Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„I live, I die, I live again!” – recenzja DVD „Mad Max: Na drodze gniewu”

Witness me! Oto ze srebrnego ekranu na srebrne krążki DVD i Blu-Ray przechodzi jeden z najciekawszych filmów ostatnich miesięcy. W maju tego roku, 30 lat od premiery „Pod kopułą gromu”, George Miller powrócił do opowiadania o wojowniku szos, zastępując ikonicznego dla tej serii Mela Gibsona innym aktorem. Jak w roli poradził sobie coraz popularniejszy w przemyśle filmowym Tom Hardy („Incepcja”, „Mroczny Rycerz powstaje”, zapowiadany na 2017 „Splinter Cell”)?

„What a lovely day!”

Film rozpoczyna się krótką narracją wyjaśniającą widzowi to, co było dotąd niedopowiedziane, acz powszechnie wiadome – przyczyny nadejścia zagłady. Widać w tym ukłon w stronę nie znających poprzednich części odbiorców, podobnie jest z głosami prześladującymi umysł Maxa, nie związanymi zdaje się z żadną ze zekranizowanych historii. Świat Millera, chociaż już trzykrotnie ukazany w filmach, w obrazie „Na drodze gniewu” pokazuje swoje całkowicie odmienne oblicze. Niezmienna jest tylko kanoniczna trójca – małomówny protagonista, jego Interceptor oraz ograniczone tylko horyzontem pustkowia.

Tym co nowe w obrazie świata, jest jego odrealnienie. O ile „Wojownik szos” i „Pod Kopułą Gromu” przedstawiały społeczeństwa radzące sobie z zagładą całkiem rozsądnie (z nielicznymi wyjątkami znajdujących się na uboczu świrów) – tutaj wszystko jest szalone rodem z najgorszej mary.

Od pierwszych scen, ukazujących społeczeństwo pod władaniem Immortan Joego, widz jest świadkiem wielu obrazów, trudnych do racjonalnego połączenia, które w końcu spajają się w przedziwnego kształtu mozaikę. Jest tu brodaty karzeł, przypominający niemowlaka, armia stojących jedną nogą w grobie War Boysów, a przede wszystkim – górujący nad nimi groteskowy przywódca (Hugh Keays-Byrne, znany też z roli przeciwnika Maxa w pierwszej części serii). Jednoczy on poddanych kultem silnika V8 i wizją Walhalli, władając niepodzielnie zdatnymi do zamieszkania terenami. Trzymając rękę na zasobach wody pitnej i mając na podorędziu tabuny zmotoryzowanych fanatyków, faktycznie zdaje się wiekuistym. Przynajmniej do momentu, aż pewien bunt nie skrzyżuje jego losu z tytułowym samotnikiem.

„Who killed the World?”

Wojownik szos niejednokrotnie już wpływał na losy pozornie obojętnych mu ludzi, ale nigdy dotąd nie miał tylu równorzędnych mu towarzyszy. Imperator Furiosa (Charlize Theron) to wojowniczka-renegatka z mechaniczną ręką, szukająca wyzwolenia spod jarzma Joego. Z pozoru jej charakter jest twardy niczym stal, ale pod wieloma warstwami pancerza skrywa rysy i pęknięcia. Nux (Nicholas Hoult) jest jednym z wielu szalonych czcicieli Immortana, kierowcą marzącym o Walhalli, jako nieliczny ma jednak okazję skonfrontować swą wiarę z rzeczywistością. Małomówność Maxa i dzielenie akcji pomiędzy wszystkich bohaterów może sugerować, jakoby nie był już to film o byłym policjancie, a jedynie z jego udziałem. Tak naprawdę jest dokładnie przeciwnie – to kondensat tego, co dobre w serii Millera.

„Na drodze gniewu” jest mianowicie jedną 2-godzinną sceną akcji, zwalniającą tylko kilka razy i zawsze można to uznać za przerwę na oddech przed kolejną dawką adrenaliny. Pościgi, pełne ofiar śmiertelnych, były

charakterystyczną kulminacją wcześniejszych części – tu tego wszystkiego jest więcej, a co najważniejsze, jest to tak efektownie jak nigdy wcześniej! Akcja jest z pozoru frenetyczna, choć z reżyserskiego punktu widzenia – doskonale przemyślana i zsynchronizowana. W dodatku (chyba w przypadku żadnego innego filmu nie możnaby uznać tego za zaletę!) film niemal pozbawiony jest efektów specjalnych! Zamiast generowanych komputerowo aut i wybuchów, wykorzystano tu prawdziwe maszyny, mogące służyć za wzorzec postapokaliptycznej myśli technicznej, które są równie realnie niszczone w trakcie postępu fabuły. Ukazujące to ujęcia z planu zdjęciowego (do znalezienia w Internecie; warto poszukać po obejrzeniu filmu!) pokazują dobitnie, że cyfrowa obróbka obrazu nie zawsze jest niezastąpiona przy tworzeniu filmów fantastycznych. Podobną ścieżką ograniczenia greenscreenów zdają się podążać twórcy nadchodzącej siódmej części „Gwiezdnych Wojen”, co dobrze rokuje przyszłości kina.

„Shiny and chrome”

Największą ingerencją w obraz w nowym „Mad Maxie” jest mocne podkolorowanie dominujących na pustkowiach tonów żółci i błękitu.

Czyni to oprawę filmu prawdziwie imponującą – regularnie coś tu płonie, wybucha lub przynajmniej iskrzy z tarcia pordzewiałego metalu o metal. Najefektowniejszą sceną filmu jest jednak burza piaskowa – krótka, lecz nie do zapomnienia. Zwłaszcza w połączeniu z podniosłą ścieżką dźwiękową oraz obłąkańczymi rykami silnika i jednego z bohaterów. Podkład muzyczny na tyle spaja się z obrazem, że jest praktycznie niedostrzegalny w trakcie oglądania, a jednocześnie idealnie nadaje się jako tło do nauki podczas sesji, co jest chyba jedną z najlepszych rekomendacji dla soundtracku.

Film wygląda na tyle dobrze, że oglądanie go w jakości DVD może zakrawać na świętokradztwo. O ile w przypadku wielu innych produkcji taka rozdzielczość nie przeszkadza, w „Mad Maxie: Na drodze gniewu” jakość HD sprawia dużą różnicę. Najrozsądniejszym zakupem jest zatem (w przypadku posiadania odtwarzacza) płyta Blu-Ray. Dla posiadających telewizory 3D w sklepach znajduje się ponadto wydanie z obrazem w trzech wymiarach.

„Perfect in every way!”

Po debiucie filmu w kinach wiele osób zastanawiało się, czy nowy „Mad Max” zasługuje na miano godnego dziedzica poprzednich części.

Nie jest to może reboot, ale jako nowy start serii film prezentuje się naprawdę znakomicie, również w konfrontacji z wyraźnie już postarzałymi pierwowzorami. Kreacja Toma Hardy’ego nie ustępuje tej Gibsona, choć widać, że są to nieco inne postaci. Rozstrzygając dwuznaczność tłumaczenia tytułu – na pewno więcej tu szaleństwa niż wściekłości. To co się na pewno udało nowemu obrazowi Millera, to praktycznie natychmiastowe osiągnięcie statusu kultowego w fandomie post-apo. Dowodem może być rozpoznawalność wszystkich wymienionych powyżej cytatów z filmu, czy liczne stylizacje na War Boysów na konwentach. Oby zapowiedziany już „Mad Max: The Wasteland” utrzymał dobrą passę reżysera, a być może rzadko obecnie eksploatowany temat świata po wojnie atomowej powróci do łask w kinematografii.

Na płycie poza filmem znajdują się 3 sceny usunięte, łącznie około 3 minuty materiału, nie mają one jednak żadnego wpływu na postrzeganie produkcji.

Obrazek

Ocena: 4.5/5

Dyskusja