Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ostatnie Bangarang… – recenzja książki „Chłopcy 4: Największa z przygód”

Pachnące papierem strony, idealnie leżąca w dłoni książka, klimatyczne ilustracje i rysunek na okładce, miła dla oka czcionka i szyk zdań to jednak nie wszystko. Liczy się fabuła, bohaterowie, świat… te elementy można znaleźć w środku tego woluminu, jednak gdy ktoś ma już za sobą niemal każdą z pozycji autora, zaczyna doszukiwać się w dalszych dziełach albo powiewu świeżości, albo tego, co wcześniej sprawiło mu najwięcej przyjemności. Jakub Ćwiek z pewnością należy do grona pisarzy innowacyjnych, czerpiących inspiracje z popkultury oraz dziedzictwa narodowego, czego efektem są zazwyczaj nowatorskie projekty, jak cykl „Chłopcy”. Cykl, który zaczął się fenomenalnie, a skończył zaledwie dobrze…

„Chłopcy 4: Największa z przygód” to czwarty i – wierząc słowom twórcy – ostatni tom tej historii, przynajmniej chronologicznie, bo kto wie, czy nie strzeli autorowi do głowy podobna koncepcja (żeby nie było, bardzo ciesząca), jak w przypadku kultowego „Kłamcy”. Za wspomnianą we wstępie doskonałą okładkę wypada podziękować Iwo Strzeleckiemu, autorowi rysunku, natomiast za oprawę wydawnictwu Sine Qua Non, które spisało się na medal (z jednym małym wyjątkiem: najnowsza część odcina się od poprzednich tomów – jest ciut większa gabarytowo, nie szersza a trochę większa, do tego dochodzi jeszcze zupełnie inny odcień bieli, co jest naprawdę denerwujące). Ilustratorem został Rafał Szłapa, spisujący się w tej roli nie najgorzej. Podkreślić trzeba również, że to najokazalszy z dotychczasowych tomów cyklu.

Fabuła zaczyna się mniej więcej tam, gdzie skończyła się poprzednia część. Poszczególne perspektywy Zagubionych Chłopców pokazują, co obecnie się z nimi dzieje. Większość nie odzyskała jeszcze pamięci i pozostaje na łasce Cienia, a Dzwoneczek wraz z Milczkiem próbują na nowo zebrać członków „rodziny”, co zdecydowanie nie jest takie łatwe. Piotruś Pan – dorosły na ciele, ale wciąż infantylny mentalnie – zbiera wokół siebie ekipę, do której udało mu się ściągnąć trzech nieświadomych wcześniejszych wypadków Chłopców. Sam przywódca czeka na rozwinięcie planu Cienia. Ten bowiem obiecał mu przygodę, jakiej nie zapomni. Niestety, przypadłością Wiecznego Chłopca jest chroniczny brak satysfakcji, ponieważ przeżył już wszystko, prócz „największej z przygód”. Jednak to, czy jej podoła, zależeć będzie od paru czynników – od tego, czy Cień pomyślnie zakończy każdą ze swych intryg, tego, czy Dzwoneczkowi powinie się noga w próbie przeszkodzenia mu, oraz tego… czy Piotrusiowi starczy odwagi.

Dwa pierwsze tomy są zbiorami opowiadań, ułożonych raczej chronologicznie, w których linie fabularne są dobrze zarysowane i opowiadają doskonałą, ujmującą historię. Trzeci stanowi już pełnoprawną powieść, podobnie jak czwarty. Patrząc wstecz, w dorobku autora można znaleźć dwie dłuższe formy, którym nie można było nic zarzucić. Niestety, „Największa z przygód” nie poszerza tego grona. Jej największym problemem jest fabuła. Niby spójna, niby pełna życiowej prawdy i emocjonującej akcji, ale pozbawiona tego szczególnego CZEGOŚ, co po przeczytaniu tekstu sprawiłoby, że czytelnik nie mógłby nadziwić się jego wspaniałości. Gdyby ktoś sięgnął po tę książkę przed zapoznaniem się z pozostałą twórczością Ćwieka, stwierdziłby, że to po prostu przyjemna, dobra książka. Jednak znając możliwości pisarza, trzeba otwarcie powiedzieć, że z całego cyklu w tym tomie linia fabularna jest najgorsza.

Jedną z mocniejszych stron pisarza zawsze byli bohaterowie. Zaskakujące, że niemal najmniejszy „pionek” w całej opowieści zapada w pamięć i da się go wskazać w tłumie postaci tła. Ale chociaż trzecioplanowa kadra stoi murem za kreatywnością autora w tej kwestii, to jednak wyłącznie protagoniści stanowią wzorowy przykład dla innych prozaików, jak należy tworzyć udanych bohaterów. Wyraźnie zarysowane sylwetki, indywidualne cechy psychiki i fizycznej aparycji, sposób wymowy oraz zwyczaje sprawiają, że staremu wyjadaczowi tekstów Ćwieka twarz sama się uśmiechnie. Sentymentalnie. Bo coś jest w tych postaciach, coś magnetyzującego, co miał Kłamca. Jedynym problemem jest Piotruś Pan… Adwersarz od początku budowany na niesławnego, okrutnego „złego”, mającego odebrać Chłopcom „coś” (co – tego właściwie też za bardzo nie wyjaśniono, choć oczywiste przesłanki każą powiązać to „coś” z największą z przygód). Piotruś zadebiutował niespodziewanie, w trzecim tomie, i zaczął rozsiewać wokół siebie aurę tajemniczości i swoistego niepokoju. Ale summa summarum, to Cień okazał się większym oponentem. Sam Pan – postać barwna, ambiwalentna – za to… bohaterem całkowicie zbędnym dla fabuły.

Warsztat pisarza rozwinął się przez te dziesięć intensywnych lat literackiej pracy, choć esencja tego Ćwiekowego stylu, charakterystycznego dla pierwszej książki – „Kłamcy” – pozostała. Właściwie to ona sprawia, że mimo iż autor wielokrotnie stara się tworzyć rozmaite wariacje oraz wciąż eksperymentuje, jego prozę nadal pochłania się w rekordowym tempie. Literat nie boi się wulgaryzmów i neologizmów, którymi cały cykl wręcz ocieka, a wypracowane zabiegi, mające zaskakiwać czytelników, ciągle działają. Nie może się też obyć bez wszelakiego komizmu, z wielkim naciskiem na czarny i rubaszny humor. Jednak nie wypada zatuszować faktu, że jeszcze jedna korekta nie zaszkodziłaby książce, bo znalazłoby się tu parę drobnych – oczywiście nie przeszkadzających w odbiorze – błędów.

„Chłopcy 4: Największa z przygód”, wierząc słowom autora, mają być ostatnią częścią, co niespecjalnie wielu cieszy. Otwarte zakończenie, multum niedokończonych wątków pobocznych oraz niewykorzystany potencjał Piotrusia Pana to idealny fundament pod „Chłopców 5”. Bo jeżeli Ćwiek pozostawi to tak, jak teraz… Wielu zagorzałych fanów zapewne się z tym nie zgodzi, pewnie sam autor również, ale tak nie kończy się znakomitego cyklu, który był światełkiem w tunelu dla alternatywnej urban fantasy. Analogicznie to tak, jakby Tolkien skończył „Powrót króla”, gdy Sam i Frodo docierają do Cirith Ungol. Tak się po prostu nie robi. I nie ma odwołań do wyobraźni czytelnika, ponieważ przypomina to brak pomysłu na zwieńczenie historii.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja