Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dinozaury w erze smartfonów – kinowa recenzja „Jurassic World”

Lato 2015 było istnym wysypem kinowych blockbusterów. Jednym z najbardziej oczekiwanych był wielki powrót filmów o prehistorycznych gadach, czyli „Jurassic World”. Seria zapoczątkowana przez Stevena Spielberga w 1993 roku stała się jednym z klasyków kina nowej przygody, a dinozaury pojawiły się jeszcze na ekranach kin dwukrotnie, ostatni raz w roku 2001. Na kontynuację serii przyszło nam zatem czekać prawie czternaście lat. Czy powrót na Isla Nublar ponownie zelektryzował widownię?

Witajcie po raz kolejny na wyspie dinozaurów! Dawne marzenie Johna Hammonda nareszcie udało się zrealizować: park pełen prehistorycznych gadów jest prężnie działającą atrakcją turystyczną, przypominającą trochę futurystyczny Disneyland. Są pokazy wodne, gdzie zamiast delfinów z wody wyskakuje mozazaur – monstrualnej wielkości potwór morski, zjadający rekiny bez mrugnięcia okiem. Można swobodnie przejechać się po zielonej krainie, już nie w staromodnym zielono-żółtym jeepie, lecz w zdalnie sterowanej szklanej bańce. Właśnie do takiego miejsca przybywa dwójka młodych bohaterów – Zach i Gray (odpowiednio Nick Robinson i Ty Simpkins). Ich rodzice, których małżeństwo nie układa się najlepiej, postanawiają na chwilę oderwać swoich synów od szarej rzeczywistości i wysłać ich do krainy jak ze świata wyobraźni. Chłopacy mają szczęście, gdyż przedsięwzięciem kieruje ich ciotka, wiecznie zapracowana businesswoman Claire Dearing, grana przez Bryce Dallas Howard. To, co z zewnątrz wygląda niczym wyjęte z bajki, od środka nie prezentuje się już tak pięknie. Przychody parku spadają – nawet taka atrakcja jak przywrócone do życia monstra z przeszłości nie są w stanie już dłużej ekscytować turystów. Kierownictwo Jurassic World decyduje się zatem na coś ekstra – zaczyna kombinować z genami dinozaurów, chcąc stworzyć coś tak strasznego, że nawet Matka Natura zamknęłaby oczy. Gdzieś obok tego wszystkiego swoje życie wiedzie Owen Grady (w tej roli rozchwytywany ostatnio Chris Pratt), który uczestniczy w projekcie współfinansowanym przez znaną fanom serii korporację InGen. Projekt dotyczy wytresowania w tajemnicy grupy raptorów, które miałyby zostać wykorzystane przez armię jako broń biologiczna. Spokój na wyspie zostaje jednak nagle zakłócony przez ucieczkę genetycznej krzyżówki, znanej jako Indominus Rex, pragnącej tylko jednego – zabijania.

Trzeba powiedzieć wprost, że produkcja wytwórni Universal jest zbiorem setek wytartych klisz. Jest tutaj dwójka niesfornych nastolatków, pragnących wyrwać się spod kurateli dorosłych i zajrzeć właśnie w te miejsca,

gdzie jest to najbardziej zabronione. Są źli naukowcy myślący, że mogą bezkarnie bawić się w Boga i dowolnie kreować życie. Wiecznie zapracowana Claire i porywczy Owen Grady to klasyczny przykład ekranowych antagonizmów. Reżyser Colin Trevorrow nie dodał do swojego obrazu czegoś zaskakującego, co sprawiłoby, że fabuła pozostawałaby na dłużej w głowie. Niestety, taka ilość powtarzalnych do bólu schematów sprawia, że scenariusz jest jednym z najsłabszych elementów „Jurassic World”. Dodatkowo razić może kiczowatość i naciąganie niektórych scen. Chociażby pierwsza z brzegu – Claire Dearing ściąga uwagę tyranozaura za pomocą flary, po czym ucieka przed olbrzymim drapieżnikiem w szpilkach. Absurd tej sytuacji wyłapali nawet Amerykanie, bowiem w jednym z odcinków programu „The Late Late Show” prowadzący kazał założyć buty na obcasie Chrisowi Prattowi i spróbować powtórzyć wyczyn postaci z filmu. Próba biegania w szpilkach w wykonaniu znanego aktora zakończyła się gromkim śmiechem publiczności. Pragnę tylko przypomnieć, że w pierwszej części tyranozaur był zdolny dogonić pędzącą terenówkę. I takich scen – niestety – jest więcej. Tym, co ratuje „Jurassic World” w kwestii merytorycznej, a co może spodobać się zwłaszcza fanom serii, są liczne odniesienia do poprzednich części. Wraz z nowymi bohaterami zawędrujemy z powrotem do budynków pierwszego parku, charakterystyczne gogle znowu rozświetlą ciemność, a czerwona flara ratunkowa ponownie posłuży jako fantastyczny wabik.

