Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bridget Jones w wersji fantasy? – recenzja książki „Magia Ziemi”

Przyciągająca wzrok okładka, wabiąca tajemniczą czerwienią i magnetyzmem kobiecych oczu. Niebanalny tytuł, który obiecuje wiele i rozpala wyobraźnię każdego bibliofila. Intrygujący, nietuzinkowy opis na obwolucie, zachęcający do lektury.

Trójca zapowiadająca wciągającą i niebanalną książkę.

Czy aby na pewno?

Nie oceniaj książki po okładce…

Arcydruidowi Elderowi podrzucone zostaje ludzkie niemowlę. Znaleziona przy nim biżuteria pozwala domyślać się, iż nie jest to byle jakie niemowlę (nie każdy obwieszony jest bowiem złotem). I niby nic nowego pod słońcem – wszak druidom często oddawano dzieci, ale jakby bardziej oficjalnie. Koniec końców dziewczynka (o wdzięcznym imieniu Avea) dorasta, by wreszcie wziąć udział w ceremonii, która wyznaczy jej przyszłą pozycję. Test mocy kwalifikuje ją do roli uzdrowicielki i następczyni przybranego ojca.

Jednak los, który rzuca jej kłody pod nogi od dnia urodzin i przypina jej łatkę tej, której chleb upada zawsze masłem na dół, i tym razem się wtrąca. Dzielna, pyskata i nieustraszona feralna dziewczyna, miast zostać opiekunką Wiecznej Puszczy, zostaje… wcielona do armii. Do pułku trzynastego. Pułku, który jest w zasadzie małą kolonią karną, kierowaną na najbardziej karkołomne misje.

I tyle.

Bo o ile postać głównej bohaterki urzeka, gdyż jest bardzo nieprzeciętna i nie mieści się w ustanowionych przez gatunek ramach, o tyle akcja zdaje się być kalką znanych bestsellerów fantasy, zmieszanych razem w nad wyraz złych proporcjach. Do tego fatalnie dobranych i zbyt dosłownie przeniesionych na nowy grunt…

Spora galeria postaci (a wśród nich istne meandry genetyki i genealogii), szkielet zaledwie zamieszkałego przez nie (jakże urozmaiconego jednak!) świata i brak klarownych wątków sprawiają, że zainteresowanie książką opada po równi pochyłej.

Polacy nie gęsi?

Dziewiętnaście rozdziałów (o tytułach streszczających w zasadzie ich zawartość), spiętych prologiem i epilogiem, który jest tak rozbudowany, że w gruncie rzeczy mógłby być rozdziałem dwudziestym.

Ponad 300 stron magii. Teoretycznie. Bo tak naprawdę magia jest głównie na okładce. W tytule. A potem ubywa jej… w tempie geometrycznym. I niemal w każdy możliwy sposób.

„Aby odpędzić straszny sen
i by w spokoju zasnąć też.
Zaśpiewam ci tę starą baśń,
którą wyszeptał drzewom wiatr.”*

(Dalej aż zęby bolą i nie chodzi wcale o treść, lecz o jej formę).

Już ten niewielki fragment może dać pojęcie o redakcji i korekcie tej pozycji. Niby drobiazg, ale… uwiera. Jak ziarenko piasku pod powieką psuje odbiór piękna zachodu słońca.

Do tego brak synonimów, rażące błędy stylistyczne, zaburzające odbiór treści i wybijające czytelnika z lektury, brak spójności pozycji (m.in. z jednej strony język barokowy, z drugiej zaś – kolokwializmy). Pomieszanie z poplątaniem, aż głowa pęka. Dosłownie. Każdego, kto kocha nasz piękny język i dobrą literaturę, lektura tej pozycji może zaboleć.

A wystarczyły czasami drobne zmiany (przecinek lub kropka), by treść była bardziej zrozumiała. By słowa w pełni oddały ukryty w nich przekaz. Tymczasem niejednokrotnie ma się wrażenie, że całość przeszła przez translator Google…

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem?

Co było powodem? Iluzoryczna opieka wydawnictwa, które nie potrafiło poprowadzić młodej autorki trudną drogą, jaką jest napisanie książki, czy brak czasu redaktora, który nie umiał doradzić, pomóc czy podsunąć odpowiednich rozwiązań? A może to wina korekty, która uznała, że skoro wyżej zatwierdzono, to już nie wnikajmy?
Albo po prostu nikt się nie popisał, bo zabrakło współpracy i komunikacji?

A może wręcz odwrotnie – ingerencja poszła za daleko i zniszczono potencjał, jaki miała ta książka?
Po lekturze czytelnik zaczyna się zastanawiać, jak bardzo samotna i opuszczona musiała być pisarka przez te kilkaset stron. Jak musiało być jej trudno, bo – błyskając humorem w scenkach komediowych – umierała jednocześnie przy wątłych, martwych i płaskich opisach walk.

Do trzech razy sztuka?

Na stronie wydawnictwa nie ma o autorce ani słowa (o przepraszam – są jej oba imiona i nazwisko). O książce jest tyle, co na okładce i w każdej księgarni internetowej. Czyli… nad wyraz niewiele.

I to wszystko. Żadnych wywiadów, żadnych biogramów, żadnych dodatkowych informacji.

Czysty przypadek sprawia, że znajduję wzmiankę, iż to debiut, a efekt finalny znacznie różni się od rękopisu. Że gotowy jest już tom drugi (ani na okładce „Magii Ziemi”, ani na stronie wydawnictwa Novae Res nie znajdziemy nawet tytułu serii!), w którym „akcja się mocno rozkręca”, trzeci powstaje, a autorka… szuka lepszego wydawnictwa.

Czy to choć w części prawda? Mam nadzieję (pozostawiona przez autorkę wyraźna furtka na to wskazuje). Bo szkoda zniszczyć kogoś, kto od ręki tworzy trylogię, której pierwsza część to trzy setki stron. Oby jednak następnym razem pani Grądzka trafiła pod skrzydła kogoś, kto oszlifuje jej talent, a przynajmniej udoskonali kolejne powieści pod względem rzemiosła.

Bo każdy pisarz na to zasługuje, a zwłaszcza debiutant.

* Cytat z książki Anny Małgorzaty Grądzkiej „Magia Ziemi”.

Ocena: 2/5

Dyskusja