Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Przeznaczenie jest wszystkim…” – recenzja książki „Płonące ziemie”

Od lat z niezmiennym zachwytem pochłaniam dobrą beletrystykę historyczną, której akcja jest osadzona we wczesnośredniowiecznej Europie, a Bernard Cornwell to jeden z moich ukochanych twórców tego nurtu. Kiedyś wydawało mi się, że nie jest on w stanie stworzyć drugiego cyklu powieściowego, który dorównałby niezapomnianej Trylogii Arturiańskiej. Trwałam w tym przeświadczeniu aż do czasu ukazania się na polskim rynku Wojen Wikingów, którymi autor po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczył.

Opowieść o Uhtredzie z Bebbanburga wciągnęła mnie już od pierwszego tomu zatytułowanego „Ostatnie królestwo” i rozpoczęła zupełnie nową, fascynującą przygodę z prozą Corwella. Wojny Wikingów to już nieco inny klimat niż „Zimowy monarcha”, „Niszczyciel boga” i „Excalibur”, jednak nowa seria nie ustępuje mojej ulubionej, starszej ani pod względem epickości, ani wciąż doskonałego warsztatu autora. Oba cykle mają też cechy wspólne, znamienne dla prozy Cornwella, jak choćby wspaniałe opisy scen batalistycznych, świetnie prowadzone intrygi, ciekawi, niejednowymiarowi bohaterowie, ponury, surowy klimat okraszony jednak solidną dawką bardzo bezpośredniego humoru oraz nieodłączny motyw konfliktu między starą a nową religią w okresie konwersji.

Instytut Wydawniczy Erica niedawno oddał w ręce czytelników kolejny – już piąty – tom Wojen Wikingów, „Płonące ziemie”, który wciąż trzyma poziom znany z poprzednich części serii, choć pojawiają się w nim chwilami nowe nuty, a główny bohater wydaje się już nieco inny, jakby dojrzalszy, wewnętrznie uporządkowany i bardziej pogodzony z losem.

Wyrd bid ful āraed*

Jest rok 892. Duńczycy nie ustają w swoich próbach opanowania Wessexu – Kraju Zachodnich Sasów. Król Alfred, który do tej pory skutecznie odpierał wrogie ataki, jest już stary, zmęczony i boryka się z coraz poważniejszymi problemami zdrowotnymi, a jego syn Edward to wciąż niedoświadczony młodzieniec bez autorytetu i realnej władzy. Chrześcijańskim Sasom po raz kolejny przychodzi z pomocą pogański Pan Mieczy – Uhtred z Babbanburga, wychowany przez Duńczyków wódz, nadal związany z Alfredem dożywotnią przysięgą. Losy głównego bohatera jednak znów się komplikują – kolejna rodzinna tragedia i intrygi knute przez dworskie duchowieństwo na nowo rozbudzają w nim wewnętrzną walkę pomiędzy poczuciem obowiązku i honorem a potrzebą odzyskania wolności i odbudowania dawnych więzi, a przede wszystkim marzeniem o odzyskaniu utraconej ojcowizny. Uhtred, jak to Uhtred, znów podąża za głosem serca. Ale gdzie tym razem go on zaprowadzi? W jakie nici na sieci przeznaczenia wplączą go Norny?

Świat przedstawiony Wojen Wikingów to rzeczywistość bardzo realistyczna, brudna i surowa, w której panuje ponura, jednak nie przytłaczająca atmosfera. Autor snuje swoją opowieść z olbrzmim rozmachem, tworzy iście epicką narrację i doskonale łączy konwencję heroiczną z filozoficznymi rozważaniami na temat natury ludzkiej, prawideł rządzących wojną czy mechanizmów funkcjonowania religii. Cornwell to także mistrz opisów scen batalistycznych – rozgrywające się na kartach powieści walki, od pojedynków aż po wielkie, skomplikowane bitwy, zachwycają i trzymają w napięciu. Dodatkowym atutem są natomiast błyskotliwe, żywe i bardzo naturalnie brzmiące dialogi.

On żyje!

Uhtred to bohater niejednoznaczny. Z jednej strony nie sposób nie darzyć go ogromną sympatią – głównie dzięki doskonałej, pierwszoosobowej, gawędziarskiej narracji. Z drugiej zaś czytelnikowi może być czasem trudno pojąć jego motywacje, zmieniające się jak w kalejdoskopie wraz z każdym znaczącym zwrotem akcji. Myśli tej fikcyjnej postaci żyją własnym życiem, decyzje Uhtreda mogą często wydawać się nie do końca logiczne, a niejednokrotnie nawet irytować odbiorcę, który bezwiednie zaczyna kłócić się z ulubionym bohaterem, obrzucać go niewybrednymi wyzwiskami, przeklinać, przekonywać do zmiany postanowień, przemówić mu do rozsądku. Czy to źle? Ależ nie! Bardzo dobrze! Dzięki temu Uhtred wychodzi poza karty książki i zaczyna żyć. Niewielu pisarzy potrafi wykreować postać wzbudzającą w czytelniku tak silne emocje i osiągnąć tak niesamowity efekt.

Między historią a fikcją

Czy „Płonące ziemie” to tylko gratka dla domorosłych historyków, czy może spodobać się też miłośnikom fantastyki? Sądzę, że lektura jest jak najbardziej odpowiednia dla obu tych grup odbiorców. Z jednej strony powieść historyczna tak naprawdę niewiele różni się klimatem i sposobem obrazowania od przygodowego low fantasy. Z drugiej zaś Cornwell to pisarz świetnie operujący realiami i postaciami historycznymi, pomysłowo i harmonijnie łączący je z fikcją literacką. Autor tworzy powieści stanowiące przede wszystkim znakomitą rozrywkę, jednak mocno zakorzenione w faktach.

Bardziej wnikliwych czytelników, chcących prześledzić dokładniej, jak wizja Cornwella ma się do źródeł historycznych, z pewnością bardzo zaciekawią niezwykle interesujące dodatki – końcowa nota tłumacząca krok po kroku na jakich realnych wydarzeniach i postaciach oparta jest fabuła cyklu i szkic popularnonaukowy autorstwa pisarza „Początki Anglii. Narodziny historii”.

„Płonące ziemie” to kolejny tom doskonałego cyklu powieściowego, od którego trudno się oderwać. Polecam go nie tylko fanom Cornwella czy miłośnikom beletrystyki historycznej. Sądzę, że ta książka, jak i cała seria Wojny Wikingów, trafi w gust znacznie szerszego grona odbiorców. Nad tą powieścią naprawdę na przemian ociera się łzy wzruszenia, wybucha gromkim śmiechem i przeklina siarczyście. Bo opowieść o Uhtredzie z Bebbanburga to przede wszystkim niesamowity wyzwalacz emocji, który z łatwością poruszy nie tylko najwrażliwszych czytelników.

* Przeznaczenie jest wszystkim.

Ocena: 5/5

Dyskusja