Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Co się odwlecze… – recenzja książki „Droga zimnego serca”

… to nie uciecze. I mimo różnych przeciwności losu – jak, na przykład, kradzież rękopisu – nie należy tracić nadziei, bo choć ona umiera ostatnia, to cierpliwość fanów nie jest nieograniczona i może szybko się wyczerpać (to taki mój mały przytyk w stronę George’a R.R. Martina – panie Martin, słyszy pan?).

Na szczęście Glen Cook, autor cenionych przez jednych i wyszydzanych przez innych „Kronik Czarnej Kompanii”, po dwudziestu czterech latach powrócił do swojego drugiego uniwersum, kończąc porzucone wątki (mam nadzieję, że w tym aspekcie Martin nie weźmie przykładu z kolegi po piórze) i serwując swym postaciom zakończenie ich wyboistej drogi. Czy „Imperium Grozy” doczekało się odpowiedniego i spektakularnego finału? Jeśli weźmiemy pod uwagę warstwę wizualną – zdecydowanie tak, bo Rebis stanął na wysokości zadania i całą serię wydał w pięknej szacie graficznej, idealnie komponującej się z wcześniejszym wznowieniem cyklu o Konowale. Natomiast fabularnie… jest różnie.

Fantazja w fantasy

Akcja „Drogi zimnego serca” toczy się krótko po wydarzeniach przedstawionych w tomie „Imperium nieznające porażki”. Cały świat ma dość wyniszczających wojen i nawet potężne Imperium Grozy dąży do wygaszenia wszelkich konfliktów zbrojnych. Król Bragi Ragnarson jest więźniem cesarzowej Mgły i lorda Shih-kaiego, a w odległym Kavelinie królowa z nielicznymi poplecznikami usiłuje umocnić na tronie swego syna. Daleko na pustyni, w Hammad Al Nakirze, Adept stara się wyjść z opiumowego nałogu, gdy tymczasem jego córka sprawuje rządy w królestwie. W zamku Fangdred, czarownik Varthlokkur przygląda się wszystkiemu za pomocą swej magicznej sztuki, obserwując zarówno królestwa, jak i pojedynczych ludzi. I czeka.

Na pierwszy rzut oka fabuła czwartej odsłony cyklu opisana w blurbie brzmi jak przedstawienie najważniejszych wydarzeń jakiejś podrzędnej powieści klasy C. Takie wrażenie może odnieść czytelnik, który nie zna wcześniejszych części serii, dlatego też po tę lekturę należy sięgać tylko po gruntownym zaznajomieniu się z poprzedniczkami. A i tę znajomość lepiej sobie odświeżyć, by nie pogubić się w natłoku wątków i postaci.

Ciemna strona Mocy

Charakterystyczną cechą prozy Cooka jest dobór postaci pierwszoplanowych spośród klasycznych szwarccharakterów. Tak jak w „Kronikach Czarnej Kompanii” kluczową rolę grała Pani, archetypiczna zła czarownica, tak w „Imperium Grozy” naczelne miejsce zajmuje czarnoksiężnik Varthlokkur. Zresztą – o niemal wszystkich postaciach można napisać właściwie to samo: na pewno nie są to ludzie o złotych sercach – prędzej innym, nawet własnym sojusznikom i przyjaciołom, wydrą ten ważny organ dla uzyskania nawet nikłych korzyści.

„Imperium Grozy” od sztandarowego i najbardziej znanego dzieła pisarza odróżnia sposób narracji. Podczas gdy Konował skrzętnie zapisuje relacje z działalności Kompanii, okraszając je humorem i ironią, w „Drodze zimnego serca” i poprzednich tomach lekkości językowej jest jak na lekarstwo. To zdecydowanie poważniejszy i bardziej mroczny cykl, który, pisany dodatkowo w specyficznym stylu Cooka, może zniechęcać do lektury mniej wytrwałych czytelników.

Natomiast nie można odmówić Cookowi świetnego wyczucia w przedstawianiu skomplikowanych relacji międzyludzkich, opartych na tak fundamentalnych podstawach jak uczucia, pragnienie władzy czy religia. Dodatkowo autor wplata to wszystko w eksperymenty z konstrukcją świata (opierającą się na teorii wieloświata) oraz magii (opartej na… fizyce). Czyni to lekturę bardzo interesującą, jednak miejscami zbyt szczegółową i skomplikowaną, co może zwyczajnie nużyć.

Nieubłagany upływ czasu

„Drogę zimnego serca” dzielą od pierwszego tomu („Zapada cień wszystkich nocy” pierwotnie wydany został w 1979 roku) trzy dekady. To sporo czasu, by w literaturze wytworzyły się nowe trendy i nurty. To, co było nowatorstwem ćwierć wieku temu, dzisiaj stanowi już normę. Dlatego postawienie na pierwszym planie postaci negatywnych czy brudne zagrywki już nie szokują i nie dziwią dzisiejszego czytelnika. W dobie prozy George’a R.R. Martina (szczególnie cyklu „Gra o tron”) czy Joe Abercrombiego (nawet jego powieści przeznaczone dla nastoletniego czytelnika są pełne przemocy), powieści Cooka nie są ani odkrywcze, ani szczególnie wyróżniające się. To po prostu dobra lektura dobrego autora.

„Imperium Grozy” jest cyklem przeznaczonym dla zagorzałych wielbicieli fantasy, ale nie z gatunku lekkiej i infantylnej, a raczej mrocznej i brutalnej. Warto go przeczytać choćby tylko dlatego, by poznać nieco inne, ciemniejsze oblicze twórczości literackiego ojca Wolnej Kompanii z Khatovaru.

Ocena: 3/5

Dyskusja