Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Skomercjalizowany Bóg – recenzja komiksu „Bóg we własnej osobie”

Jeżeli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się, jakby to było, gdyby Bóg towarzyszył ludziom w codziennym życiu – ściślej rzecz ujmując: namacalnie, widzialnie – to jedna z takich wizji została subtelnie, nie raniąc niczyich uczuć, przedstawiona w powieści graficznej Marc-Antoine’a Mathieugo. Bóg niemal w każdym wariancie kulturowym – niezwiązanym ze sferą sacrum – budzi nasilone kontrowersje. Większość twórców kreujących fikcyjne światy, w których Bóg odgrywa kluczową rolę, nigdy nie pokazuje Go jako postaci, starają się oni raczej owiać Jego osobę, widzialną postać, aurą tajemniczości, odsunąć na dalszy plan. W „Kłamcy” czy „Siewcy Wiatru” wspomniano, że odszedł do innych światów, w „Kronikach Żelaznego Druida” bądź cyklu o Dorze Wilk jest, acz nie występuje fizycznie. Zaś w „Bogu we własnej osobie” wszystko obraca się wokół Niego, i Jego materialnej emanacji.

W niedalekiej przyszłości świat staje się ponury i monotonny, ludzie nie cieszą się z niczego. Na rutynowym spisie ludności pojawia się nietypowy gość, ktoś kogo nie ma w żadnych rejestrach – mianowicie Bóg. We własnej osobie. Początkowo ludzie sądzą, że to niesmaczny żart. Potem, wskutek paru prostych, ale niemożliwych dla zwykłego człowieka czynów, rzekomy Bóg zadziwia wszystkich zebranych. I tak rozpoczyna się seria niefortunnych dla Stwórcy zdarzeń. Ludzkość, co prawda przestaje użalać się nad rutyną i zaczyna z zapałem obserwować nowinki o Bogu, ale On sam nie ma na Ziemi lekko: rzesze naukowców, filozofów i innych badaczy pragnie wydobyć od Niego informacje istotne dla świata; inni chcą wzbogacić się Jego kosztem, co w dużej mierze im się udaje. Lecz prawdziwym kuriozum okazują się dopiero pozwania do sądu, na wszelakie sprawy. I tak Bóg, chcąc nie chcąc, trafia na ławę oskarżonych.

Konstrukcja fabuły jest dość skomplikowana i ma formę szkatułkową, przepełnioną retrospekcjami. Autor starał się utrzymać klimat powagi, wzniosłego nastroju – bez względu na to czy dana scena opierała się na zdarzeniach doniosłych, czy bardziej przyziemnych. Najistotniejszym elementem jest jednak sprawa samego istnienia Boga, łamiąca tematy tabu wielu kręgów społecznych. Co prawda wątek komercjalizacji „prawdziwego”, namacalnego wizerunku Najwyższego został tu potraktowany pozornie drugorzędnie, lecz to właśnie on, poza główną linią fabularną, dostarcza odbiorcy najwięcej refleksji i gdybań. Jeżeli chodzi o główny element komiksu, przedstawienie Boga w formie człowieczej, przebywającego wśród nas na płaszczyźnie „równy z równym”, przynajmniej w kwestii cielesnej, było swoistym krokiem naprzód w dziedzinie filozofii. Nareszcie znalazł się ktoś, kto spróbował przedstawić wizję Boga nie „biernego” względem losów świata. Boga, który w każdej chwili może wygłosić swoje zdanie, zakwestionować tezę czy powiedzieć, co stanie się niedługo. Jest to, biorąc pod uwagę artyzm fabuły, w pewnym sensie fenomen.

Ilustracje nie prezentują wysokiego poziomu, lecz – co należy podkreślić – nie są też bohomazami. Mathieu nakreślił szkice jednolitą, wyrazistą kreską, grafiki pozostawił w czarno-białej tonacji, z dodatkiem odcieni szarości. Same obrazy są wykonane w prostym, kreskówkowym stylu. Pozwalają oddać pełen realizm scenerii i sylwetek postaci, dokładnie prezentują mimikę, choć może to brzmieć nieco niedorzecznie, gdy ma się na myśli komiks. Autor nie tylko wpadł na ambitny, fascynujący pomysł fabuły, ale także zrealizował go nie najgorzej. Jest jednak o wiele więcej ciekawszych, atrakcyjniejszych szkiców w powieściach graficznych niż w „Bogu we własnej osobie”. Można powiedzieć, że gdyby nie błyskotliwe wątki, postawione hipotezy i intrygująca postać samego Boga, komiks byłby raczej średni.

„Bóg we własnej osobie” to komiks, w którym nie brak abstrakcji, absurdu czy znakomitego humoru, tworzących wespół z fabułą z jednej strony ciekawą, przejmującą opowieść, z drugiej jednak – dzieło stosunkowo groteskowe. Mathieu posiadł wprawdzie zdolność łamania konwencji i nie boi się zrywać tabu, przedstawiać świat takim, jakim poniekąd jest, za pomocą doskonałej alegorii, ale w efekcie końcowym wyszła mu dość ciężka – o ile w ogóle komiks można tak nazwać – lektura. I chociaż filozoficzna strona daje odbiorcy parę wariantów odpowiedzi, a hipoteza odnośnie do pojawienia się Boga i całego rytuału z Nim związanego jest w przedstawionej wizji całkiem prawdopodobna, to inne strony – choć nieźle wykonane – nie zachwycają ani artyzmem, ani formą przedstawienia.

Dyskusja