Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Świt żywych… restartów? – recenzja książki „Restart”

Filmy, książki, komiksy z apokalipsą zombie w tle zna każdy, niemal każdy potrafi powiedzieć, w jaki sposób powstaje żywy trup. Proste – zaraża się, umiera i wraca do żywych, choć sam już żywym do końca nie jest. Amy Tintera wykorzystała podobny schemat, ale zamiast pójść w sztampę, autorka postanowiła stworzyć świat oparty na zupełnie innej fizyce. I chociaż wzór wstawania z grobu pozostał niezwykle podobny, to efekt końcowy, czyli „żywy trup”, już niekoniecznie.

Autorka przedstawia wizję postapokaliptycznego świata, którego los został przypieczętowany przez biologiczną pandemię – śmiertelną chorobę, która w tajemniczy sposób przywracała niektórych spośród zmarłych do życia tuż po ich zgonie. Zjawisko zostało fachowo nazwane restartowaniem, a sam wskrzeszony denat – restartem. Ale na tym nie kończy się owo dość osobliwe zdarzenie. Ludzie zrestartowani powracają do życia o wiele silniejsi, sprawniejsi, wyzbyci z uczuć i dylematów moralnych, przez co wykorzystuje się ich w postaci jednostek wojskowych do zwalczania przestępczości, a ich odmienność budzi strach w społeczeństwie.

Wren Connolly jest jedną z restartów. Nie śmiertelna choroba, którą została zarażona, lecz trzy kule w klatce piersiowej posłały ją do piachu. Po stu siedemdziesięciu ośmiu minutach wróciła i już nie była sobą – stała się nadczłowiekiem. Sprawność restarta zależy od tego, jak długo był… martwym. Rekordem Republiki Teksasu jest właśnie panna Connolly, służąca w szeregach Korpusu Odnowy i Rozwoju Populacji. W zakresie obowiązków głównym punktem dnia dziewczyny jest szkolenie nowych rekrutów. Pewnego dnia natrafia na Calluma Reyesa, którego czas między zgonem a restartem wyniósł zaledwie dwadzieścia dwie minuty. Chłopak jest nieudolny, nie dorównuje innym i sprawia mnóstwo kłopotów. Ale Wren dostrzega w nim coś szczególnego, tylko jeszcze nie potrafi dokładnie sprecyzować co to jest.

Fabuła niby sztampowa. Swoista mieszanka dystopii i apokalipsy zombie (bez zombie), która na początku niezwykle wciąga i wydaje się rewolucyjna, lecz pod koniec zawodzi. Robi się schematycznie, a wszystkie ważniejsze wydarzenia i suspensy dało się przewidzieć. Szczególnie zakończenie stawia powieść w niekorzystnym świetle. Nie jest wprawdzie dramatyczne, ale nierzadko w gorszych klasowo dystopiach czy utworach z nieumarłymi w tle finał potrafił zaskoczyć. Choć wciąż „Restart” stanowi dość innowacyjne i ciekawe podejście do motywu żywych trupów.

Przedstawiony świat został oparty na znanym schemacie, co zostało wielokrotnie w recenzji podkreślone, podobnie to, że Tintera mocno sparafrazowała konwencję, wykorzystała znany motyw, ale przeobraziła go niczym glinę na potrzeby własnej historii. Debiutantka niestety nie pozwoliła czytelnikom cieszyć się malowniczością i bogactwem świata, informacje na jego temat są szczątkowe. Praktycznie nie wiadomo nic ponadto, że Republika Teksasu została podzielona i zhierarchizowana na bogatych i biednych. Choroba, która spustoszyła ziemskie połacie, to zagadka, a szukanie na nią odpowiedzi jest w powieści dość płodne.

Biorąc pod uwagę bohaterów… zasadniczo nie ma o czym zbytnio wspominać. Jest silna, stanowcza, niezależna i nieco szurnięta dziewczyna. I jest chłopak walczący ze słabościami, który nie chce? nie potrafi? krzywdzić ani zabijać innych. Czy taki schemat jest znany? Oczywiście co druga dystopia, antyutopia czy utopia zawiera w sobie analogiczne kreacje postaci. Co prawda relacja pomiędzy Wren a Callumem zapowiadała się całkiem intrygująco, ale na nieszczęście dobry start nie przyniósł dobrego rozwiązania. Wykwitł z tego następny „przesłodki” wątek romantyczny, oklepany do bólu.

Warsztat autorki przedstawia się za to o wiele lepiej. Pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia Wren, jasny, zrozumiały język i lekkie pióro pozwalają wgryźć się w lekturę i z pewnością stanowią mocną stronę książki. Tintera nie bawiła się w eksperymenty i niesprawdzone zabiegi, dzięki czemu raczej uniknęła poważniejszych błędów. Tłumaczka Maria Gębicka-Frąc także poradziła sobie nie najgorzej, tekst jest spójny i posiada jednolity język. Jednak wydawnictwo MAG nieco podkolorowało informację o objętości powieści. Na oficjalnej stronie można odnaleźć notkę, że całościowa objętość wynosi czterysta osiemdziesiąt stron, a jak się okazało, „Restart” jest cieńszy o około dziewięćdziesiąt kartek. I nie jest to błąd drukarski, tylko to wydanie stricte tyle ma.

„Restart” w ostatecznym rozrachunku – mimo wielu aspektów budzących raczej ambiwalentne uczucia – czyta się z przyjemnością. Po prawdzie wyłącznie pierwsza połowa stanowi coś świeżego, co elektryzuje i nie pozwala odłożyć książki na bok. Za to druga wzbudza raczej zbyt częste uczucie dejà vu i skojarzenia z innymi mainstreamowymi utworami, ale mimo wszystko nie nudzi i nie sprawia, że trzeba przez nią brnąć. Jednak druga połowa nie pozwala w pełni cieszyć się interesującą historią, nie zaskakuje i nie wciska w fotel, ale wynieść coś z niej można. Zwłaszcza że wyważonej akcji, brutalnych oraz krwawych scen w treści nie brak. Brak za to napięcia, a klimat pod koniec pęka jak bańka mydlana. Czy druga część będzie podobna? A może wróci na ścieżkę z początku „Restartu”? To się okaże.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja