Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pieśń strun i miecza – recenzja książki „Skald. Karmiciel kruków”

Zgrzyt mieczy, melodia wojny, błysk złota i surowe krainy rodem z prastarych sag – tym wszystkim przesiąknięta jest niemal każda strona „Karmiciela kruków”, pierwszego tomu cyklu „Skald”. I już po samym tytule czytelnik powinien dojść do wniosku, że nie będzie miał do czynienia z rycerzami w lśniących zbrojach, tylko hardymi wikingami północy. A historie związane z tą profesją zna niemal każdy, i może się domyślać, że tym razem nie będzie to opowieść o skrajnie szlachetnych pobudkach. Krew, zemsta, gwałt – tego należy się spodziewać, sięgając po „Karmiciela kruków”, a jeśli dodamy do tego wartką akcję i przyjemną narrację, wychodzi nam zadziwiająco „smaczny” finał.

Łukasz Malinowski pisząc tę książkę, przelał na papier nie tylko kawał dobrej fabuły – w postaci trzech opowiadań – ale wszystko to, co należało do jego pasji, związanej z nordyckimi krainami i mitologią skandynawską. Jako doktor nauk historycznych i geek średniowiecznej Skandynawii miał szerokie pole do popisu, stworzył więc świat widziany oczami współczesnego tamtym czasom wędrownego poety – skalda – i berserka. Niewątpliwie wiedza, pasja i fantazja pozwoliły literatowi napisać dzieło naszpikowane najdrobniejszymi, wcale doprecyzowanymi detalami związanymi z kulturą i wierzeniami ludów północy. Pokazujące nie tylko sfabularyzowaną wersję historyczną, ale także mistyczno-fantastyczną.

Głównym – a zarazem tytułowym – bohaterem powieści jest niejaki Ainar, ekscentryczny pieśniarz, biegle władający nie tylko sztuką liryki, ale również fechtunku. Wiking, jak na wikinga przystało, nie cofa się przed byle cieniem zapowiadającym awanturę, którą nierzadko sam protagonista wywołuje. Choć ostatnio z własnego widzimisię wywołał maleńką wojenkę. Zasadniczo, nic dziwnego, kiedy ma się usposobienie istnego furiata, nabyty egoizm i cynizm, a przy tym pokaźną dawkę czarnego a rubasznego humoru – z taką mieszanką można daleko zajść… na przykład tuż pod topór kata albo w tłum martwiaków. Względnie do pokaźnego skarbu. Jednak gdzie by Ainar nie trafił, zawsze potrafi poradzić sobie z tarapatami, zaś nieodzowną gwarancją na wykaraskanie się jest paleta rozmaitych umiejętności. Malinowski, choć „Karmiciel kruków” to jego debiut, udowodnił, że może równać się z niejednym tuzem literackiej fantastyki, co niewątpliwie zapewniła mu doskonała konstrukcja bohatera – będącego swoistą hybrydą talentu i wdzięku Jaskra, ponurego humoru i zręczności Geralta oraz cynizmu i egocentryzmu Lokiego, a to wszystko zapakowane w skórę wikinga.

W pewnym sensie „Karmiciel kruków” to strzał w dziesiątkę. Literatura, jakiej na rynku panuje deficyt, dzięki czemu „Skald” z jednej strony zaspokoił ten niedobór, a z drugiej podsycił apetyt na więcej. Natomiast owa proza dodatkowo nie dość, że zachwyca oryginalnością, to w osobliwie wciągający sposób posiada wszystko, czego potrzeba bestsellerowi. Soczysty język, fabuła z niespodziewanymi suspensami, wyraziści bohaterowie i sprawnie wkomponowana w opowieść mitologia skandynawska – utwierdzają czytelnika, że trafił na utwór na najwyższym poziomie.

Jeśli chodzi o historyczne fakty, to nie brak w lekturze waśni jarlów, łupieżczych wypraw czy chrześcijańskich misji, bezowocnie próbujących nawrócić wikingów na wiarę w jednego Boga. Jednak nie to w powieści stanowi najważniejszą część, bo pisarz porzucił sztampę i zabrał się za właściwe ziemie północy, ukazując mroczny świat, przed którym rejza stanowiła swoistą ucieczkę. W domu bowiem czaiły się istoty o wiele groźniejsze niż niedźwiedź, wilk czy sąsiad. Malinowski nie omieszkał postawić na drodze Ainara całego tabunu wymyślnych stworów z nordyckich sag, mieszając tym samym historię z mitem.

Polskiej fantastyce taki zastrzyk świeżości i nowa tematyka były potrzebne. Już nie tylko sama tematyka, ale też problematyka zostały przyjęte z niespodziewaną aprobatą. Dołożyć do tego wszystkiego kilka błyskotliwych aforyzmów, przyprawić miodnym i stylizowanym językiem, a na koniec sfinalizować refleksyjną puentą – i czytelnik wprost nie może się doczekać kontynuacji.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja