Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Drapy i visy godne pierścienia – recenzja książki „Skald. Karmiciel kruków”

Łukasza Malinowskiego znałam dotąd przede wszystkim jako autora doskonałej książki „Berserkir i ulfhednar w historii, mitach i legendach”. Bardzo cenię jego publikacje naukowe z zakresu historii wczesnośredniowiecznej Skandynawii, uważam je za jedne z najrzetelniejszych polskich prac w tej tematyce. Dlatego, gdy dotarła do mnie wiadomość, że Malinowski napisał zbiór opowiadań beletrystycznych, byłam zaskoczona (nie spodziewałam się!), a jednocześnie mocno zaintrygowana. Wiedziałam, że gdy tylko „Skald. Karmiciel kruków” pojawi się na rynku, od razu go przeczytam. „Ciekawe, jak jeden z historyków, których naprawdę cenię, odnajdzie się w pisaniu rozrywkowej beletrystyki” – myślałam w oczekiwaniu na chwilę, gdy wezmę do rąk tę pozycję.

Już pierwszy rzut oka na okładkę nastawił mnie do lektury jeszcze bardziej pozytywnie. Zarówno grafika, kolorystyka, jak i czcionka, którą został zapisany tytuł – wszystko to doskonale ze sobą harmonizuje, cieszy oko i wprowadza w specyficzny klimat fabuły opowieści. Generalnie oprawa wizualna to bardzo mocna strona tej publikacji. Ale w końcu nie tylko „szata” zdobi książkę, prawda?

Oczywiście, że nie! Tę książkę bowiem „zdobi” przede wszystkim treść. Tak jak się spodziewałam, realia wczesnośredniowiecznej Skandynawii (i nie tylko Skandynawii! Ale to, co mam na myśli, pozwolę odkryć samym przyszłym czytelnikom.) zostały oddane nie tylko w niezwykle barwny, ale także wiarygodny i rzetelny sposób. Jako osoba żywo zainteresowana historią oraz kulturą tego okresu i rejonu, jestem po prostu zachwycona realizmem świata przedstawionego tej pozycji. Co do tego, że będzie to podstawowym atutem książki Malinowskiego, nie miałam jednak wątpliwości.

Bardziej zastanawiało mnie, jak historyk poradzi sobie z utkaniem sieci fabuły, kreowaniem bohaterów, budowaniem suspensu i czarowaniem czytelników językiem. I w żadnej z tych kwestii także się nie zawiodłam. Wszystkie trzy opowiadania, połączone osobą głównej postaci, które wchodzą w skład tomu, tworzą spójną i harmonijną wizję. Fabuła nie jest przesadnie wyszukana, raczej klasyczna, awanturnicza z wątkami kryminalnymi, ale przy tym niezwykle wciągająca i interesująca. Wartka akcja tych, ściśle ze sobą powiązanych, tekstów potrafi skutecznie przykuć uwagę czytelnika i zatrzymać go na dłuższą chwilę zatopionego w lekturze. Malinowski świetnie poradził sobie także z budowaniem napięcia. Zagadki kryminalne, wokół których toczy się fabuła opowieści, są dobrze przemyślane, a ich rozwiązania potrafią zaskakiwać.

Na szczególną uwagę zasługuje też kreacja głównego bohatera wszystkich trzech opowiadań. Ainar Skald to jedna z najciekawszych, najbardziej żywych i najbarwniejszych postaci literackich, z jakimi ostatnio się zetknęłam. Autor, choć nie wdawał się zanadto w opisywanie jego rysu psychologicznego, nastawił się raczej na snucie emocjonującej opowieści o przygodach skalda, zbudował jego wizerunek z ogromną pieczołowitością. Ainar to jeden z tych protagonistów, których nie sposób nie polubić, pomimo dość podłego charakteru. Warto wspomnieć też o tym, że chociaż opowieść jest osnuta wokół losów jednej postaci i to jej Malinowski poświęcił zdecydowanie najwięcej uwagi, udało mu się zaciekawić mnie również kreacjami bohaterów pobocznych. Bynajmniej nie przedstawił ich jako papierowych statystów – każdy z nich ma swoją osobowość i cechy wyróżniające go spośród tłumu.

