Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Każdy ma w sobie… wariata” – recenzja wydania DVD „Głosy”

Marjane Satrapi, autorka nagrodzonego obrazu „Persepolis”, powróciła z kolejnym filmem. „Głosy” – dostępne już na DVD – to nie tyle komedia (jak błędnie produkcja jest reklamowana przez dystrybutora), co dramat bohatera Jerry’ego (Ryan Reynolds), zmagającego się z rodzinną przypadłością. Jest romantycznie, ale i bardzo… krwawo.

Jerry to jeden z najbardziej wzorowych pracowników w koncernie produkującym wanny. Mężczyzna świetnie radzi sobie, pakując gotowe sprzęty do kartonów. Praca jest dla niego całym życiem. Podobnie jak idealną okazją

zbliżenia się do pięknej Fiony (Gemma Arterton). Dziewczyna niedawno przybyła z Wielkiej Brytanii i zajmuje się rachunkowością, która to praca niezbyt ją satysfakcjonuje. Nie ma się czemu dziwić – finanse nie wszystkich pociągają. Umówienie się na randkę nie przynosi oczekiwanych rezultatów, czyli bliższego poznania koleżanki, a przypadkowe spotkanie w dalszej części opowieści kończy się tragicznie, zwłaszcza dla kobiety. Bohater nie zostaje sam z trupem. Na ratunek śpieszą mu… radosny pies i lubiący nadużywać wulgaryzmów kot, którzy dobrym słowem zawsze wesprą swojego pana.

Tytułowe głosy od wielu lat towarzyszą mężczyźnie. Spowodowane jest to wydarzeniem, jakie doprowadziło do śmierci jego matki. Po zażyciu zapisanych tabletek Jerry widzi, że nie otacza go idealny świat. Zwierzęta przestają mówić, a praca wydaje się być zwykłym zajęciem. Dla bohatera coś takiego nie ma racji bytu, więc porzuca lekarstwa, co – jak łatwo się domyślić – prowadzi do kolejnych wypadków.

W swoim anglojęzycznym debiucie Satrapi łączy kilka gatunków w jedną całość, z czego jednak nie wychodzi obronną ręką. Mamy najprawdziwszy dramat z… gadającymi głowami pięknych ofiar w lodówce. Jeżeli dodamy do tego wietnamskiego Elvisa Presleya śpiewającego karaoke w chińskiej restauracji, gadającego jelenia na drodze i tańczącego Jezusa Chrystusa, to niewielu będzie mogło znieść taki przesyt. Zwieńczeniem jest ostatnia scena i piosenka. „Głosy” odbieram jako próbę ukazania przykrego tematu, podkoloryzowanego wizjami świata idealnego.

O ile fabuła obrazu pozostawia wiele do życzenia, o tyle dobór aktorów do konkretnych ról jest całkiem udany. Nie bez kozery oglądamy Ryana Reynoldsa. Przyznam, że nie przepadam za jego dotychczasową, bardzo bogatą

twórczością – nie uwiódł mnie ani w komediach romantycznych, ani w blockbusterach. Okazuje się jednak, że Jerry w jego wykonaniu jest specyficznym osobnikiem. Mam nadzieję, że nie przesadzę, uznając jego udział w „Głosach” za jedną z oryginalniejszych kreacji w dorobku aktora. Panie Ryanie, proszę o więcej takich ról! Na drugim planie nie trudno o płeć piękną. Obok Gemmy Arterton i Anny Kendrick (jako koleżanki z pracy) pojawia się także Jacki Weaver w roli doktor Warren. Szczególnie ta ostatnia aktorka sprawdza się doskonale na ekranie – jako psychiatra, która od lat towarzyszy bohaterowi w walce z jego przypadłością. Scena jej porwania i rozmowa z pacjentem są najjaśniejszymi punktami produkcji.

Jak wspomniałem, całość wydaje się być dramatem z elementami lekkiej groteski i makabry. Nie jest to komedia, chociaż w wielu momentach nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Jedni będą rozkoszować się „Głosami”, inni zaś bardzo szybką będą chcieli zapomnieć o tym filmie.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja