Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Baśniowo-literacki melanż – recenzja komiksu „Baśnie. Wielki baśniowy crossover”

Sentyment do bajek dzieciństwa posiada bodaj każdy, kto będąc maluchem wyczekiwał możliwości poznania kolejnej magicznej czy heroicznej historyjki – nie tylko w obrazkowych książeczkach, filmach puszczanych jako dobranocki albo opowiadanych przez kogoś starszego bajkach. Liczyło się, aby odkryć tajemnice niezwykłej historii, która rozkwitałaby w wyobraźni. Komiksowy cykl „Baśnie” w pewnym sensie stara się ukłonić w stronę wspomnianego sentymentu, lecz nie próbuje przedstawić tych samych, znanych z dzieciństwa opowieści. On wyłącznie zapożycza wątki, motywy, bohaterów i przedmioty ze wszystkich bajek bez względu na rodzaj, a nawet więcej – nie brak w szeregu utworów spod znaku „Baśni” postaci z legend czy podań. Jednak najważniejszą jego cechą, choć może ona brzmieć jak oksymoron, jest to, że to dorosła bajka tylko dla dorosłych.

„Baśnie. Wielki baśniowy crossover” to trzynasta odsłona cyklu, kontynuująca losy Baśniowców tkwiących w świecie Docześniaków (czyli naszym). Wprawdzie największy wróg Baśniogrodu został spacyfikowany, jednak problemów nie brakuje. Ukryta dzielnica magicznych bohaterów została zniszczona, a wszyscy musieli przenieść się na Farmę – drugą lokację będącą w posiadaniu Baśniowców. I chociaż w poprzednim tomie poznaliśmy kolejnego antagonistę, tym razem jego rola ogranicza się wyłącznie do krótkiego epizodu, zaś na stanowisku „głównego złego” w tej odsłonie zasiada ktoś zupełnie nowy. Zagrożenie jeszcze nigdy nie było tak wielkie, bowiem Narrator – swoisty demiurg i stwórca debiutującej frakcji Literałów (czyli urealnionych postaci literackich) – ma moc zniszczenia wszechświata i napisania go od nowa. Jakby tego było jeszcze mało, powraca Jack Horner, który wprowadzi niemałe zamieszanie wśród wszystkich mieszkańców Farmy.

Konstrukcja fabuły odbiega nieco od przyjętego wcześniej schematu, ale to stanowi plus tej graficznej powieści. Zasadniczo sam tytuł sugeruje, że historia będzie pełna mieszających się wątków i tak właściwie jest. Dotychczasowe postacie z kart bajek, podań czy legend, występujące na łamach „Baśni”, zostają wymieszane z bohaterami fikcyjnymi, co wielu czytelnikom może przeszkadzać, choć ci, którzy znają wszystkie części cyklu, raczej ucieszą się z radykalnej zmiany. Notabene nie jest ona tak drażniąca, nawet sądząc z finału „Wielkiego baśniowego crossovera” było to posunięcie na krótką metę, tak, żeby zalepić jakoś czas, w którym główny antagonista zbiera siły. Szczególną aprobatę zyskuje jeszcze wątek Jacka Hornera nieobecnego przez parę tomów. Jest to postać summa summarum istotna dla całego uniwersum – i bodaj jedyna, mogąca pretendować do tytułu trickstera.

Biorąc pod lupę kreacje, nie sposób nie wspomnieć, że nie są to stricte te same postacie z wszystkich bajek etc., posiadające wyłącznie cechy już znane. To przede wszystkim bohaterowie po głębokich przejściach, które wskutek wspólnego cierpienia złączyły się we wspólnotę. Wielki Zły Wilk z „Trzech małych świnek” to nie ten sam, okrutny, drapieżny potwór. Po swoistej resocjalizacji przez pewien czas był szeryfem, lecz teraz to ojciec rodziny i mąż… Śnieżki! Jack Horner z kolei nie jest bohaterskim Jasiem, który za sprawą ziarenek fasoli odkrył drogę do Królestwa Olbrzymów. Tu zostaje wcielony w rolę antybohatera, cynika i cwaniaczka próbującego ugrać jak najwięcej na cudzym nieszczęściu. A nowi bohaterowie, jak na przykład Gary (psychizacja przyrody) czy Jack Frost to równie barwnie przedstawione postacie, które wpasowują się w konwencję utworu. Czytając komiks nie ma się wrażenia, że któryś z nich został wciśnięty na siłę, każdy ma coś do odegrania. Nawet jeżeli przez całą opowieść wydawał się nic nieznaczącym urozmaiceniem tła.

Pomysłodawcą oraz osobą odpowiadającą za scenariusz jest Bill Willingham, który w tym tomie posiłkowany był przez Matthew Sturgesa. Cechą charakterystyczną cyklu jest skład twórców zmieniający się niemal całkowicie (prócz Willinghama) w każdej kolejnej odsłonie. Na szczęście nowi ilustratorzy, rysownicy i graficy wciąż nie odbiegają od stylu poprzednich części, dzięki czemu starzy fani czują się jak u siebie. Szkice wykonane zostały ze starannością i kunsztem godnym klasycznych, opasłych tomiszczy amerykańskich komiksów. Dobór barw i cieniowanie również stoi na wysokim poziomie, a wszystkiego dopełniają misternie wykonane detale sprawiające, że przedstawiony świat wydaje się w pełni żywy – choć przecież to kreskówka. Praca twórców była zatem warta nie tylko wykonania, ale i przeczytania.

„Baśnie. Wielki baśniowy crossover” to udana kontynuacja poszerzająca horyzonty cyklu i sprawiająca, że świat folkloru i świat literackiej fikcji zostają zestawione z prawdziwym, pokazując ich różnice, zalety i wady. W monotonnej, szarej codzienności ludzie często zapominają o szlachetnych wartościach i tym, co jest naprawdę ważne. Bajki miały cel dydaktyczno-moralizatorski, lecz były skierowane do dzieci. „Baśnie” skierowane są do dorosłych, a ich forma – kreskówkowa – bliższa jest raczej czystej rozrywce, ale taka postać ma chyba za zadanie odwrócić uwagę od tego, że cykl w istocie łączy przyjemne z pożytecznym. Podkreśla wady ludzkich zachowań, gloryfikuje dobre uczynki oraz prawidłowe postawy – i nigdy nie krytykuje otwarcie naszego świata. Ot, czasem pokaże go nieco groteskowo, czasem karykaturalnie, a czasem… pokaże go takim jaki jest. Raz okrutnym, raz przyjaznym, raz mdłym. Wszystko pod peleryną cukierkowo-rozrywkowej powierzchowności.

Dyskusja