Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Komiks w formie powieści? – recenzja książki „Universum. Narodziny”

Seria „Universum” to projekt młodego polskiego fana komiksów o superbohaterach. Autor, ukrywający się pod pseudonimem D.K. Dantez, wpadł na nietypowy pomysł – postanowił przenieść konwencję komiksową na karty tradycyjnej książki. Pierwsza część planowanego większego cyklu, nosząca podtytuł „Narodziny”, to coś w rodzaju powieści pisanej językiem komiksu. Brzmi oryginalnie? Intryguje? Zobaczmy więc, co z tego wynikło!

„Universum. Narodziny” to zbiór dziesięciu opowieści o genezie nowej grupy superbohaterów. Autor już od pierwszych zdań wrzuca czytelnika w wir akcji, przedstawia kolejno wiele postaci, które swoje moce nabywają w bardzo różny sposób i rozmaicie radzą sobie z tą nietypową sytuacją. Każdy wątek historii rozwija się własnym tempem, docelowo zmierzając do połączenia się z pozostałymi. W efekcie losy wszystkich bohaterów splatają się, by dać początek działalności drużyny Ultrangers.

„Bardziej zgrani od Fantastycznej Czwórki.
Silniejsi od Mścicieli.
X-Meni nowego pokolenia.
Ultrangers wkraczają do akcji!”

Jak łatwo się domyślić, fabuła książki jest oparta w znacznej mierze na doskonale znanych, popularnych motywach. Nielegalne eksperymenty genetyczne, grupa astronautów zyskująca supermoce w wyniku zetknięcia z niezidentyfikowanym ciałem niebieskim, nadludzkie umiejętności będące następstwem nieszczęśliwego wypadku, pojawiające się w różnych częściach świata tajemnicze, kosmiczne mutacje, spełniająca się przepowiednia, którą wszyscy doskonale znają, ale nikt nie bierze na poważnie. Pragnienie pomszczenia zamordowanej żony, wymyślna zemsta na dawnym przyjacielu za odbicie dziewczyny, samotna walka ze zorganizowaną grupą przestępczą w celu zapewnienia spokoju i bezpieczeństwa mieszkańcom miasta, przepełniony goryczą właściciel wielkiej korporacji biochemicznej opłacający badania nad nowoczesnymi technikami manipulacji ludzkim umysłem. Ucieczki z baz wojskowych, generał chcący wyeliminować osoby o niezwykłych zdolnościach w przekonaniu, że stanowią one zagrożenie społeczne, powszechny lęk przed innością. To wszystko brzmi bardzo znajomo, prawda?

Mocno zakorzeniona w popkulturze konwencja superbohaterska charakteryzuje się jednak właśnie tym, że jest szablonowa, oparta na powtarzalnych, utartych schematach. Do tego odbiorcy są przyzwyczajeni, a kolejni twórcy korzystają z najbardziej popularnych motywów, modyfikując je nieznacznie na potrzeby własnych opowieści. Dokładnie to samo zrobił i Dantez.

Nie można jednak powiedzieć, że autor w bezczelny sposób papuguje wybitne dzieła gatunku. Owszem, inspiracja nimi jest oczywista i każdy, kto miał choćby w najmniejszym stopniu do czynienia ze znanymi komiksami czy filmami o superbohaterach, szybko odkryje większość zależności, młody pisarz dodaje jednak także sporo własnej inwencji twórczej. Cała ta sieć kalek i schematów przetykana jest – mniej lub bardziej błyskotliwymi – autorskimi pomysłami Danteza. Niektórym z nich trochę brakuje wiarygodności, trzeba jednak przyznać, że są oryginalne.

Doskonale widać, że największą inspiracją twórcy Ultrangers jest Uniwersum Marvela – to z niego pochodzi znaczna większość pomysłów przetworzonych przez twórcę „Universum” – jednak autor przyznaje się do tego bez bicia. Przywołuje co jakiś czas tytuły filmów lub serii komiksowych, które jego bohaterowie świetnie znają i z których sami czerpią pełnymi garściami. Z kilku swoich postaci czyni nawet typowych nerdów, marzących o posiadaniu supermocy i ratowaniu świata na wzór marvelowych ulubieńców.

Bohaterowie są różnorodni i całkiem interesujący, choć po takim medium, jakim jest książka, można by jednak spodziewać się ich dokładniejszych charakterystyk i przynajmniej naszkicowania jakiś rysów psychologicznych. Motywacje postaci są jasne, konkretne i spójne, a sposób ich przedstawienia bardzo prosty i szablonowy. Z powodzeniem da się to wytłumaczyć konwencją superbohaterską, która sama w sobie nie jest pod tym względem szczególnie ambitna i właśnie na schematyczności polega jej urok, oraz „stylizacją na komiks”. Czytelnikowi może być jednak trochę żal, że nie poznaje bohaterów bardziej dogłębnie.

Komiks czy książka?

Najsłabszą stroną książki jest język. Powieść wprawdzie czyta się szybko i bardzo lekko, ale nie sposób uniknąć przy tym także irytacji. Wartka akcje pędzi na złamanie karku, wciąż coś się dzieje, a ok. 80% tekstu stanowią dialogi, dlatego „Universum. Narodziny” to typowa lektura rozrywkowa na jedno posiedzenie, której połknięcie wielu odbiorcom sprawi sporą frajdę. Problem mogą mieć natomiast osoby wyczulone na poprawność językową oraz nieumiejące nabrać odpowiedniego dystansu do tego typu fanowskich projektów. Dla tych czytelników „Universum. Narodziny” najpewniej będzie katorgą nie do przebrnięcia.

O ile samo przeniesienie prostego, ikonicznego, uniwersalnego języka komiksu do formy książkowej jest ciekawym eksperymentem, o tyle już sposób wykonania tego zabiegu pozostawia wiele do życzenia. Z jednej strony utwór Danteza to właśnie taki „komiks bez obrazków” – dużo dialogów, mało opisów, krótkie komentarze, jak np. zaznaczenie czasu i miejsca akcji czy inne „didaskalia”, mnóstwo sztampowych sloganów charakterystycznych dla konwencji superbohaterskiej, z drugiej zaś – wypowiedzi bohaterów zdają się aż nadto infantylne.

Na domiar złego książka wygląda, jakby nie została poddana ani jednej korekcie. Wprawdzie na stronie redakcyjnej wymieniono nazwisko korektorki, jednak trudno uwierzyć, by profesjonalista zostawił tekst w takim stanie, w jakim jest on zaprezentowany. W powieści aż roi się od błędów językowych oraz mankamentów składu, a z interpunkcją poradziłby sobie lepiej przeciętny gimnazjalista. Szkoda, bo to może odstraszyć naprawdę wielu potencjalnych czytelników.

Za atut należy natomiast uznać oprawę graficzną autorstwa Krzysztofa Tarasiuka. Zarówno okładka książki, jak i znajdujące się wewnątrz grafiki odznaczają się estetyką wykonania i zgrabnym minimalizmem. Choć utwór Danteza można by w zasadzie uznać za hybrydę „komiksu bez obrazków” i dość charakterystycznej formy dramatycznej, nie został zupełnie pozbawiony elementu ikonicznego – każdą z części (czy też aktów) rozpoczyna czarno-biała ilustracja przedstawiająca głównego bohatera lub bohaterów danego fragmentu. Grafiki wyglądają na wykonane ręcznie prace w ołówku lub tuszu. Nawiązują do tradycyjnej, prostej kreski konturowej, a ich twórca świetnie operuje perspektywą i światłocieniem.

„Universum. Narodziny” to interesujący eksperyment, a w efekcie – przyjemne rozrywkowe czytadło, które połyka się od razu w całości. Nie powinni po nie sięgać puryści językowi, a czytelnicy oczekujący „czegoś więcej” niż popularna „superbohaterskasieczka” zapewne się rozczarują, książkę jednak warto polecić fanom tej konwencji, a szczególnie ich młodemu pokoleniu. Sądzę też, że pozycja mogłaby przydać się organizatorom różnego rodzaju akcji promowania czytelnictwa – swoją prostą i niewymagającą formą zachęci młodzież do lektury, a jednocześnie pomoże w oswajaniu jej z literaturą.

Ocena: 3/5

Dyskusja