Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Uu uuuu! Mogę wszystko!” – recenzja „Diablo. Wojna grzechu: Smocze łuski”

Sanktuarium nadal jest w niebezpieczeństwie. Uldyzjan zbudził moc nefalemów w wielu osobach, zaludniając serwer, lecz w tym MMO jest tylko kilka postaci do wyboru. Paru potężnych bossów pokonano w pierwszym tomie pt. „Prawo krwi”, lecz „Wojna grzechu” składa się z większej liczby questów.

„Smocze łuski” są drugim tomem, przedstawiającym historię umiejscowioną w uniwersum „Diablo” – gry komputerowej od studia Blizzard. Opowiada o losach Sanktuarium – miejscu stworzonym przez anioły i demony, które miały dość ciągłych walk między sobą. Z połączenia tych, tak przeciwstawnych, żywiołów powstali pierwsi nefalemowie – ludzie o potężnych zdolnościach. Z biegiem pokoleń te umiejętności zanikały, lecz powstały – niczym feniks z popiołów – za sprawą głównego bohatera dzieł Richarda A. Knaaka. Uldyzjan ul-Diomedes pomaga reszcie ludzkości zbudzić w sobie niebywałe moce, by mieć szansę w walce, gdyż siły piekła i nieba stanęły w szranki, a mieszkańcy wykreowanej przez nich krainy są zagrożeni.

Wstęp tej recenzji celowo napisany jest w growym żargonie i może odstraszyć czytelników nie lubujących się w siedzeniu przed komputerem. Książka od wydawnictwa Insignis jest stworzona głównie dla tych, którzy mieli okazję walczyć z Diablo swoim Barbarzyńcą czy Nekromantą. Jeżeli ktoś odinstalował „Diablo 3”, to istnieje spora szansa (90%), że w trakcie czytania wróci do tego tytułu, a nawet kupi dodatek „Reaper of Souls” – jeśli go nie miał. Drugi tom „Wojny grzechu” ma sporo odniesień oraz jest w pełni osadzony w mrocznym klimacie gry.

Struktura powieści jest niestety bardzo podobna do jej komputerowego wzorca. Pokonywanie monstrów, przerywnik fabularny, walka, a na koniec potyczka z silnym przeciwnikiem, czyli tzw. Bossem. I tak w kółko. Co wynika z takiej formy? Ogromna ilość akcji, która zadowoli nie tylko graczy. Jeśli ktoś chce poczytać o efektownym naparzaniu się, to trafił w dziesiątkę. Ustawki kiboli są sprzeczkami dziewczynek, okładających się różowymi maskotkami przy tym, co wyprawiają nefalemowie w zwarciu z morlu. Ręka, noga, mózg na ścianie. Fatality ukazane w książce zrobią wrażenie na wielu.

Nie samą zwadą dzieło żyje i czasem trzeba posunąć fabułę naprzód, a nawet przedstawić dialogi. Richard A. Knaak nie jest mistrzem w budowaniu dylematów postaci. Daleko mu do takiego arcydzieła jak „50 twarzy Grey’a”… wróć! Zły przykład. Gdzie mu tam do „Zmierzchu”? Nadal niewłaściwy przykład. Bez żartów: psychologia bohaterów nie jest zbyt zawiła. Każdy ma problemy czy rozterki, lecz za nic nie można się w nich wczuć. Żal odchodzi jednak na dalszy plan, bo trzeba skopać kilka nieumarłych tyłków. Ciągła walka jest dominującą cechą dzieła, lecz nie najważniejszą…

Równie istotne jest obcowanie ze światem znanym z monitora. Gracze zrozumieją… Coś, co istniało dotąd tylko na ekranie, może teraz wędrować także do autobusu, na plażę czy do kawiarni. Nie trzeba mieć pod dłonią myszki, aby zanurzyć się w pełnym mroku Sanktuarium. To sprawia sporą frajdę.

Elementem spornym może być wachlarz zdolności Uldyzjana. Ma tyle skilli, że tego nie dałoby się wyklikać na klawiaturze.

– O nie! Moja kaszka parzy mnie w język!

– Nie lękaj się! Na szczęście mam moce: chłodzenia potraw, opatrywania ran jamy ustnej oraz ulepszania smaku dań!

Pani Gessler się chowa…

Rzecz jasna protagonista nie jest nieśmiertelny (choć w sumie zazwyczaj od razu zasklepia swe rany, więc prawie jest) i odczuwa zmęczenie czy niemoc, ale często wychodzi z opresji bez szwanku, a jego wysiłek, nawet bardzo duży, szybko odchodzi w niepamięć i nie pozostawia śladu. Wiele wydarzeń przychodzi głównemu bohaterowi zbyt lekko, chciałoby się poczytać o znojach, skundleniu i porażkach. Ale on jest jak przemytnik papierosów – zawsze znajdzie sposób.

„W tej książce tylko nakindżają się i nic więcej!” Nic bardziej mylnego! Dzieło potrafi zmusić do refleksji. Bardzo interesujące jest przedstawienie anioła, Inariusa: złe cechy chciałoby się przykleić tylko demonom, ale wysłannicy niebios wcale nie są tacy święci. Ciekawe jest zrzucenie ich z piedestału i przypisanie negatywnych aspektów. Równie fascynujący jest paradoks głównego bohatera. Nienawidzi on kultu Trójcy oraz Katedry Światłości, lecz wśród swych pobratymców jest traktowany niczym bóstwo albo chociaż ważny kapłan. Stał się tym, czego nie cierpi.

Pierwszy tom cyklu „Wojna grzechu” cechował się urodziwą grafiką na okładce. Za drugim razem już tak nie ucieszono oczu czytelników, ale to, rzecz jasna, kwestia gustu. Ilustracja do „Prawa krwi” w pełni pasowała do dzieła, ponieważ ukazywała powstanie nefalema, w kolejnej części trochę na siłę trzeba szukać odniesienia do zawartości.

„Smocze łuski” przede wszystkim są pozycją dla fanów serii gier komputerowych o rogatym antagoniście. To oni będą się najlepiej bawić podczas lektury. Z radością znajdą wszelkie odniesienia oraz dopowiedzenia do fabuły poznanej podczas siedzenia przed klawiaturą. Książka przypadnie do gustu także miłośnikom wartkiej akcji, niebywałych zdolności i efektownych walk – tego jest tutaj pod dostatkiem. To lekka lektura dla graczy i zwolenników agresywnych negocjacji.

Ocena: 3/5

Dyskusja