbliżone gabaryty), ale gdyby ten nie uległ powiększeniu, książka musiałaby mieć ponad 1000 stron i zapewne byłaby niewygodna w trakcie czytania. Jednak drobne niedogodności można przemilczeć, skoro taka objętość zapewnia dużo przyjemnej lektury na długi czas!

Jeśli jesteście zwolennikami rozbudowanej fabuły, konsekwentnie stworzonych światów i społeczności, do tego lubicie zaczytywać się w opisach i nie przeszkadza wam brak podstaw fizyki dla niektórych przedstawionych zdarzeń (ale tylko tych dziejących się w kosmosie), a do tego kręci was to, że autor wodzi czytelnika za nos i nie przedstawia gotowych rozwiązań – „Ulysses” powinien przypaść wam do gustu. Polecam wszystkim fanom dobrej fantastyki, opisującej świat takim, jakim może się stać już w niedalekiej przyszłości.

Ocena: 3/5

Dyskusja