Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

20 minut mordobicia więcej, czyli o edycji rozszerzonej „Hobbit: Bitwa Pięciu Armii” słów kilka – recenzja filmu „Hobbit: Bitwa Pięciu Armii”

Zgodnie z tradycją, wraz z nadejściem jesieni, na rynek trafiła kolejna, poszerzona wersja „Hobbita”. „Bitwa Pięciu Armii”, bo o niej mowa, stanowi zamknięcie drugiej trylogii filmowej Petera Jacksona, której akcja toczy się w wykreowanym przez Tolkiena świecie Śródziemia.

Czego możemy się spodziewać po edycji specjalnej filmu? Kilku scen rozbudowujących miałką fabułę ze smaczkami dla fanów i wielu sekwencji akcji, pominiętych w kinie.

Nowe ujęcia zostały zgrabnie wmontowane w znany nam materiał, zmieniając przez to jego wydźwięk. Znacząco rozbudowany został wątek dziejący się w Dol Guldur.

Poznajemy mały sekret Gandalfa, widzimy więcej Galadrieli oraz Sarumana wywijającego kosturem (czyżby był to zabieg celowy, mający upamiętnić zmarłego Christophera Lee?). Dalekosiężne zmiany dosięgnęły też tytułowej bitwy, w którą wpleciono większość dodatkowych scen. Już na samym początku nasz apetyt zostaje rozbudzony zderzeniem zwaśnionych armii krasnoludów i elfów. Dzięki nowym fragmentom akcji obraz zaprezentowanego starcia stał się pełniejszy, a także, co zadziwiające, brutalniejszy. W edycji specjalnej Jackson nie musiał się ograniczać do kinowych norm, popuszczając jeszcze bardziej wodze fantazji. Odcięte łby latają po ekranie, a krew leje się hektolitrami. Oczywiście „Hobbit” nie zmienił się nagle w film o Spartanach, ale różnica w stosunku do podstawowej wersji jest zauważalna.

Co takiego właściwie zawiera się w dodatkowym materiale? Warta uwagi jest scena, w której kompania krasnoludów przedziera się wozem bojowym przez hordy orków. Zastąpiła ona jazdę krewniaków Thorina na kozicach znaną z kina.

Dzięki temu zabiegowi otrzymujemy możliwość przejażdżki przez najciekawsze, nieukazane wcześniej miejsca bitwy, które są najatrakcyjniejszym punktem produkcji. Film domyka również wiele przemilczanych wątków. Dowiadujemy się, jaki los spotkał Alfirda (co prawda nie jest to rzecz, która nurtowała fanów, jednak dodatkowy fragment z jego udziałem powinien ich zadowolić), a także co stało się z Arcyklejnotem. Dużym plusem jest scena pożegnania poległych w bitwie, która jest jedną z najbardziej emocjonalnych w całej trylogii. Więcej czasu ekranowego znalazło się też dla tytułowego Hobbita. Martin Freeman był, jest i będzie fenomenalny w roli Bilbo Baginnsa, szkoda, że jego postać wciąż niknie pośród wojennej zawieruchy filmu. Poza tym Beorn szaleje na ekranie kilkanaście sekund dłużej, elfy przypominają sobie, że mogą w walce używać łuków, a Bombur w końcu wydaje z siebie głos. Ba, nawet Legolas dostał kilka minut więcej na swoje nieprawdopodobne wygibasy. Hurra!

Zauważalna jest poprawa efektów specjalnych, zwłaszcza w scenach zderzeń wielotysięcznych armii, gdzie komputerowo wygenerowane zastępy raziły wcześniej sztucznością. Stawia to wersję kinową filmu w negatywnym świetle. Sprawia teraz wrażenie mocno przyciętej z przyczyn finansowych.

Nawiązując do słów Hugo Weavinga o reżyserze „Hobbita”: „Peter każdego dnia kręci swego rodzaju »małe, krótkometrażowe filmy« o danym wątku. Traktuje dany wyrywek fabuły jako odrębną całość”. Owszem, Peter Jackson potrafi oczarować widza wspaniałymi, złożonymi sekwencjami akcji, jak i scenami fabularnymi. Niestety po złożeniu materiału w całość, otrzymujemy niespójny tonem przerost formy nad treścią.

Podsumowując – edycja specjalna „Bitwy Pięciu Armii” prezentuje się lepiej od kinowej, jednakże nie przekona do siebie widzów zawiedzionych zakończeniem trylogii.

Dla bezkrytycznych miłośników Jacksona będzie to cudowne dopełnienie kolekcji. Wydanie rozszerzonej wersji robi wrażenie i zawiera dziesiątki godzin materiałów zza kulis, których seans potrafi być bardzo interesujący. Niestety, patrząc obiektywnie, większość dodatkowych scen z powodzeniem można by pokazać w kinie, a edycja specjalna to zwyczajny skok na portfele fanów. Film jest za długi, przeładowany efektami, gubi swojego ducha, nie wiedząc czy chce być bajką dla dzieci, czy kolejną wielką epopeją. Grubymi nićmi szyte aluzje do „Władcy Pierścieni” powodują tylko rozgoryczenie oglądających. Aż trudno uwierzyć, że zarówno oszukujący grawitację Legolas, jak i ciamajdowaty Frodo zamieszkują ten sam świat.

Ocena: 3/5

Dyskusja