Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Hobbit. Bitwa Pięciu Armii”, czyli Bilbo Baggins i Latający Cyrk Monty Pythona

Do tej pory uważałam filmy Petera Jacksona na podstawie prozy J.R.R. Tolkiena za wspaniałe adaptacje tworzone przez artystę naprawdę kochającego tolkienowskie uniwersum. Ciężka praca włożona w przeniesienie Śródziemia na srebrny ekran oraz dbałość o szczegóły zasługują na ogromy podziw. Od samego początku, czyli od powstania „Drużyny Pierścienia” aż do teraz, oczekiwałam z niecierpliwością na każdy kolejny film. Jednak po obejrzeniu ostatniej części „Hobbita” mój entuzjazm opadł. Tym razem mówię Peterowi Jacksonowi – dość.

Wielu z Was zapewne spodziewa się, że zacznę teraz wyliczać wszystkie nieścisłości i rozbieżności wersji filmowej względem oryginału. Otóż nie. Nie zacznę. Doskonale rozumiem prawa, którymi rządzi się adaptacja oraz wiem, na czym polega korespondencja sztuk. Nie wymagam też od żadnego twórcy spełniania oczekiwań związanych z wizją świata przedstawionego wytworzoną przez moją wyobraźnię podczas lektury pierwowzoru. Bo to nie jest i nie ma być moja wizja, gdyż nie ja tworzę to dzieło. Autor adaptacji ma pełne prawo do realizowania własnej, niezależnej wizji artystycznej w swoim utworze.

Co zatem sprawiło, że pięć spotkań ze Śródziemiem w wersji Jacksona (mimo iż w każdym filmie znalazły się rozwiązania, które mi – jako subiektywnemu odbiorcy – niekoniecznie przypadły do gustu) było dla mnie ogromną przyjemnością, szóste natomiast… jedynie zirytowało?

Głównym powodem jest pewne nieprzyjemne wrażenie, któremu nie potrafię się oprzeć. Mianowicie uważam, że Jackson dał się całkowicie porwać trendowi, do którego tendencje (widoczne już w poprzednich filmach) do tej pory we w miarę satysfakcjonującym stopniu hamował. Teraz niestety popłynął z prądem…

W ostatnich latach obserwuję w hollywoodzkich produkcjach ulegającą tendencji wzrostowej dążność do swego rodzaju uniwersalizacji konwencji. Zjawisko to zaczyna sprowadzać się do stanu, w którym, na jakikolwiek „popularny, amerykański film” bym się wybrała, odnoszę wrażenie, że oglądam przez cały czas tę samą „serię”. Nieistotne, jaką tematykę porusza produkcja czy w jaki nurt się ona wpisuje, ani też to, kto jest jej twórcą – zawsze otrzymuję tę samą, wspólną, ogólną konwencję, zabijającą unikalność dzieł i niezależność światów przedstawionych.

W „Bitwie Pięciu Armii” Śródziemie Jacksona zachowało piękno malowniczych krajobrazów, niezwykle zgodnych z moją własną wizją ukazywanych miejsc, wspaniałe kostiumy i mistrzowską muzykę. Także kreacje większości postaci wciąż wypadają doskonale – Jackson potrafi nadać bohaterom wyrazisty, intrygujący rys psychologiczny. I wszystko byłoby świetnie, gdyby tego niesamowitego tolkienowskiego klimatu, w jaki reżyser umiejętnie wprowadza widzów, nie zabiło przesadne (tym razem już naprawdę przesadne!) i chaotyczne nagromadzenie absurdalnych gagów.

Film od początku do końca naszpikowany jest obrazami przywodzącymi na myśl grę komputerową lub kinowe uniwersum Marvela. Niestety, nie zachwyciły mnie. Powiem więcej:

każdorazowo mordowały z premedytacją charakterystyczny patos i tę specyficzną podniosłość oraz ekspresyjność, które ceniłam dotąd w jacksonowskich adaptacjach książek Tolkiena. W tych momentach cały tolkienowski klimat gdzieś odpływał, a moje emocje nagle opadały. Ilekroć jakaś scena wzruszyła mnie, zaczynała już wyciskać z oczu łzy, napawała niepokojem lub wywoływała zachwyt – zostawała zepsuta niefortunnym, zupełnie niepasującym do jej podniosłego nastroju gagiem. Taka konwencja oczywiście ma swój urok. Ale w produkcjach Marvela, nie zaś w realiach Śródziemia.

