Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Apokalipsa symfoniczna – recenzja książki „Stacja Jedenaście”

„Nigdy więcej internetu. Nigdy więcej serwisów społecznościowych, nigdy więcej przewijania przez długą litanię marzeń, rozedrganych nadziei, zdjęć jedzenia, błagań o pomoc, wyrazów radości, statusów związków z ikonką złamanego albo całego serca.”*

Zaczęło się w Gruzji, gdzie nowy, odporny na antybiotyki szczep grypy zbierał swoje zabójcze żniwo. Potem, korzystając z dobrodziejstw globalizacji, wirus zaczął rozprzestrzeniać się na cały świat. W kilka tygodni wyginęła większość ludzkości. Cały znana wcześniej rzeczywistość rozpłynęła się niczym sen o poranku. Na Ziemi pozostały odporne na działanie choroby niedobitki. Nowa rzeczywistość oznacza cofnięcie cywilizacji o kilkaset lat. Po wymarłych pustkowiach porusza się jednak kulturowy ewenement – Wędrująca Symfonia – grupa muzyków i aktorów, którzy niestrudzenie przemieszczają się od osady do osady i dzielą się z ludźmi… pięknem muzyki i sztukami Szekspira. Do wędrownej trupy należy Kirsten Raymonde, która w momencie wybuchu pandemii była małym dzieckiem. Jej wspomnienia sprzed tragedii są wyjątkowo mgliste. Symfonia jest dla niej jak rodzina. Niedługo jednak przyjdzie im stanąć przed najtrudniejszym wyzwaniem, kiedy na swojej drodze spotkają wyjątkowo niebezpieczną sektę, na czele której stoi tajemniczy Prorok. Czy bohaterom uda się uniknąć niebezpieczeństwa? Czego Kirsten dowie się o swojej przeszłości? I jaki związek mają z tym wszystkim tajemnicze komiksy science fiction o wspólnej nazwie „Stacja Jedenaście”?

Książkę kanadyjskiej autorki określić należy jako zaskakującą. Początkowo powieść wydaje się być szokująco prosta i lakoniczna, by wraz z upływem stron stawać się wyjątkowo wciągającą. Zacznijmy jednak od początku. Wiele dzieł poświęconych apokalipsie i upadkowi cywilizacji opiera się na schemacie, gdzie najpierw niebezpieczeństwo jest bagatelizowane, a potem – nagle – następuje seria przerażających wypadków, przez które narrator przeprowadza nas za rękę niczym przewodnik, skupiając naszą uwagę na co bardziej interesujących wydarzeniach. „Stacja Jedenaście” zaczyna się natomiast bardzo prosto. Krótki wstęp, w trakcie którego obserwujemy „Króla Leara” wystawianego na deskach teatru w Toronto. W trakcie przedstawienia umiera na zawał główny aktor, co rodzi zamieszanie, na stronach pojawia się mnóstwo nazwisk i lakonicznych dialogów. A już dosłownie parę chwil później lądujemy w upadłej rzeczywistości. Trzeba to powiedzieć na wstępie: książka nie jest studium upadku. Nie będzie dane czytelnikowi od początku oglądać rozpadu norm społecznych i rozkładu znanej nam cywilizacji. Bardzo szybko przenosimy się do obozu Wędrującej Symfonii. Są czytelnicy, którzy w tym momencie mogą poczuć się lekko odrzuceni. Należy jednak zachować cierpliwość. Pomimo że autorka w bardzo krótkim odstępie czasu rzuca sporą ilością nic niemówiących nam nazwisk, to w trakcie rozwoju fabuły coraz więcej elementów scenariuszowej układanki zaczyna przybierać logiczny kształt. Znamienne jest to, że co chwila wracamy do czasów sprzed pandemii i obserwujemy losy poszczególnych bohaterów. W „Stacji Jedenaście” przeszłość płynnie łączy się z teraźniejszością, a czytelnik coraz mocniej zagłębia się w świat przedstawiony i z coraz większym zapałem pochłania kolejne strony.

Jednak nawet najlepsze zabiegi narracyjne byłyby jedynie pustą formą bez wyrazistych bohaterów. W „Stacji Jedenaście” główną bohaterką jest wspomniana wyżej Kirsten. Postać bardzo tajemnicza, o przeszłości zamazanej przez tragedie. Jej ucieczką od rzeczywistości stała się Symfonia, co coraz łatwiej zauważyć, czytając każdą kolejną stronę. W ogóle cała artystyczna ekipa wygląda na taką, która nie może bez siebie żyć. Chociaż, tak jak w każdej grupie, zdarzają się niesnaski i swary. Inną ważną postacią jest Arthur Lisander – aktor grający Leara w trakcie feralnego przedstawienia. Jest on jakby magnesem dla wszystkich postaci fabularnych, co może wydawać się dziwne, ponieważ nie było mu dane wziąć udziału w wydarzeniach, po których rozpadła się cywilizacja. Mówiąc o bohaterach, nie można nie wspomnieć o Proroku. To właśnie za kreację jego postaci autorce należą się szczególne gratulacje, gdyż bardzo długo jego tożsamość pozostaje nieznana i do końca czytelnik musi się zastanawiać, kto kryje się za tym tajemniczym pseudonimem. Jest jeszcze jedna postać, o której wstyd byłoby nie wspomnieć – Miranda, pierwsza żona Arthura. To właśnie ona odpowiedzialna jest za tytułową serię komiksów „Stacja Jedenaście”. Autorce książki udało się tu świetnie pokazać, jak drastycznie mogą się zmienić relacje międzyludzkie. Początkowo wpatrzeni w siebie małżonkowie z czasem coraz bardziej się od siebie oddalają. Ucieczką od problemów dla Mirandy jest jej rysunkowa pasja, w którą przelewa wiele elementów z otaczającego świata. Osobowość bohaterki z biegiem wydarzeń ulega przekształceniu. Można tą postać uznać za przykład, że największe zmiany w naszym życiu nie muszą zachodzić pod wpływem wielkich kataklizmów, ale z czasem przeistaczamy się w kogoś innego przez wpływ naszych bliskich.

Książka, oprócz barwnych postaci, wyróżnia się na tle innych także dwoma motywami –wspominaną co chwila Wędrowną Symfonią, a także zeszytami komiksu „Stacja Jedenaście”. Ekipa grajków jest wyjątkowa nie tylko ze względu na rodzaj granej muzyki, ale też przez to, jakie sztuki teatralne wystawia. Są oni jedną z ostatnich żywych pozostałości po poprzednim świecie. Autorka, umieszczając w rzeczywistości upadku tę egzotyczną grupę, próbuje pokazać czytelnikom, jak ważna jest rola twórczości artystycznej w naszym świecie. To właśnie kultura jest tym, co definiuje nas jako ludzi. Opierając się na abstrakcyjnych wytworach ludzkiej myśli, możemy zachować naszą tożsamość, a czyste piękno zawarte w utworach muzycznych i dziełach teatralnych sprawia, że nawet najciemniejsza codzienność choć na chwilę rozświetla się uśmiechem. Jak głosi hasło wymalowane na jednym z wozów Symfonii: „Samo przetrwanie nie wystarczy”. Komiksy „Stacji Jedenaście” to z kolei element metaforyczny dla całej historii. Ich fabuła opiera się na losach ludzkości, która zmuszona jest opuścić swoją rodzimą planetę i żyć w ciszy kosmicznej pustki na olbrzymiej stacji gwiezdnej. Wśród niedobitków rasy ludzkiej dochodzi do podziału na tych, którzy przystosowali się do nowego życia, jak i tych, którzy tęsknią za Ziemią. Wykreowany i wtłoczony w kadry świat bardzo przypomina ten, w którym bohaterowie głównego wątku muszą codziennie walczyć o przetrwanie.

„Stacja Jedenaście” wyróżnia się na tle innych historii traktujących o apokalipsie tym, jak mało jest w niej przemocy. Oczywiście – ludzie giną, czytamy o bandach, sektach i dzikich pomyleńcach, ale brak tu naturalistycznych opisów, ociekających krwią i flakami. Na pustkowiach Symfonia nie spotka krwiożerczych zombie, wykrzywionych przez działanie promieniowania mutantów czy innych typowych bohaterów dzieł takich jak „Metro 2033” albo „Bastion”.

Książka jest zaskakująca. Jeżeli tylko damy jej czas i dotrwamy do momentu, w którym zamysły autorki się rozwijają, to niepostrzeżnie znajdziemy się w samym sercu wydarzeń, a meandry fabuły staną się dla nas oczywiste i logiczne. Tytuł nie ma przesadnych dłużyzn ani chwil konkretnie wiejących nudą. Tylko w niektórych momentach pisarka zbytnio zagłębiła się w jakieś pseudofilozoficzne rozważania, ale – patrząc na całokształt – nie ma to zbyt dużego wpływu na ocenę. „Stacja Jedenaście” to idealna propozycja dla wszystkich tych, którzy oczekują po lekturze postaci z charakterem i świetnie zaprojektowanej historii.

*Cytat z książki „Stacja Jedenaście” Emily St. John

Ocena: 4/5

Dyskusja