Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Szaleństwo z turbodoładowaniem – recenzja kinowego filmu „Mad Max: Na drodze gniewu”

„Szaleństwo”. Tego słowa można użyć do zdefiniowania każdego aspektu nowego filmu George’a Millera, autora pierwszych dwóch części cyklu „Mad Max”. Reżyser wrócił „na stare śmieci” i zdecydował, że świat potrzebuje kolejnej odsłony apokalipsy na czterech kołach. W postać tytułowego bohatera nie wciela się jednak ikoniczny dla serii Mel Gibson. Zamiast niego pustkowia przemierza Tom Hardy, znany szerszej publiczności z ról w takich produkcjach jak „Incepcja” czy „Mroczny Rycerz powstaje”. Obok przystojnego bohatera nie mogło oczywiście zabraknąć równie oszałamiającej piękności. Tym razem jednak część widowni może poczuć się zawiedziona, gdyż grająca główną bohaterkę Charlize Theron przypomina bardziej wojowniczą amazonkę niż cichą, leśną nimfę.

Fabuła filmu oparta jest na szaleństwie. Świat zwariował, kiedy zaczęły kończyć się zasoby naturalne, w tym te najważniejsze: woda i ropa. Wzajemne niesnaski doprowadziły do wybuchu nuklearnej wojny, przemieniającej Ziemię w jałowe pustkowie, tak nieprzystępne, że nie poradziłby sobie na nim nawet Bear Grylls (pewnie dlatego, że wszelkie białko wyparowało na skutek atomowego holokaustu).

W takim świecie żyje Max, główny bohater, zniewolony przez wizje z przeszłości. Staczając się w otchłań mylenia rzeczywistości z koszmarem, szuka odkupienia w samotności. Nie dane jednak mu będzie wieść życie postapokaliptycznego pustelnika, gdyż pada ofiarą świrniętych sługusów jednej z najważniejszych postaci upadłego świata: Nieśmiertelnego Joego. Max zostaje wykorzystany jako kroplówka do podtrzymania życia jednego ze swoich porywaczy. Przed losem żywej baterii ratuje go szczęśliwy zbieg okoliczności i plan cesarzowej Furiosy, granej przez panią Theron, która wpada na kompletnie nienormalny pomysł ucieczki spod władzy Joego. Plan zakłada uwolnienie nałożnic głównego złego i bezpieczne przetransportowanie ich do oddalonej o wiele kilometrów oazy. Jak możecie się domyślać, sprowadza to na uciekających nieskończony gniew tyrana. Pytacie, czy jest w tym świecie ktokolwiek normalny? Cóż… jeżeli był, to najprawdopodobniej dawno zginął!

„Szaleństwo” to również doskonałe słowo, którym można opisać, jak właściwie ten film się prezentuje. Otóż scen, w których ktoś nie próbował kogoś zabić, coś nie eksplodowało albo nie próbowano uciekać, jest tyle, że wypełniły one około pół godziny filmu. A nawet jeszcze mniej. Tempo akcji zasuwa jak rollercoaster z turbodoładowaniem jadący ze stromego klifu po solidnie naoliwionych torach.

Czyli naprawdę, naprawdę bardzo szybko! Oglądając, nie mamy chwili wytchnienia, ledwo kończy się jedna strzelanina, a zaraz wpadamy w kolejny kocioł destrukcji. A jakby tego było mało, chwilę później na ekranie pojawia się burza piaskowa, serwując widzowi prawdziwy festiwal zniszczenia. Aby dodatkowo podbić efekt panującego wszędzie chaosu i szaleństwa (oczywiście), niektóre sceny zostały przyśpieszone, to znaczy klatki filmu przesuwają się po ekranie w szybszym tempie niż normalnie. Sprawia to trochę wrażenie oglądania starego, czarno-białego, niemego filmu. Efekt? Wszędzie panuje pożoga, po oczach wali nam płonąca benzyna, a nasze uszy drżą od potężnego ryku silników. Ekstremalna jazda bez trzymanki!

I właściwie na tym można by zakończyć opis filmu. To tak naprawdę nic więcej niż kino akcji w starym stylu, zwłaszcza kiedy pojawiają się momenty z podkręconym tempem. Nikt tutaj nie zadaje pytań, nawet nie odwraca się za siebie, tylko jak najprędzej pruje do przodu, bo przecież bez przerwy goni go banda pomyleńców. Od przypięcia filmowi łatki bezrozumnej sieczki ratuje go jednak kilka elementów.

Po pierwsze klimat. Filmów o Armagedonie powstało ostatnio całkiem sporo – wystarczy wspomnieć chociażby „1000 lat po Ziemi” czy „Ewolucję planety małp”. Reżyser stanął zatem przed trudnym zadaniem. Musiał sprawić, aby „Mad Max” się wyróżniał. I zrobił to. Wszystko w tym filmie – kostiumy, scenografia i szeroko pojęty klimat – jest tak niepowtarzalne, że fantastycznie wypełnia niszę w filmach o końcu świata. Samochody – będące głównym środkiem transportu – wyglądają, jakby zbudowane zostały z zezłomowanych resztek. Wystające kolce, silniki wychodzące z masek, malunki na karoseriach i różnego rodzaju ozdoby. Wszystko to cieszy oko uważnego widza.

Ubrania – każdy kostium został pieczołowicie i pomysłowo zaprojektowany. Nieśmiertelny Joe budzi grozę swoją maską a’la Bane, Max w swoistym kagańcu może stać się ikoną całego filmu, a Furiosa ma sztuczną rękę wyglądającą, jakby była sklecona ze złomu. Dodatkowo jeszcze ta do szpiku kości szalona otoczka! Poplecznicy Joego modlą się do V8, pragną śmierci bardziej niż życia i zrobią wszystko, aby umrzeć w chwale. Drą się, jak opętani, a tuż przed zgonem obryzgują sobie twarze lakierem samochodowym. Kolejny element to broń, taka jak włócznie z ładunkiem wybuchowym: dzięki nim pościgi zmieniają się w sceny niczym z prehistorycznego polowania na dzikie zwierzęta. Jest też (mój absolutny faworyt) The Doof Warrior – ślepy gitarzysta, część świrniętego korowodu Joego, wygrywający w trakcie jazdy ścieżkę dźwiękową filmu.

Skoro już jesteśmy przy muzyce: dotrzymuje ona kroku filmowemu tempu. Ostre rockowe riffy, grane przez ślepego gitarzystę, dodatkowo wzmocnione są potężnym waleniem w bębny. Wszystko zostało bardzo dobrze skomponowane, dzięki czemu buduje atmosferę wszechobecnego chaosu. Pojawia się jednak pewien zgrzyt. Siedząc na sali kinowej, po około dwóch godzinach wpatrywania się w ekran i uczestniczenia w szalonej przygodzie, widz może dostać migreny. Walenie w gitarowe struny towarzyszy nam prawie przez cały czas, dodatkowo jest niesamowicie głośne. Dlatego, jeżeli będziecie mieli okazję obejrzeć ten film w domu, polecam ściszenie dźwięku, podczas niektórych fragmentów, o połowę.

Od oprawy audio nie odstaje w najmniejszym stopniu warstwa wizualna. Operator doskonale gra kolorami, często w filmie jest pełno kontrastów. Brunatna czerwień ognia przeplata się z brudnożółtym piaskiem, któremu dodatkowo towarzyszy krystalicznie czyste niebo. Ogląda się to wszystko jak dobrze namalowany obraz.

I chyba właśnie taki jest ten film. Jak komiks. Tylko że z muzyką i postaciami w ruchu. Nie ma tutaj wiele filozoficznych treści, w widzu nie zachodzi jakaś wewnętrzna przemiana czy inne katharsis. Wychodząc z kinowej sali mamy w środku tylko spaliny i podtlenek azotu, ewentualnie dużą dawkę ołowiu. Jeśli ktoś oczekuje, mimo wszystko, czegoś więcej, niż tylko naparzania się i zadawania bólu, prawdopodobnie się zawiedzie. Natomiast dla fanów naprawdę szybkiej akcji film będzie doskonałą, dwugodzinną przygodą na pustkowiach upadłego świata. Reszta jest szaleństwem!

Ocena: 3.5/5

Dyskusja