Jako widz czułam się przerzucana bezwładnie z miejsca w miejsce, na tyle szybko i chaotycznie, by przypadkiem moje emocje nie zdążyły się uwolnić i by żadna scena nie zdołała do końca mnie porwać. Od czasu do czasu zdarzał się jednak suspens – szkoda tylko, że najczęściej w chwilach zupełnie chybionych, w momentach, które wcale mnie nie poruszały.

Humor Jacksona nie zawsze mnie bawił. W adaptacjach „Władcy Pierścieni” chwilami irytował prostactwem, sztucznością i nachalnością, jednak wszystko to mieściło się jeszcze w jakiś sensownych granicach. W dwóch pierwszych częściach „Hobbita” typ poczucia humoru już bardziej do mnie trafiał, stał się – w moim mniemaniu – bardziej fortunny, mniej prostacki, a za to zabawniejszy, bardziej figlarny, filuterny, wprowadzał atmosferę naturalnej wesołości. W „Bitwie Pięciu Armii” wrócił do stanu z „Władcy Pierścieni”, tyle że w formie dodatkowo przejaskrawionej, bardziej uporczywej, ocierając się już o granice absurdu, a chwilami wprost je przekraczając. Kilkakrotnie złapałam się na tworzeniu we własnej głowie wizji konferansjera w meloniku, entuzjastycznie wykrzykującego: „Panie i Panowie, przed wami Bilbo Baggins i Latający Cyrk Monty Pythona!”.

Nieodłącznym elementem „uniwersalistycznej hollywoodzkiej konwencji” jest także „wciskanie wątku romansowego tam, gdzie go nie ma”.

Już podczas oglądania poprzednich filmów ten zabieg budził moje poważne wątpliwości. W „Bitwie Pięciu Armii” tylko się one potwierdziły. Powodem takiego nastawienia nie było wcale to, że platoniczna miłość między elfem i krasnoludem jest dla mnie mezaliansem nie do przyjęcia, ale ogólna jakość tego wątku. Daleko mi do fanatycznego obrońcy zgodności z pierwowzorem, akceptuję nawet najbardziej wywrotowe i dziwaczne wizje autorskie, pod warunkiem, że czemuś konkretnemu służą. Ten – w moim odczuciu – nie służył niczemu, poza tym, że „w filmie romans obowiązkowo musi się pojawić”. Nie poruszał mnie i nie miałam poczucia, że jest w jakikolwiek sposób integralny i konieczny. Jeżeli miał w założeniu udramatyzować fabułę, uważam to za zbędny i naciągany element – równie dobrze można się było w tym celu posłużyć wieloma innymi motywami, przecież nie tylko motyw romansowy może wzruszać. Sprowadzanie widza do poziomu człowieka, który nie jest w stanie silnie przeżywać wraz z bohaterami innych emocji i innych relacji, więc koniecznie trzeba dać mu romans, odbieram jako jawny brak szacunku dla odbiorcy. Można się było tutaj posłużyć choćby miłością braterską łączącą krasnoludów, relacją rodzic-dziecko czy władca-poddany wśród elfów, wątkiem przyjaźni, lojalności, albo po prostu wprowadzić odpowiednio wyraziste porozumienie między przedstawicielami zwaśnionych ras. Czekałam, zastanawiając się, czy pomysł jakkolwiek się obroni, teraz zaś stwierdzam, że efekt okazał się zwyczajnie ckliwy i naiwny.

Film dobiło natomiast notoryczne łamanie praw fizyki. Jedna z moich znajomych bardzo trafnie określiła swoje odczucia wywołane tymi zabiegami. Jej komentarz brzmiał mianowicie: „Miałam ochotę wstać i wyciągnąć transparent z napisem <<Oddajcie Śródziemiu grawitację!>>.”. Przytaczam jej słowa, gdyż sama nie byłabym w stanie ująć tego trafniej.

Wniosek z tych rozważań nasuwa mi się tylko jeden. Nie do wszystkiego pasuje ta sama konwencja. Światy przedstawione poszczególnych dzieł mogą tak bardzo się od siebie różnić, że jakiekolwiek próby uniwersalizacji konwencji zabijają ich oryginalność, specyfikę i własny, odrębny charakter. Dlatego ja, jako odbiorca, kategorycznie się przeciw takim zapędom buntuję.

Ocena: 2/5

Dyskusja