Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Eko-wege-bioterrorystyczna komuna – recenzja książki „Agenda 21”

Ekologia to szczytna idea – ten fakt nie podlega wątpliwościom. Człowiek jednak od zarania dziejów wykazuje wybitny talent do przesady i fanatyzmu, przez co niejednokrotnie przekuwał szlachetne założenia w totalitaryzm. A co by było, gdyby tym razem kolejny taki system wyrósł właśnie z pragnienia zadbania o wyeksploatowaną, skażoną planetę? Jak wyglądałby świat, w którym człowiek zacząłby chronić Ziemię przed samym sobą?

Na chwałę Republiki

Taką wizję roztaczają przed czytelnikami autorzy futurologicznej powieści „Agenda 21” – Glenn Beck i Harriet Parke. W wykreowanej przez nich rzeczywistości ludzie przeorganizowali swoje społeczności w taki sposób, by jak najmniej ingerować w naturę. Mieszkają na niewielkich, gęsto zaludnionych, zamkniętych obszarach, ograniczyli do minimum zużycie energii, a wytwarzają ją sobie sami, codziennie chodząc po specjalnych deskach, skrzętnie wydzielają racje żywnościowe oraz porcje wody – tylko tyle, ile niezbędne jest im do przeżycia. Nie jedzą zwierząt ani nawet roślin, nie wolno im dotykać niczego, co należy do Ziemi, wszystko poddają recyklingowi i dbają o to, by nie dopuścić do choćby minimalnego marnotrawstwa zasobów. A wszystko to na chwałę Republiki.

Właśnie… Republika. Świat „Agendy 21” to bowiem nie tylko eko-wege-bioterrorystyczna rzeczywistość. Idee ekologiczne zostały tutaj wzbogacone o założenia marksistowskie. Z takiego połączenia powstały niezwykle ponure, przerażające realia, w których obywatel Republiki nie jest człowiekiem, ale trybikiem w sprawnie działającej machinie systemu. Jednostka rządząca – Centralny Zarząd Spolegliwości – kontroluje każdy jego ruch, posługując się terrorem, surowymi represjami grożącymi za łamanie reguł i nagradzaniem donosicielstwa. Obywatele są sobie równi – każdy dostaje z w pełni komunalnej własności dokładnie tyle samo: dach nad głową w postaci betonowego Mieszkalnika, codzienne racje pożywienia i wody oraz płynu odkażającego do higieny osobistej, uniform w kolorze odpowiednim dla sektora, w którym dana osoba jest zatrudniona, produktywną społecznie pracę i niezbędne do jej wykonywania narzędzia oraz partnera przyznawanego z urzędu w celach reprodukcyjnych. Nie wolno mu posiadać niczego na własność, samodzielnie myśleć ani przywiązywać się do siebie nawzajem. Sąsiedzi nie rozmawiają ze sobą, pary kojarzy zarząd, a rodzice są zobowiązani do oddawania potomstwa na wychowanie tzw. Wioskom Dziecięcym. Każdy każdego inwigiluje, każdy każdego się boi, nikt nikomu nie ufa – bo tak jest bezpieczniej. Nade wszystko jednak obywatel Republiki ma być produktywny – efektywnie wykonywać swoją pracę, wytwarzać dzienne normy energii (dokładnie takie same dla każdego bez względu na wiek, sprawność fizyczną czy stan zdrowia) oraz produkować nowych obywateli. Każda osoba nie spełniająca norm produktywności podlega natomiast Standardom Wydolności i zostaje poddana recyklingowi.

Brzmi bezdusznie? Nieludzko? Przerażająco? Owszem. W takich jednak realiach dorastała i żyje główna bohaterka powieści – Emmeline. Ta zaledwie osiemnastoletnia kobieta, należąca do ostatniego rocznika dzieci wychowywanych w domach przez rodziców zdążyła już zostać wdową, przeżyć śmierć ojca, zabranie z domu buntującej się matki (najprawdopodobniej skazanej na karę śmierci i poddanej recyklingowi), urodzić córkę, której miała nigdy nie zobaczyć, dwukrotnie zostać przeniesioną na inne osiedle, mieszkać przez jakiś czas z drugim, niedojrzałym emocjonalnie partnerem, a następnie szczerze pokochać swojego trzeciego mężczyznę i otrzymać pracę w Wiosce Dziecięcej, w której odnalazła swoje dziecko, ale też była poddawana specyficznej formie mobbingu.

