Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Run Thomas, run! – recenzja kinowego filmu „Więzień labiryntu: Próby ognia”

Thomasowi (Dylan O’Brien) i kilku Strefowcom udało się zbiec z labiryntu. Jednak próba ucieczki przed Buldożerami była tylko początkiem. Organizacja DRESZCZ rozpoczęła drugą fazę, a Ava Paige (Patricia Clarkson) nie ugnie się przed niczym, by zdobyć upragnione lekarstwo. Wes Ball powraca na stanowisko reżysera i sięga po drugi tom „Próby ognia” autorstwa Jamesa Dashnera. Wątki rozpoczęte w pierwszej części muszą wreszcie znaleźć swój finał! Istotną zmianą jest na pewno powierzenie napisania scenariusza w całości tylko T.S. Nowlinowi. Wcześniej, przy „Więźniu labiryntu”, pracowali wspólnie z Noah Oppenheimem i Grantem Piercem Myersem . Teraz wszystko spoczęło na barkach Nowlina. I nie brakuje niestety niedociągnięć

Film rozpoczyna się sceną pożegnania dziecka i matki podczas Armagedonu. Po chwili dowiadujemy się, że oglądamy małego Thomasa. W kolejnej scenie bohater – już jako nastolatek – ponownie znajduje się w klatce, tak jak to było w pierwszej części. Na szczęście to tylko zły sen. Tuż po przebudzeniu okazuje się, że chłopak wspólnie z Teresą i pozostałymi ocalonymi dociera helikopterem do nowej przystani. Czy bezpiecznej? Czy wreszcie zaznają spokoju? To się okaże.

Pod koniec pierwszej części, która była wyświetlana w kinach w zeszłym roku,

Strefowcy wydostali się z labiryntu i dowiedzieli się o kataklizmie, jaki nawiedził świat wiele lat wcześniej.„To wy jesteście lekarstwem!” – grzmiała z nagrania doktor Ava, która potem popełnia samobójstwo. Ci, którzy oglądali końcówkę filmu znają prawdę. O ile nie wypada dyskutować nad przewagą oryginału (książki) czy pierwszej ekranizacji, tak „Więzień labiryntu” – mimo kilku niedociągnięć i pozostawienia widzów z dużą ilością pytań – mógł się podobać. Tym większe nadzieje pokładane były w jego kontynuacji, czyli w „Próbach ognia”.

Jeżeli chodzi o skład aktorski – na szczęście pozostał ten sam. Dylan O’Brien (Thomas) i Ki Hong Lee (Minho) oczarują niejedno damskie serce, a Kaya Scodelario (Teresa) uwiedzie spojrzeniem każdego mężczyznę. To właśnie ta trójka jest w pewnym stopniu siłą napędową grupy.

Szczególnie, kiedy bohaterowie przemierzają pustynne tereny. Można mieć wrażenie, że twórcy specjalnie wysunęli ich na pierwszy plan, pozostawiając resztę ekipy w tyle. Najbardziej cierpi na tym Thomas Brodie-Sangster. Jako Newt wymawia w całym filmie kilka słów, a jego rola jest naprawdę ograniczona. Szkoda, ponieważ w książkach odgrywa w grupie bardzo ważną rolę. W „Próbach ognia” nie brakuje także nowych postaci, a wśród nich: Arisa (Jacob Lofland) – chłopaka, który wydostał się z innego labiryntu, Brendy (Rosa Salazar) – nowej towarzyszki w ucieczce Thomasa czy Jorge’a (Giancarlo Esposito) – przywódcy grupy ocalałych. Szczególnie wyróżnia się ten ostatni – jako szara eminencja, wyznająca jedynie zasadę „coś za coś”, mający także swoje zabawne momenty i pragnący dotrzeć do bezpiecznej przystani – z dala od organizacji DRESZCZ i zainfekowanych chorobą, zwaną Pożogą. Nie można nie wspomnieć także o Aidanie Gillenie, który jako Pan Janson jest zabójczy. Jak to bywa w wielu ekranizacjach książek, nie wszystkich bohaterów udaje się ukazać w skali 1:1. Dlatego też nie powinny dziwić ograniczone role Sonyi (Katherine McNamara) czy Mary (Lily Taylor).

Sceneria zniszczonego i rzekomo opuszczonego miasta robi wrażenie, podobnie jak wątek poszukiwań przydatnych rzeczy w dawnym wieżowcu. Na pochwałę zasługuje ukazanie laboratorium, odkrytego przez Arisa, i wizerunek Poparzonych. To osoby zarażone wspomnianą wcześniej chorobą, która nastała tuż po kataklizmie. Są niczym żywe trupy, które wyskakują z najciemniejszych zakamarków. Przywodzą na myśl postacie z najgorszych koszmarów. Reżyser nie próżnował w przypadku wykorzystania ich i w wielu momentach filmu podskoczycie na fotelu. W całości efekty robią fantastyczne wrażenie, bez dwóch zdań.

Były pochwały, pora coś zganić. Od początku za bohaterów trzyma się kciuki, obserwując każdą kolejną scenę i etap. Po cichu powtarza się w myślach jak małe dziecko: „Nie mogą zginąć, nie mogą!”. Ucieczka z azylu została ukazana bardzo pomyślnie. Niestety z każdą kolejną minutą, film staje się schematyczną (do bólu!) produkcją. Bohaterowie uciekają, ktoś ginie, pojawia się nadzieja w tajemniczym ruchu oporu zwanym Prawą Ręką, a czarny charakter za wszelką cenę chce ich dopaść.

Przepraszam, ale to już było! Twór survivalowy, połączony z postapokalipsą, dramatem, elementami grozy, fantasy i science fiction… Łatwiej jest zapytać, czego tam nie ma. Podobnie rozczarowują ucinane sceny, chociażby ukrycia się przed zarażonymi. Zamiast coraz bardziej budować napięcie w obrazie, reżyser zastosował przeskoki. Oglądając taki zabieg można mieć nieodparte wrażenie pobudzania ciekawości do maksimum, potem zaś zainteresowanie maleje. I znów ekscytacja… i zawód. Taka zabawa z widzami nie jest zbyt dobrze przyjmowana, a efekt jo-jo jest gwarantowany. Jeżeli chodzi o relacje między bohaterami, świetnie ukazane w „Więźniu labiryntu”, zostały one zastąpione… scenami strzelanin. Co za dużo, to naprawdę nie zdrowo. Kolejny zarzut to pytanie, czym są próby ognia? Końcówka pierwszej części daje nam hasło o rozpoczęciu „Fazy Drugiej”. Czy ucieczka z azylu była z góry zaplanowana? Na pewno nie. Czy tym kolejnym etapem jest dotarcie do ruchu oporu? Za dużo pytań. Może warto sięgnąć po książkę Dashnera?

Gwoździem do trumny okazuje się ostatnia scena. Bije od niej sztampowość i wręcz kiczowatość. Przemówienie Thomasa musi być budujące dla grupy, ale bez zbędnej przesady! Mimo wszystko, pewne pytania jednak doczekały się odpowiedzi (czym jest organizacja DRESZCZ, a czym lekarstwo itd.).

Jednak namnożyły się kolejne wątki i tajemnice. Trudno sobie wyobrazić, by twórcy wszystko zmieścili w trzecim obrazie. Czy „Lek na śmierć” podzieli los „Igrzysk śmierci: Kosogłosa”, „Harry’ego Pottera i Insygni Śmierci” czy „Zmierzchu: Przed świtem”, dając nam dwa „ostatnie” filmy? Czas pokaże. Pewne jest, że ekranizacje „young adult” wciąż cieszą się niebywałą popularnością – z drobnymi wyjątkami. Filmowy los Thomasa na pewno warto śledzić, ale wciąż w pamięci pozostaje całkiem dobra pierwsza część, będąca połączeniem „Władcy much”, „Cube” i serialu „Lost: Zagubieni”. „Próby ognia” niech trwają – czymkolwiek są. Bohaterowie nie będą uciekać, a zaatakują już w „Leku na śmierć”. Do zobaczenia, Thomasie, we wrześniu 2016 roku!

Ocena: 3/5

Dyskusja