Film to w całości kino przygodowe, stworzone na nowoczesną modłę. Nie ma mowy o elementach grozy niczym z pierwszej części, gdzie młodszy widz naprawdę mógł niejednokrotnie podskoczyć w trakcie seansu (stwierdzam na własnym przykładzie). W „Jurassic World” jedynym straszakiem są wyskakujące znienacka raptory, ale nie są to zbyt wyrafinowane metody doprowadzania widza do palpitacji serca. Oczywiście w scenariuszu jest mnóstwo gagów i komicznych sytuacji,

co upodabnia trochę produkcję Universal Pictures do tych ze stajni Disneya – chodzi mi konkretnie o ekranizację marvelowskich komiksów z superbohaterami w roli głównej. Jest trochę śmiesznie, trochę poważnie, dokładnie tak jak w przygodach Iron Mana czy Thora. O warstwę humorystyczną dbają przede wszystkim wspomniana para Grady – Dearing, ale niemałą rolę odgrywają również Jake Johnson jako Lowery i Lauren Lapkus jako Vivian, czyli pracownicy parku. Pierwszy z nich to typowy nerd komputerowy, zakochany w dinozaurach, o czym świadczą stojące koło jego monitora plastikowe figurki, a także wyświechtana koszulka ze starym logiem parku. Vivian zaś jest typową złośnicą, wytykającą błędy swojemu koledze. Ich wzajemne relacje będą nakręcały czasem mniej a czasem bardziej zabawne gagi. Największym niewykorzystanym potencjałem jest jednak Omar Sy, grający rolę pomocnika Owena Grady’ego (aktor doskonale znany z roli czarnoskórego pielęgniarza z „Nietykalnych”). Omar jest gościem, który jak mało kto zna się na rozśmieszaniu ludzi, a w „Jurassic World” pojawia się na ekranie sporadycznie i jego postać w żaden sposób nie jest zaakcentowana. Wielka szkoda, bo na pewno byłby zdolny popisać się swoim niebywałym talentem.

„Jurassic World” mógłby równie dobrze zostać nakręcony przez Michaela Baya, gdyż efekty specjalne stoją jak zawsze na wysokim poziomie, co obecnie jest już standardem w tego typu produkcjach. Wszelkiego rodzaju eksplozje i wybuchy mile zaspokajają żądzę destrukcji u widzów, natomiast komputerowo stworzone gady wyglądają momentami gorzej niż w oryginale z roku ’93! Tam momentami miało się wrażenie, jakby kamera uwieczniła faktycznie ożywione monstra z prehistorycznego świata. Może było to spowodowane użyciem czegoś więcej niż tylko technologii CGI. Ponownie ważnym elementem budującym klimat jest muzyka (skomponowana przez Michaela Giacchino), która wgniata w fotel klasycznymi motywami z pierwowzoru autorstwa Spielberga. W momentach, kiedy z głośników wydobywa się znana wszystkim symfoniczna kompozycja, trudno powstrzymać się od uśmiechu. Brakuje jednak czegoś świeżego, wybijającego się ponad znane dla serii standardy.

Trzeba to powiedzieć w sposób brutalny – „Jurassic World” jest dziełem przeciętnym. Pierwszy „Park Jurajski” był jednym z fundamentów kina przygodowego, wyznaczającego trendy na lata. Kolejne części serii rozmyły trochę ten obraz, co spowodowało, że na wieść o wejściu gadów kopalnych w nową erę zapaliła się nadzieja na powrót do dawnej chwały. Pokładanej wiary jednak nie udało się urzeczywistnić w stu procentach. „Jurassic World” nie jest złym filmem. To wspaniały przykład hollywoodzkiego blockbustera – idziemy do kina w środku lata nie po to, aby zadawać sobie pytania o ludzką egzystencję, ale po to, aby dobrze się bawić. I w tej roli efekt pracy Colina Trevorrowa odnajduję się znakomicie. Niestety, krytycy i olbrzymia rzesza fanów oczekiwała nie kolejnego popcornowego hitu, a renesansu serii; czegoś, co przywróciłoby wielkie dinozaury na należny im tron rozrywkowej kinematografii. Zadaniu temu niestety nie udało się sprostać. Szczerze polecam oglądać bez wygórowanych wymagań do treści, ale jako sympatyczną opcję na piątkowy wieczór.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja