Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Prawie jak Han Solo, gdzie „prawie” robi wielką różnicę – recenzja książki „Keller”

Sztandarową ikoną awanturniczej space opery – obok Jamesa DiGriza ze „Stalowego Szczura” – jest Han Solo z „Gwiezdnych Wojen”. Zasadniczo owe postaci wyznaczyły cechy rasowego zakapiora międzygalaktycznego. Marcin Jamiołkowski miał więc niezwykle trudne zadanie, kreując głównego bohatera swej powieści, na tego typu rozrabiakę. Mógł wysilić się na innowację, podejmując wielkie ryzyko, bądź postarać się zaszczepić w protagoniście wszystkie cechy właściwe modelowi takiej postaci. Jak w takim razie poradził sobie autor z historią Kellera w „Kellerze”?

Odległa przyszłość. Ludzkość rozsypana po wszechświecie po tak zwanym Rozproszeniu – wydarzeniu, podczas którego mieszkańcy Ziemi opuścili rodzimą planetę i zaczęli, nomen omen, rozpraszać się i zaludniać nowe układy gwiezdne, tworząc cywilizacje, czasem wrogo nastawione do innych. W takich realiach żyje Ian Keller, przemytnik, podejmujący się zlecenia od Układu Polonusa i Nowego Watykanu (czyli Kościoła katolickiego przyszłości). Właściwie dostał propozycję nie do odtrącenia – jedną z tych, których odrzucenie skutkuje banicją albo natychmiastowym pozbyciem się jednostki. Protagonista, przyjmując zadanie, kierował się również chęcią zemsty na generale Caretu. Owo zlecenie polega na zdobyciu relikwii, skradzionych przez Kościół Pontifexański. Niedługo mają odbyć się obchody Czwartego Tysiąclecia Męki Pańskiej, które wydają się idealnym czasem na wykonanie misji.

Nota z tyłu okładki zapowiada – „Akcja nie zatrzymuje się ani na sekundę (…)”. Po kilku pierwszych stronach można mieć, co do opinii Pawła Majki (autora „Dzielnicy obiecanej” oraz „Niebiańskich pastwisk”), pewne zastrzeżenia, które jednak rozwiewają się po przeczytaniu następnych parudziesięciu kartek. Opowieść staje się barwniejsza wraz z tempem akcji, nowymi wiadomościami o losach bohaterów i tajemnicami, które zostają rozwikłane. Oś fabularna, skupiona na Kellerze, naprawdę wciąga, choć idealna nie jest. W dużej mierze kwestie religijne wychodzą książce na plus. Wielka Schizma, czyli rozłam w tradycyjnej wierze na kilka innych, krystalizujących się jako frakcje sobie przeciwne, to miły smaczek w świecie, w którym ludzka natura nie stała się potulniejsza. Wojna, intrygi, spiski, walka to wciąż element istniejącej od zawsze polityki, przedstawionej w owej powieści w większym formacie.

Bohaterowie, nawet ci ambiwalentni, są dobrze zarysowani. Wprawdzie nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć – prócz lekarza pokładowego, Mykeya, o dość specyficznym usposobieniu – ale stanowią integralną część powieści. Jedyną postacią, która może irytować, jest Beatrix, która niekoniecznie wkomponowuje się w tę historię. Wprawdzie jest kluczową osobą w wątku miłosnym, ale… przecież nie każdy literacki romans musi od razu być udany. Ale o tym nieco później. Na pierwszy plan wysuwa się sylwetka Iana Kellera, kapitana statku Truposz, który para się przemytem i innymi drobniejszymi robótkami. Wracając do wspomnianego Mykeya – trudno nie zauważyć, że jest on co najmniej osobliwy. Jego charakter został skonstruowany, aby wkomponować się w komizm postaci, i miejscami owszem, potrafi przyprawić czytelnika o uśmiech. Acz potrafi też obrzydzić czytelnika. Ale nie trzema bohaterami powieść żyje – po drodze przewija się ich całkiem sporo: od członków załogi przez wojskowych na hierarchach oraz monarsze kończąc. I trzeba przyznać autorowi – kompozycja sylwetek występujących na łamach książki wyszła mu brawurowo. Zwłaszcza, że niektórym wcale często tej brawury nie brak. I tu jest drobna wada – protagonistom zdecydowanie za lekko się żyje jak na awanturników. Wychodzą zazwyczaj z opresji bez szwanku, przez co cała kompozycja traci na autentyczności.

Czego można się więc spodziewać po warsztacie Jamiołkowskiego? A tego, że napisał opowieść całkiem znośnym językiem, niewyszukanym wprawdzie, ale jasnym, zwięzłym i przede wszystkim – zrozumiałym. A i humor jest miłym gościem opowieści, pojawiającym się – podobnie jak suspens – w najmniej spodziewanym momencie, co sprawia, że zbudowane napięcie czasem pryska. I nie jest to bynajmniej wada, lecz wielka zaleta. Kolejną jest rola religii w uniwersum. Niezwykle sprawnie skonstruowana wiara i zmodernizowane cechy poszczególnych rozłamów, wkomponowane w futurystyczne realia fascynują oraz pokazują, że wiele space oper wyzbytych tego aspektu wiele na tym traci. W ramach opowieści występuje także wymieniony już wątek miłosny, który został jednak potraktowany po macoszemu. Gdyby autor go rozbudował, rozwinął, sprawiłby, że fabuła nabrałaby kolorytu, a tak dostajemy pretensjonalną w relacjach damsko-męskich postać kobiety, która cały ten motyw nie tyle niszczy, co sprawia, że jest równie miałki, niedopracowany i kompletnie niepasujący do reszty.

„Keller” stanowi z pewnością ciekawą powieść, wartą przeczytania i sprawiającą przyjemność odbiorcy, lecz nie wnoszącą w sumie nic nowego do gatunku (poza rozbudowanym systemem wierzeń przyszłości – i choćby dla niego wypadałoby się skusić na tę pozycję). Miłym dodatkiem są również nawiązania, odniesienia i wszelakiego rodzaju metafory związane z historią oraz popkulturą Polski, sprawiające, że na pewno niejeden rodzimy czytelnik zapała – już nawet z patriotycznego punktu widzenia – drobnym sentymentem do tytułu. I mimo że sama powieść nie jest specjalnie odkrywcza, to przecież nie znaczy, że jest gorsza, bowiem czasem lubimy zagłębić się w czymś znanym lub podobnym do czegoś, co znamy. A jak napisał Robert Ziębiński w felietonie „Projekt promocji czytelnictwa” – literatura ma sprawiać przyjemność, a „Keller” tę przyjemność niewątpliwie sprawia.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja