Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Rumuński western na Wołoszczyźnie – kinowa recenzja filmu „Aferim!”

„Aferim!” to niemal klasyczny przykład filmu z gatunku western. Mamy niebezpieczne, a zarazem piękne pogranicze, chronione przez nieustraszonych stróżów prawa. Jest fabuła oparta na pościgu tychże stróżów za zbiegłym niewolnikiem. Są silne, męskie charaktery, nadające całej historii głębi. Są wreszcie piękne zdjęcia krajobrazu. Wszystko to mogłoby predestynować film do bycia kolejną kalką filmów z Johnem Waynem czy Clintem Eastwoodem. Obraz Radu Jude wyróżnia się jednak spośród wielu westernowych produkcji jedną, zasadniczą rzeczą. Akcja nie toczy się na dzikich preriach zachodnich Stanów Zjednoczonych, a na Wołoszczyźnie w latach 30. XIX wieku.

Dziki Wschód

Umieszczone w rumuńskich realiach schematy z kina Dzikiego Zachodu nagle nabierają europejskich cech. Na straży prawa nie stoi szeryf, a mianowany przez władzę konstabl, który wraz z synem ściga zbiegłego cygańskiego niewolnika. Nie przemierzają wymarłych pustkowi Teksasu, ale tętniące życiem lasy i bory.

Chcąc odpocząć nie zjeżdżają do saloonu na szklankę whisky, lecz zatrzymują się w przydrożnych gospodach rodem z Dzikich Pól i piją wino. To wszystko sprawia, że widz zaczyna zagłębiać się we wcześniej nieznanej mu kulturze. Bo filmów przedstawiających Rumunię tamtych czasów nie ma w kinach zbyt wiele. Jest to kraj balansujący na granicy dwóch mocarstw: Rosji i Turcji. Kraj, w którym powszechne jest niewolnictwo i rasowe uprzedzenia w stosunku do Cyganów, którzy traktowani są równie źle jak czarnoskórzy pracownicy plantacji bawełny. Zarazem jest to kultura ludzi takich jak konstabl Constandin (Teodor Corban) i jego syn Ionita (Mihai Comănoiu) – kochających wolność. Ojciec i syn wyruszają w pościg za zbiegłym niewolnikiem Carfinem (Toma Cuzin). Jego właścicielem jest wpływowy szlachcic, który pragnie odzyskać swoją własność. Jak się później okazuje, Carfin miał bliskie stosunki z żoną owego szlachcica (a mówiąc bliskie nie mam na myśli popołudniowych spotkań przy filiżance czaju). Widmo nieuchronnej i strasznej kary wisi zatem nad głową zbiega, który zrobi wszystko, żeby tylko nie wpaść w ręce przedstawicieli prawa.

Synu, posłuchaj proszę pewnej historii…

Z obiema tymi postaciami spędzimy większość czasu, poznając ich wzajemne relacje. Oglądanie więzi pomiędzy ojcem i synem jest jednym z najlepszych elementów filmu. To troska, aby syn wyrwany spod opieki matki poznał prawdziwe męskie życie.

Pytania kierowane do ojca, jako do opiekuna i przewodnika. Wreszcie aspekt przemijania, w którym to Constandin czuje, że nadchodzi jego czas, i powoli szykuje się do odejścia w cień. Więź ojca i syna przedstawiona jest jak w klasycznym filmie drogi. Obaj bohaterowie przemierzają stepy i pola, spędzają wspólnie czas przy ognisku w mrocznym wołoskim borze, czy też przesiadują w pełnej ludzi gospodzie. Czasem widz może mieć wrażenie, że niektóre wypowiedzi Constandina są zbyt opryskliwe, jakby chciał skarcić, bądź upokorzyć swojego syna. Tak naprawdę, kiedy przyjrzy się temu głębiej, jest to po prostu sposób, w jaki ten twardy mężczyzna okazuje swojemu dziecku miłość. Ionitę cechuje pewna doza nieśmiałości. W wielu sprawach opiera się o decyzję ojca, posłusznie wypełnia jego rozkazy, ale także o wiele rzeczy pyta, interesuje się. To wszystko sprawia, że ta wzajemna relacja wypada niesłychanie autentycznie. Dawno już kino nie widziało tak dobrze wykreowanej męskiej bliskości jak w „Aferim!”.

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”

Mówiąc o filmie nie da się nie wspomnieć o fantastycznych wprost plenerach. Malownicze krajobrazy wołoskiego stepu, poprzecinanego gdzieniegdzie ciemnymi borami i rzekami. W wielu miejscach kadrami naprawdę można się zachwycić. Ale to nie jest film przyrodniczy, w którym królują wyłącznie góry i lasy. Reżyser implementuje w swoim obrazie wiele elementów kulturowych. Wspaniałe projekty strojów nasuwają na myśl największe arcydzieła kina kostiumowego. W sposobie ubierania się widać kunsztowne połączenie wschodniego stylu arabskiego z europejskimi naleciałościami, co tylko potęguje wrażenie styku dwóch światów. Dodatkowo jeszcze należy wspomnieć o odwiedzanych przez bohaterów miejscach. Przydrożne wioski Cyganów przypominają raczej klecone na poczekaniu szałasy.

Gospody dające wytchnienie zmęczonym podróżnym to miejsca, w których nikt nie jest nieznajomy, jeżeli na stole znajdzie się butelka wina. Nie można zapomnieć o targach niewolników, smutnym elemencie tamtej rzeczywistości, w której liczy się to, jak bardzo jesteś przydatny. Warto dodać, że „Aferim!” jest obrazem czarno-białym. Trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego reżyser podjął decyzję o takiej, a nie innej stylistyce. Ważny jest fakt, że film wygląda znakomicie. Oprócz wspaniałej warstwy wizualnej film może się także poszczycić wspaniałą muzyką, skomponowaną przez Dana Bunescu. Niedobór kolorów jest rekompensowany widzowi przez tętniące życiem otoczenie, wypełnione odgłosami natury. Siedząc w sali kinowej można się poczuć niczym w środku ciemnego lasu. Albo w trakcie szalonej rumuńskiej balangi, ponieważ w filmie znajdziemy również wiele elementów ludowego folkloru muzycznego.

Film jest jak western w starym stylu. Nie śpieszy się z pokazywaniem akcji. Nie ma w nim pojedynków o dwunastej w południe, porywania pociągów czy ratowania dam z opresji. Fani kina akcji raczej nie znajdą tutaj nic interesującego. Historia również przypomina coś, co już znamy. Widz nie zostanie uraczony jakimś niespodziewanym fabularnym twistem, wywracającym film do góry nogami. Siłą „Aferim!” jest niecodzienność ukazanych realiów, dialogi, pięknie zrobione zdjęcia, pokazana z bliska kultura i wspaniale budowana więź między poszczególnymi bohaterami. Kino wyłącznie dla koneserów tego typu wrażeń, reszta może zasnąć z nudów w trakcie seansu.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja