Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Andrzej Wardziak – Siódma dusza – fragment

Rozdział 3

— BĘDZIEMY ZA JAKIEŚ PÓŁ GODZINY. Chyba — powiedział do Adama Marcin na odchodnym.
— Okej, spokojnie. Nie spieszcie się.
— Jak coś, to dzwońcie.
— Dobrze, mamo — stwierdził złośliwie Adam. — A co ma się dziać?
— Nie wiem, tak mi się powiedziało — z uśmiechem odparł Mar-cin i zamknął drzwi.
— Masz latarkę? — zapytał Tymek.
— Mam. — Marcin zaświecił koledze prosto w twarz. — O, na-wet działa! — dodał z uśmiechem.
Tymek zasłonił oczy rękami i puścił pod adresem Marcina serię przekleństw. Marcin ruszył kamienną ścieżką prowadzącą nad jezioro. Noc była cicha i zimna. Co jakiś czas delikatny wiatr wprawiał w drżenie śpiące drzewa; wyrażały swój protest przeciwko ingerencji ludzi szumem niezliczonych liści. Po niebie płynęło niewiele chmur, co jakiś czas zasłaniających księżyc. Chłodne powietrze sprawiało, że oddychało się przyjemnie i człowiek od razu zaczynał się czuć lepiej, nawet jeżeli wcześniej wcale nie czuł się źle.
— Daleko to jest? — zapytał Tymek.
— Będzie z dwieście metrów. Może trochę więcej — odparł Marcin.
Nadia szła, trzymając Tymka za rękę. Każdy z nich co jakiś czas pociągał łyk piwa. W końcu po kilku minutach niespiesznego marszu ujrzeli wodę — czarną, nieprzeniknioną taflę, rozciągającą się na powierzchni kilkuset metrów kwadratowych. Podeszli do zbiornika.
Nadia jako pierwsza weszła na pomost, a Tymek za nią. Marcin został na brzegu.
— Uważaj, nie poślizgnij się — poprosił Tymek, mimo że trud-no byłoby się poślizgnąć na czymś, co jest suche.
Nadia odwróciła głowę i posłała chłopakowi delikatny uśmiech.
— Spokojnie. Nie utopię się — powiedziała i ruszyła w kierunku końca pomostu.
Na te słowa Marcin aż się wzdrygnął. Alkohol powoli zaczynał szumieć mu w głowie, toteż chłopak odczuwał delikatne problemy z utrzymaniem swojej fantazji na wodzy. To przecież TO jezioro. Tutaj go znalazła sprzątaczka, która nie mogła dostać się do domu.
Zaczął wyobrażać sobie wuja dryfującego na spokojnej tafli jezio-ra. Unoszące się powoli ciało, rozpostarte ręce i twarz skierowaną w stronę mulistego dna. Kolejna scena przedstawiała Antoniego Mo-stowskiego wyłowionego przez policyjnych płetwonurków. Zobaczył jego nabrzmiałe, opuchnięte ciało leżące na wilgotnej ziemi. Białą skórę namoczoną i pofałdowaną do granic możliwości, wyżarte przez ryby oczy. Glony i wodorosty oplatające jego sine palce i ręce. Starał się odpędzić te myśli, lecz one ewidentnie nie zamierzały tak łatwo go opuścić.
Nagle głowa wuja skierowała się w stronę Marcina. Poczuł, jak serce zaczyna mu walić w piersi co najmniej trzy razy szybciej niż normalnie. Chłopak wiedział, że puste oczodoły jakimś cudem są skierowane prosto na niego. Czuł przenikający go wzrok wuja, cho-ciaż ten nie miał czym patrzeć. Usta topielca rozchyliły się, zalewając jego ciało i krótką brodę brudną, mulistą wodą. Wuj uśmiechnął się do Marcina. Chłopak starał się odwrócić, przestać patrzeć, ale nie mógł. Jakby ta scena na siłę wdarła się do jego głowy i przejęła nad nim kontrolę. Z ust trupa zwisały kawałki glonów.
— Chodź do mnie — powiedziało coś, co kiedyś było jego wu-jem. Głos był nienaturalny, zimny i jakby dochodzący z tyłu głowy Marcina. Wcale nie przypominał głosu jego wuja. W rytm słów woda bulgotała, tworząc niewielkie bąble. — To nie jest takie złe. Niedługo sam się przekonasz. — Trup skinął ręką, aby chłopak się zbliżył.
Marcin postawił pierwszy krok w stronę leżącego ciała. Jakaś część jego świadomości wiła się i krzyczała, starając się oswobodzić z łańcuchów, jakimi została brutalnie spętana.
— Bliżej — namawiał go topielec.
Szedł dalej. Nie chciał, ale coś mu kazało stawiać stopę za stopą. Stracił kontrolę nad własnym ciałem. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak skrajnie przerażony. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje mu serce. Gdzieś w głębi siebie na to liczył, aby tylko nie zbliżyć się jeszcze bardziej do zwłok. Jednak szedł dalej.
Ponowny uśmiech zagościł na twarzy wuja. Wyraźnie cieszył się na spotkanie ze swoim siostrzeńcem. Marcin dopiero teraz poczuł odrzucający fetor topielca. Wszystkie gazy, jakie skumulowały się w gnijącym trupie, wydostały się na wolność. Zawartość żołądka chłopaka podeszła mu do gardła. Zaraz zwymiotuję — pomyślał. Jednak wiedział, że i tego może nie być w stanie zrobić.
— Jeszcze bliżej. Powiem ci coś na ucho — ponownie zabulgo-tał topielec.
Teraz z bliska widział, jakie zmiany zaszły w jego ciele przez czas spędzony pod wodą. Widział czarne zęby, ciemnosiny język, z którego odpłynęła cała krew. Przez puste oczodoły przebijała się biel kości, połyskująca w świetle księżyca. Trup wyciągnął rękę w stronę chłopaka i złapał go za nadgarstek. Marcin poczuł lodowate zimno paraliżujące całe ramię. Próbował się wyrwać, chciał krzyczeć, ale nie mógł. Włożył w to całą swoją wolę, ale i tak nieubłaganie przybliżał swoją twarz do twarzy umarlaka. Po chwili ich głowy znalazły się na tej samej wysokości. Teraz usta wuja rozchyliły się i wypowiedział:
— Idziesz ze mną.
Marcin poczuł, jak coś gwałtownie go ciągnie.
— Marcin! — krzyknął Tymek, ciągnąc go za ramiona. — Stary, pojebało cię?
Dopiero teraz Marcin uświadomił sobie, że wszedł po uda do wody. Poczuł przenikliwe zimno rozchodzące się po całym jego ciele. Spojrzał przerażonymi oczami na kolegę.
— Marcin, ej! — powiedział Tymek, machając mu przed oczami ręką. — Kontaktujesz?
— Tak, sorry. Jestem. Dzięki — odpowiedział półprzytomnie Marcin.
— Co ci odwaliło? Wyjdź z tej wody — poprosił Tymek i zaczął wyciągać Marcina na brzeg. — Stary, wołałem cię, a ty nic. Po prostu puściłeś piwo i szedłeś przed siebie jak zahipnotyzowany.
Marcin milczał. Cały czas nie wiedział, co powiedzieć. Nie rozu-miał tego, co mu się przed chwilą przydarzyło. Nie chciał zrozumieć. Pragnął jedynie, żeby to się skończyło, żeby przestały się dziać z nim te dziwne rzeczy. Wrażeń jak na jeden wieczór miał aż nadto.
— Nie wiem, co się stało. — Tymek milczał, z zaciśniętymi ustami patrząc na kolegę. — Naprawdę, nie wiem.
— Jezu — dotarł do nich głos Nadii. — Czemu stoicie w wodzie? — zapytała zaskoczona, idąc w ich stronę pomostem.
— Marcin się potknął i wpadł do wody — wydukał Tymek. Sta-rał się, aby jego głos brzmiał pewnie, lecz zupełnie mu to nie wyszło. Brzmiał bardziej jak chłopak, który chce ukryć ściągę na klasówce, mimo że doskonale zdaje sobie sprawę, że go złapano.
Nadia milczała. Stała i tylko przyglądała się im przenikliwym wzrokiem, próbując dostrzec prawdziwy powód dziwnego zachowa-nia.
— Zamyśliłem się i potknąłem się o kamień na brzegu — wy-krztusił z siebie Marcin.
— Okej. — Nadia w końcu kiwnęła głową. — Może lepiej już chodźmy do domu, bo zamarzniecie.
Tymek pomógł wyjść Marcinowi z wody. Kiedy stanęli na brzegu, upewnił się, że jego przyjaciel może stać o własnych siłach. Jak tylko Nadia odwróciła się w stronę jeziora, Tymek natychmiast wyszeptał do Marcina:
— Nie wiem, co ty odpierdalasz, ale nie rób tego więcej, jasne?
— Stary, przecież ci mówię…
— Nieważne. Po prostu się pilnuj.
Marcin kiwnął głową. Nie rozumiał, skąd takie agresywne zacho-wanie u kumpla. Co zrobił źle? Przecież nie wlazłby do wody na własne życzenie. Niemniej, nie zamierzał się teraz spierać. Gdyby nie Tymek, wolał nie myśleć, jakby to się skończyło.
— Spoko. To zostanie między nami — dodał na złagodzenie sy-tuacji Tymek.
— Dzięki. — Marcin pokiwał mu głową.
Wreszcie ruszyli w stronę domu, Nadia szła na końcu, zatopiona w myślach. Nie uzmysławiała chłopakom, że ich bajeczka z potknięciem się była zbyt infantylna, aby ktokolwiek, kto jest choć odrobinę spostrzegawczy i widzi więcej niż czubek własnego nosa, w nią uwierzył. Po pierwsze, na plaży nie było nawet jednego kamie-nia. Po drugie, jak człowiek potyka się i wpada do wody, to robi przy tym niemały hałas. Tymczasem panowie stali spokojnie, jakby weszli do wody, aby się zwyczajnie odlać. Tak czy inaczej, Nadia miała swoje przypuszczenia, ale jeszcze to nie był odpowiedni czas, żeby dzielić się nimi z pozostałymi.
Parę minut później byli już w domu. Marcin wszedł pierwszy. Był tak zmarznięty, że chwilowo zostawił savoir-vivre w kieszeni prze-moczonych jeansów. Zrzucił z nóg mokre buty i, zostawiając za sobą śliskie ślady, poszedł w stronę łazienki, a Tymek za nim, jakby chciał go przypilnować.
Nadia natomiast powiesiła spokojnie płaszcz i udała się do kuchni. Automatycznie skierowała się w stronę lodówki i wyciągnęła z niej otwartą butelkę. Czuła pulsowanie w skroniach, delikatne szumienie i coś jeszcze, ale zdecydowała się uciszyć wszystkie pozostałe głosy przy pomocy czerwonego wina. Może tym razem jej się uda — pomyślała. Nie była pewna, czy szum był spowodowany wizjami, czy alkoholem. Tak czy inaczej, miała zamiar utopić wszystko w kieliszku.
Gdy zamykała lodówkę, zatrzymała wzrok na oknie. Tym samym, w którym wcześniej Marcin zobaczył odbicie swoich rodziców, jed-nak dziewczyna zobaczyła w ciemnym odbiciu tylko swoją twarz. Bała się, że jak odwróci głowę, to zobaczy rodziców Marcina stoją-cych na korytarzu.
Wzięła głęboki wdech, nieświadomie zacisnęła palce na butelce z winem i się odwróciła.
Na szczęście korytarz był pusty. Dzierżąc butelkę w ręku niczym broń, ruszyła w stronę salonu. Usiadła na fotelu i nalała sobie kolejną lampkę. Z głośników dalej sączyły się klasyczne już teraz riffy Red Hotów. Nadia pozwoliła otulić się muzyką.

Dyskusja