Co jeszcze stanowi o wyjątkowości tej książki? Widać tu wyraźnie konwencję sagi, co mnie, jako osobę od lat zaczytującą się w skandynawskiej i anglosaskiej literaturze wczesnośredniowiecznej, bardzo cieszy. Jednak… autor wyraźnie celowo łamie tę konwencję, nie stylizuje swojej opowieści zbyt nachalnie. Ainar to postać nietypowa w tego rodzaju literaturze, a wątki, które pojawiają się w „Skaldzie”, to nie tylko „typowe przygody stereotypowego wikinga”. Takie połączenie mnie osobiście zauroczyło.

A co z językiem? Beletrystyczny styl Malinowskiego okazał się nieco inny niż ten, który znam z (nota bene pisanych bardzo przystępnym językiem) jego publikacji naukowych – i dobrze. Jest zgrabny, żywy i, chociaż ubarwiony mnogością barbaryzmów i profesjonalizmów, łatwy w odbiorze nawet dla laika. Dodatkowo tekst został doskonale opracowany pod względem redakcyjnym. Wszelkie kwestie, które dla osoby nieobeznanej z kulturą wczesnośredniowiecznych Skandynawów mogą być niejasne, są bardzo rzetelnie objaśnione w rzeczowych i wartościowych przypisach. Malinowski zachował także dobrze wyważone proporcje pomiędzy barwnymi opisami a błyskotliwymi, niejednokrotnie budzącymi uśmiech dialogami.

Jedynym denerwującym mankamentem jest dziwna maniera autora, polegająca na przytaczaniu terminologii staroskandynawskiej i od razu tłumaczeniu jej na współczesną polszczyznę nie tylko w narracji, ale także w dialogach. Zaburza to realizm wypowiedzi postaci. Przecież nikt nie mówi w taki sposób: „Sprowadziłeś skömm, hańbę, na mój ród (…)”! (Gdzie skömm oznacza dokładnie „hańba”).

Tę wadę równoważy jednak pewna bardzo ważna zaleta – prawdziwy smaczek, a raczej wspaniały rarytas najwyższej klasy. Poezja skaldyczna autorstwa samego Malinowskiego! Teksty poetyckie, pojawiające się w treści książki, zostały napisane według doskonale odtworzonych zasad, jakimi kierowali się skandynawscy skaldowie. Fenomenalna stylizacja, która powetowała mi wszystkie słabsze strony języka opowieści o Ainarze.

Jeżeli natomiast chodzi o jakość wydania – po raz kolejny mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że się nie zawiodłam. Zawsze ceniłam Instytut Wydawniczy Erica za całokształt ich publikacji. Teraz także nie mogę narzekać. Doskonale dobrana czcionka, nienaganny skład, a i błędów językowych znalazłam śladową ilość. Drobne „ale” mogę mieć wyłącznie do jakości papieru – bardzo cienki i łatwo o przypadkowe przedarcie strony.

Szczególnie zaciekawił mnie natomiast dodatek odautorski – „O religii słów kilka”. Rzeczywiście – w świecie przedstawionym religia przedchrześcijańskich Skandynawów została zaprezentowana w zdecydowanie mało popularnym, ale za to bardzo interesującym świetle. O ile dla mnie podejście autora jest nietypowe, lecz w pełni jasne, o tyle dla czytelnika nie mającego z tymi wierzeniami nic wspólnego wizja Malinowskiego może okazać się dziwna. Pisarz rozwiązał ten problem właśnie poprzez objaśnienia kontrowersyjnych kwestii zawarte w specjalnym dodatku i zrobił to bardzo umiejętnie, opierając się na rzetelnych źródłach i uzasadniając, wyraźnie zaznaczając także, gdzie przebiega granica między jego realną wiedzą historyczną a fikcją literacką oraz z czego wynika ta druga, jakie są jej podstawy.

Niektórym czytelnikom wydaje się, że fikcja literacka osadzona w realiach historycznych może być albo mimetyczna i rzetelna pod względem przedstawienia epoki, ale nudna i zbyt naukowo potraktowana, albo wartka, emocjonująca oraz niesamowicie intrygująca, jednak „przefantazjowana” i mało wiarygodna historycznie. Łukasz Malinowski udowodnił, że wcale niekoniecznie. Dlatego jestem przekonana, że „Skald. Karmiciel kruków” jednocześnie usatysfakcjonuje miłośników i prawdziwych znawców wczesnośredniowiecznej Skandynawii i przyniesie mnóstwo radości czytania osobom nastawionym raczej na ciekawe rozrywkowe opowieści przygodowe. Ja sama natomiast jestem tą książką szczerze zachwycona.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja