Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Efekt motyla w równoległych rzeczywistościach – recenzja książki „Marsjańska gorączka”

Sięgając po „Marsjańską gorączkę”, większość czytelników zapewne nastawia się na klasyczną space operę z elementami epidemiologicznego studium lub coś w rodzaju kosmicznej postapokalipsy spowodowanej pandemią. Szczególnie, że – choć o autorze książki, Marcinie Pełce, trudno jest znaleźć jakiekolwiek bliższe informacje – powieść została napisana przez lekarza medycyny.

Ale to tylko wrażenie

Opis wydawcy sugeruje, że książka będzie opowiadać o tajemniczej epidemii wywołującej dziwne zaburzenia psychiczne, na którą zapadają mieszkańcy skolonizowanego Marsa i o pacjencie zero – Billym Andersie. „Ale to tylko wrażenie” – jakby powiedział narrator „Marsjańskiej gorączki”. W rzeczywistości treść blurbu jest myląca. Owszem – motyw tytułowej choroby pojawia się już na samym początku historii i przewija się w niej nieustannie jako swoisty leitmotiv, lecz właściwym tematem jest coś zupełnie innego. Także Anders nie okazuje się wcale głównym bohaterem, a raczej postacią epizodyczną, podczas gdy czołowy protagonista to Scott Ridley (czyżby figlarne puszczenie oka do czytelnika i uśmiech w kierunku znanego reżysera?) – aspołeczny starszy pan samotnie zamieszkujący niewielką, deszczową planetę na skraju poznanego przez ludzkość Wszechświata.

Fabuła „Marsjańskiej gorączki” skupia się wokół teorii światów równoległych. Autor czerpie pełnymi garściami zarówno z kwantowej teorii Everetta, jak i z teorii strun, wplatając w swoją wizję także działanie efektu motyla. W rezultacie powstał bardzo ciekawy obraz świata, z którym naprawdę warto się zapoznać.

Interesująca i bardzo specyficzna jest również konstrukcja fabuły tej krótkiej powieści. Rozpoczyna się ona wspomnianą w blurbie opowieścią o dziwnej chorobie psychicznej, która dopada przeciętnego urzędnika – Billego Andersa, a potem kolejnych mieszkańców Niepodległego Marsa. Ta część historii przybiera formę szalonej groteski. Poczucie humoru jest tu na tyle specyficzne, że niektórych czytelników może zrazić już na wstępie, warto jednak przebrnąć przez te pierwsze dwa rozdziały, nawet jeśli typ dowcipu niekoniecznie bawi, by poznać ciąg dalszy. Na kolejnych kartach książki bowiem zaczynają się schody…

W sieci fabuły

W następnych rozdziałach zarówno tematyka, jak i język ulegają diametralnej zmianie. Nastrój z szalonego i komicznego staje się nagle spokojny, nieco senny, a Marcin Pełka przechodzi do snucia właściwej opowieści. Roztacza przed czytelnikiem wizję tej samej sytuacji, która rozgrywa się jednocześnie w różnych światach równoległych. W każdym kolejnym rozdziale opowiada je od nowa, z uwzględnieniem zmian, jakie zachodzą w przebiegu wydarzeń w poszczególnych wymiarach rzeczywistości, aby w efekcie spleść ze sobą wszystkie te wersje i w ten pokrętny sposób utworzyć spójną, dopracowaną intrygę.

Autor dawkuje informacje powoli, stopniowo przedstawia czytelnikowi swój zamysł, by w końcu doprowadzić go do dość zaskakującego rozwiązania. Dzięki takiej metodzie snucia narracji opowieść wciąga odbiorcę, z każdą chwilą coraz bardziej intryguje, a chwilami zadziwia. Akcja „Marsjańskiej gorączki” nie jest bynajmniej liniowa i użycie w stosunku do niej sformułowania „oś fabuły” byłoby zwyczajnie błędne, należałoby ją raczej nazwać „siecią fabuły”. Nie można tu mówić o chronologii czy prostym ciągu wydarzeń, opowieść wikła się, plącze, rozgałęzia, zaplata, a momentami kręci w kółko.

Zachowanie spójności w obrębie takiej konstrukcji to sztuka, której z pewnością nie każdy pisarz jest w stanie podołać. Napisanie tej powieści musiało wiązać się z ogromnym nakładem pracy, wartym docenienia nawet jeśli nie wszystkie rozwiązania fabularne okazały się doskonałe. Autor zdaje się chwilami tracić wenę twórczą i w kilku miejscach poprzestaje na stosunkowo banalnych wyjaśnieniach, jednak są to tylko momenty, które raczej nie są w stanie zepsuć pozytywnego wrażenia. Jedyny niedosyt pozostawia fakt, że nie wszystkie wątki zostają konsekwentnie rozwikłane. Poza tym, skąd wzięła się tytułowa marsjańska gorączka? Kwestia, która może intrygować wielu spośród odbiorców, pozostaje do końca niewyjaśniona.

Pomimo zakręconej fabuły książkę czyta się szybko i przyjemnie, dzięki nieskomplikowanemu, lekkiemu językowi. Nie ma tutaj nagromadzenia ciężkiej, nie dla każdego odbiorcy zrozumiałej terminologii, a aspekty ocierające się o teorie naukowe zostały przedstawione w bardzo przystępny sposób.

Marcin Pełka niewątpliwie miał interesujący pomysł i moim zdaniem udało mu się go zrealizować w sposób błyskotliwy i całkiem udany. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że osobliwa konstrukcja utworu nie każdemu przypadnie do gustu. „Marsjańska gorączka” to powieść bardzo specyficzna, przeznaczona dla równie nietypowego odbiorcy. Część czytelników zapewne pogubi się w pokrętnym sposobie składania fabuły, jaką zaproponował autor, jednak ci, którzy za nią nadążą, zapamiętają tę książkę na długo.

Ocena: 4/5

Dyskusja