Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Postapokaliptyczny deus ex machina – recenzja książki „Sprawa Jontona”

Wyobraźcie sobie przyszłość, w której nie ma roślin ani zwierząt – wszystkie wyginęły w wyniku zaniedbania przez człowieka środowiska naturalnego, przeżyła tylko stosunkowo niewielka grupa ludzi. Ocaleńcy muszą kryć się w specjalnie wybudowanych kopułach, gdyż świat zewnętrzny praktycznie nie nadaje się już do życia, a jedyną żywnością, dzięki której ludziom udaje się przetrwać, są produkty sporządzane na bazie drożdży.

Spróbujcie przenieść się myślami do jednej z takich kopuł. Podzielona jest na dystrykty, z których każdy pełni określoną funkcję, a jego mieszkańcy tworzą odrębną kulturę. Im dalej w głąb budowli, tym bardziej skażone jest powietrze, a obywatele ubożsi i posiadający mniejsze przywileje, ale jednocześnie większą wolność osobistą.
A teraz oczami wyobraźni zobaczcie dystrykt trzeci – jeden z tych zewnętrznych, zamożnych i cywilizowanych, w którym jednak ludność jest bardziej kontrolowana i musi przestrzegać porządku oraz szeregu, z pozoru bezsensownych, przepisów restrykcyjnego prawa. To właśnie tutaj zaczyna się opowieść o Jontonie Marcie, policjancie z tutejszej specyficznej dochodzeniówki, który pewnego dnia otrzymuje do rozwiązania bardzo nietypową sprawę, prowadzącą do niesamowitego odkrycia.

„Sprawa Jontona” Tomasza Dziedzica to minipowieść z pogranicza socjologicznego SF, postapo i kryminału. Autor porusza w niej bardzo bliską współczesnemu czytelnikowi problematykę podziałów społecznych, nietolerancji, ekologii, fanatyzmu religijnego czy uzależnienia od technologii. Pod płaszczykiem prostej opowieści kryminalnej roztacza przed odbiorcą wizję przyszłości, właśnie dlatego przerażającej, że wcale nie wydaje się ona mało prawdopodobna.

Ogromnym atutem książki jest konstrukcja świata przedstawionego – stworzonego skrupulatnie i z dbałością o szczegóły, intrygującego i ciekawie opisanego. Dziedzic w interesujący sposób przedstawia zróżnicowanie społeczne – dla każdego dystryktu tworzy rodzaj odrębnej kultury, a także właściwą dla powieściowej rzeczywistości technologię. Na uwagę zasługują przede wszystkim wątki socjologiczne i religijne. Najbardziej imponującą koncepcją będzie jednak tzw. algorytech, czyli twór konstruktorów kopuły, matematyczno-techniczny plan, samorealizujący się wzór, reagujący na czynniki zewnętrzne (upływ czasu czy przemiany społeczne), według którego działa świat, w jakim żyją bohaterowie „Sprawy Jontona”, będący gwarantem jego funkcjonowania.

Wątpliwości budzi jednak sposób, w jaki autor pcha fabułę do przodu. Główny bohater wydaje się nie mieć własnych motywacji, a jego działania sprawiają wrażenie na siłę ustawionych pod rozwój akcji. Jonton Mart niemal bezrefleksyjnie realizuje plan Tomasza Dziedzica, a jego reakcje są nieprzekonujące, chwilami wręcz sztuczne. Rzeczy, które teoretycznie nie powinny się wydarzyć w świecie, jaki zna, przyjmuje niemal bez wątpliwości, nie wydaje się szczególnie zdziwiony ani przestraszony.

Na uwagę zasługuje język utworu. Także na tym poziomie widać ciekawe zróżnicowanie pomiędzy mieszkańcami różnych dystryktów. W każdym z nich mówi się w inny sposób, a te lokalne dialekty wydają się rzetelnie skonstruowane – odznaczają się cechami charakterystycznymi, własną specyfiką, regułami. Co ciekawe – w świecie pod kopułą wiele słów dobrze znanych współczesnemu czytelnikowi (przykład: fabryka) uznaje się za archaizmy. Zastanawiająca jest tylko nietypowa składnia, jaką posługuje się narrator. Ciężko ocenić, czy jest to zabieg celowy, czy też dziwaczna maniera autora. Irytują natomiast ewidentne niedopracowania stylistyczne. Odbiorca może poczuć się naprawdę idiotycznie, czytając o tym, jak dorosły mężczyzna podczas ważnego, niebezpiecznego śledztwa upada i… „ląduje na pupie”, albo „przybliża buzię” do twarzy ponętnej kobiety, będącej jednocześnie niezwykle ważną personą. Na szczęście takie absurdy nie są częste.

W oczy rzuca się też pewna niekonsekwencja w doborze oprawy graficznej książki. Gdy spojrzy się na okładkę „Sprawy Jontona”, pierwszym skojarzeniem, jakie przyjdzie do głowy wielu czytelnikom będzie steampunk. Na pierwszym planie widać tutaj głowę mechanicznego człowieka w cylindrze oraz mnóstwo trybików, kółek zębatych i innych charakterystycznych dla tej stylistyki elementów. Grafika jest wprawdzie estetyczna i ciekawa, jednak może wprowadzić czytelnika w błąd, gdyż nijak nie harmonizuje z konwencją utworu. Steampunku tutaj zwyczajnie nie ma.

Warto też zauważyć fakt, że wydawca – Novae Res – nie dyskryminuje krótszych utworów. Jest to miłe zaskoczenie w czasach, gdy na rynku wydawniczym najczęściej objętość książki okazuje się istotniejsza niż jej jakość, a niepodzielnie panuje moda na opasłe tomiszcza i niekończące się, ciągnące niczym opery mydlane cykle powieściowe. Oczywiście, to, czy taki utwór trafi w gusta czytelników (i jak szerokiej ich rzeszy), to sprawa dyskusyjna, w końcu niejednokrotnie, czytając recenzje książek fantastycznych, można spotkać się ze sformułowaniem „za krótka” wystosowanym jako zarzut. Osobiście nie zgadzam się jednak z takim podejściem i popieram dawanie od czasu do czasu szansy także minipowieściom czy nowelom, a „Sprawa Jontona” udowadnia, że utwory o mniejszej objętości również mogą okazać się, nawet pomimo niedoskonałości, godne uwagi.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja