Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Książkowy procedural – recenzja książki „Agencja Dimoon. Ten się śmieje, kto umrze ostatni”

Od wielu lat w telewizji niezmiennie królują seriale z gatunku tzw. procedurali oraz detektywistyczne. Wszelkie „CSI”, „Mentalista”, „Kości”, „Sherlock”, żeby wymienić tylko kilka najpopularniejszych tytułów. Ich lista jest jednak o wiele dłuższa i sięga daleko w przeszłość produkcji pojawiających się na srebrnym ekranie. Dlaczego więc nie spróbować stworzyć czegoś podobnego w świecie literatury fantastycznej? Co prawda są już „Akta Harry’ego Dresdena” Jima Butchera, cykl o Garrecie Glena Cooka, Feliksie Castorze Mike’a Careya czy powieści Simona R. Greena, ale co z naszym rodzimym rynkiem? Posucha. W tę lukę celuje Ela Graf z publikacją „Ten się śmieje, kto umrze ostatni”.

Demony, bogowie i ludzie

Książka Graf różni się od wyżej wymienionych pozycji przede wszystkim tym, że jest to zbiór opowiadań. A więc czytelnik otrzymuje nieco mniej informacji, a rozwiązanie sprawy nie ciągnie się przez kilkaset stron. Nie do końca jest to plusem, ponieważ autorka bazuje na mało oryginalnych schematach spraw kryminalnych, np. tajemnicze morderstwo („Ten się śmieje, kto umrze ostatni”) czy zdrada małżeńska („Sprawa Mitzie del Bosco”), nie rozwijając tych wątków na tyle, by były trudniejsze do rozszyfrowania. To proste zadania, można powiedzieć, że zbyt proste dla głównego bohatera, który – pod powłoką zwyczajnego człowieka – skrywa demona liczącego sobie, bagatela, kilka tysięcy lat i niemal żadna magia nie jest mu obca. A i czytelnik oglądający seriale czy znający sporo powieści kryminalnych, nie będzie miał problemów z szybkim wytypowaniem sprawców.

Na antologię składa się dwanaście opowiadań, w większości których narratorem jest detektyw Robert Dimoon. Trochę szkoda, że autorka już niemal na początku zdradza jego prawdziwą naturę – szczypta tajemnicy uczyniłaby z niego zdecydowanie ciekawszego mężczyznę. Z opowiadania na opowiadanie lepiej poznajemy Dimoona i jego przeszłość, jednak postać zdaje się w ogóle nie ewoluować. Wydawać by się mogło, że tak stary demon w ciągu swojego długiego życia zebrał wiele doświadczeń i rozwiązywanie zagadek pójdzie mu jak z płatka, ale tak nie jest – często daje się wywieść w pole i to w dość błahych sprawach. Szkoda trochę, bo to zdecydowanie spłyca bohatera i zamiast wyjątkowym, czyni go nijakim.

Zdecydowanie ciekawszą postacią jest Papito, po raz pierwszy pojawiający się w „Słodkim maleństwie”. Stary demon został uwięziony w ciele kilkuletniego chłopca, ale młode jest tylko jego ciało. Umysł nadal pożąda kobiet, co wywołuje sporo humorystycznych sytuacji, a sam bohater ustami kilkulatka potrafi wypowiadać dość niewybredne słówka. Dzięki Papitowi lektura kolejnych przygód detektywa jest bardziej urozmaicona i przepełniona dowcipem.
Dimoonowi pomagają także Korin, przybrany syn, młody funkcjonariusz Bernard Green, przed którym detektyw odkrywa drugie życie miasteczka Viaville, a także zakochana w swym pracodawcy kobieta, Angie. Te trzy postacie są dość obiecujące, jednak autorka nie rozwinęła dostatecznie ich wątków (z wyjątkiem Korina) pozostawiając pewien niedosyt.

To właśnie jest określenie adekwatne do lektury – niedosyt. Graf pisze ze swadą, jej prozę czyta się z przyjemnością, jednak brak tu szerszego pokazania świata, o które aż się prosi. Wiadomo, że w nadmorskim kurorcie Viaville obok ludzi żyją istoty nadprzyrodzone (demony, bogowie czy wampiry), ale przedstawienie ich wzajemnych relacji jest zbyt powierzchowne, a akcja rozgrywa się tylko w kilku charakterystycznych miejscach (agencja detektywistyczna, bar, pałac hrabiny Rosaliny).

Najwięcej dowiadujemy się o bogach i demonach wywodzących się z Bliskiego Wschodu. I tu należą się brawa dla autorki, bo, korzystając z bogactwa mitologii mezopotamskiej i sumeryjskiej, postawiła na różnorodność ponadnaturalnych bytów. Obok Ba’ala, Asztarte czy Tiamat, są także Anunnaki czy Etemmu, a ich stosunki są bardzo ciekawie przedstawione.

Wszystkie teksty łączy jeden wątek główny – próba obudzenia bogini Tiamat. Niestety, zamiast przykuć uwagę czytelnika, wątek najzwyczajniej nuży. Brak w nim napięcia, poczucia zagrożenia, że już wkrótce nastąpi koniec świata. Zresztą, sami bohaterowie niezbyt starają się zapobiec katastrofie, tocząc swoje małe wojenki i gierki, których korzenie sięgają kilku tysięcy lat wstecz.

Noir nie tak całkiem noir

Największym problemem „Ten się śmieje, kto umrze ostatni” jest brak tego czegoś, co nie pozwala oderwać się od lektury. Pomimo kilku ciekawych rozwiązań (między innymi wspomniana wyżej mieszanka bóstw sumeryjsko-mezopotamskich), antologia nie zachwyca, Zbyt przewidywalni bohaterowie i intrygi oraz brak napięcia sprawiają, że w kulminacyjnych momentach bez żalu można odłożyć książkę i wrócić do niej później.

Jak na debiut, zbiór Eli Graf jest jednak bardzo dobry i jeśli autorka nieco bardziej rozwinie swój świat, kolejne przygody Roberta Dimoona mogą być naprawdę ciekawe. Lekki język i humor zapewnią kilka godzin dobrej rozrywki, jednak lektura raczej nie pozostanie w pamięci na dłużej.

Ocena: 3/5

Dyskusja