Stare prawdy w nowym wydaniu

Wizja przedstawiona przez Glenna Becka i Harriet Parke jest niewątpliwie oryginalna. Mimo że alternatywne systemy totalitarne to jeden z ulubionych tematów twórców socjologicznego science fiction, po które sięga od wielu lat ogromna rzesza pisarzy, komuna ekologiczna to coś zupełnie nowego, z czym wielu czytelników na pewno spotka się po raz pierwszy. Konstrukcja świata przedstawionego budzi skojarzenia nie tylko z wieloma znanymi dziełami literackimi i innymi tekstami kultury, ale także może przypomnieć – szczególnie polskim czytelnikom – o wydarzeniach z niedalekiej przeszłości. Nawiązuje również do sytuacji, jaką można zaobserwować we współczesnym świecie – agresywna narracja ekologów czy prężny rozwój ideologicznego weganizmu, którego zwolennicy starają się terroryzować swoim alternatywnym stylem nie tylko odżywiania, ale i życia oraz myślenia.

Wykreowana przez autorów antyutopia przytłacza, przeraża i potrafi wzbudzić w czytelniku silne emocje. W Republice panuje ponura, ciężka, pełna napięcia atmosfera.

Emmeline to interesująca bohaterka – niejednoznaczna, zagubiona w otaczającym ją świecie. Jej rys psychologiczny został ciekawie i dość skrupulatnie przedstawiony. Z młodą kobietą i jej dylematami łatwo się utożsamić. Sprzyja temu pierwszoosobowa narracja, mnogość monologów wewnętrznych i konsekwentne przedstawienie metamorfozy, jaką przechodzi postać. Czytelnik ma okazję poznać Emmeline jako chowane pod kloszem dziecko, które rodzice próbują za wszelką cenę chronić przed wiedzą na temat panujących realiów, nieprzystosowaną do otaczającego ją świata nastolatkę, dla której wejście w dorosłość okazuje się szokiem, a następnie przedwcześnie dojrzałą kobietę po przejściach. Obserwuje, jak w bohaterce rodzi się bunt przeciw zastanej rzeczywistości. Autorzy obnażają psychologiczny mechanizm, który popycha człowieka do walki o wolność oraz chronienia bliskich za wszelką cenę.
Powieść została napisana prostym, sugestywnym, obrazowym językiem. Jest on pełen neologizmów, jednak wprowadzonych w taki sposób, że nie zaburzają charakterystycznej dla stylu Becka i Parke przejrzystości.

„Agenda 21” to nie tylko opowieść o ciemnej stronie ekologii i mechanizmach działania systemów totalitarnych, ale także – a może właśnie przede wszystkim – o człowieku funkcjonującym w takich realiach, jego dylematach wewnętrznych i reakcjach psychologicznych.

Beletrystyka czy manifest?

Wszystko byłoby w porządku, gdyby „Agenda 21” była wyłącznie tym, czym się z pozoru wydaje – powieścią fantastyczną, stworzoną przez ludzi mających do opowiedzenia pewną historię, a przy okazji chcących przekazać uniwersalne prawdy dotyczące natury świata i człowieka. Niestety, nie tylko o to tutaj chodzi.

Beck i Parke otwarcie przyznają, że książka stanowi rodzaj manifestu przeciwko programowi ONZ opisanemu w dokumencie o nazwie „Agenda 21”, przyjętemu na konferencji w Rio de Janeiro w 1992 roku. Szczególnie dobitnie świadczy o tym posłowie autorstwa Glenna Becka (współautora książki, a także amerykańskiego dziennikarza telewizyjnego i radiowego). Przedstawia ono fakty i dokumenty, na których opierali się twórcy powieści, jednak zostało napisane w tonie mocno ideologizującym, chwilami wręcz histerycznym. Beck gloryfikuje skrajny kapitalizm jako jedyny słuszny i demokratyczny system i wszędzie widzi przejawy zagrożenia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka stanowi dla autorów pretekst ogólnie do krytyki jakichkolwiek idei lewicowych i jest narzędziem przepychanek politycznych. To by zresztą doskonale wyjaśniało, dlaczego autorzy, inspirowani całkowicie jawnym i legalnym programem rządowym, aż tak popłynęli w skrajność przedstawionej w powieści wizji.

Wszystko to jednak nie umniejsza wartości samej opowieści snutej w „Agendzie 21”. Książkę warto przeczytać, zagłębić się w historię Emmeline, poznać oryginalny świat przedstawiony, a także dać się ponieść refleksjom – najlepiej własnym, niekoniecznie tym proponowanym przez Becka w posłowiu.

Ocena: 4/5

Dyskusja