Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mocne przebudzenie – kinowa recenzja filmu „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”

Dawno, dawno temu w galaktyce, zwanej Drogą Mleczną, na małej planecie trzeciej w kolejności od Słońca, powstało pewne wiekopomne dzieło. George Lucas, reżyser z USA, stworzył film, który stał się legendą i jedną z podstaw kultury masowej. „Nowa nadzieja” zapoczątkowała najpopularniejszą serię filmów science fiction. Niedługo później stworzone uniwersum rozrosło się do niebotycznych rozmiarów, zdobywając pola komiksów, książek i gier. O ile tzw. „stara trylogia” może liczyć na wierny kult fanów, o tyle „nowa” dzieli sympatyków „Gwiezdnych Wojen”. Jedni twierdzą, że jest ona odarciem klasyka z nimbu mistycyzmu i sprowadza ten świat do kolejnego produktu konsumpcyjnego. Inni natomiast docenili niesamowite efekty specjalne i zgrabnie napisany scenariusz, płynnie łączący dwa, dzielące szesnaście lat, cykle. Po premierze „Zemsty Sithów” i dopełnieniu fabularnego koła, wydawało się, że z „Gwiezdnymi Wojnami” na ekranach kin pożegnaliśmy się na dobre. Do czasu, aż nadeszło przebudzenie…

Jedno przyznać J.J. Abramsowi należy – ma facet jaja. Naprawdę trzeba mieć odwagę, jak stąd do Tatooine, aby podjąć się tak niewdzięcznego zadania,

jakim było rozpoczęcie trzeciej trylogii uwielbianego cyklu. Ewentualna wpadka mogła oznaczać wieczne potępienie przez fanów i skazać go na artystyczny niebyt. Zlecenie było tym trudniejsze, że teraz pieczę nad marką sprawował medialny gigant – Disney. Korporacja ta kojarzy się raczej z animacjami i obrazami familijnymi, dlatego istniała obawa o ducha „Gwiezdnych Wojen”. Niepokojono się o to, czy produkcja nie zostanie zbyt mocno ugrzeczniona oraz skrojona na miarę tych, którzy z całym uniwersum są na bakier. Margines błędu wyglądał zatem jak ostra krawędź żyletki. Realizacja projektu ruszyła, a wszelkie znaki na niebie i na ziemi, ascetycznie udostępniane przez marketingowców, tylko podgrzewały atmosferę i, bądź co bądź, napawały nadzieją. Aż w końcu film trafił do kin i zaczęło się nerwowe obgryzanie paznokci przez producentów. I kiedy emocje z premiery opadły, można było śmiało przyznać: Panowie, mamy hit!

Film zaczyna się klasycznym motywem Johna Williamsa, od razu przyprawiając widza o ciarki. Potem charakterystyczne żółte napisy, sunące po kosmicznym tle i już wiemy, że jesteśmy w domu. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły filmu, skupię się wyłącznie na tych sprawach najbardziej oczywistych i takich, które widz poznaje w pierwszych minutach seansu. Otóż Luke Skywalker zniknął i zaszył się w nieznanym miejscu. Mija wiele lat, a Galaktyka zaczyna powoli zapominać o Jedi i Mocy. Nie daje o sobie jednak zapomnieć dopiero co zniszczone zło. Na gruzach Imperium powstaje złowrogi Nowy Porządek. Przeciw niemu buntują się siły Rebelii, wspierane przez odrodzoną Republikę. Przywódcy ruchu oporu wysyłają swojego najlepszego pilota w celu odnalezienia mapy, która ma zaprowadzić do Luke’a.

J.J. Abrams stanął przed bardzo trudnym zadaniem. Jednocześnie musiał otworzyć nową trylogię i sprawić, żeby miała na siebie pomysł, z drugiej wiedział, że zbytnie eksperymentowanie i wizjonerstwo może odrzucić widzów. Wybrał zatem wariant najbezpieczniejszy z możliwych: oparł się na sprawdzonym schemacie,

gdzieniegdzie tylko ustawiając inaczej pionki. Jest to zarazem największa zaleta, jak i wada najnowszej części „Gwiezdnych Wojen”. Reżyser zachował ducha serii, nie próbował robić rebootu, czy też zmieniać znanej i powszechnie działającej mechaniki tego świata. Mamy jasny i klarowny podział na siły dobra i zła, jest grupa oporu walcząca przeciwko siłom, posiadającym znaczną przewagę, są bohaterowie z pogranicza, żadni wielcy herosi. Kiedy jednak spojrzeć na to z innej perspektywy, można by ujrzeć niemalże kalkę „Nowej nadziei”. Mnogość powtarzających się motywów i rozwiązań od razu nasuwa widzom pytanie, czy to jeszcze inspiracja, czy już bezczelna zrzynka.

Nie można jednak powiedzieć, że film nie posiada własnych wartości. Rzeczą raczej mało rzucającą się w oczy, ale jakże istotną są kadry. Tak, może niewielu zwróciło na to uwagę, ale trzeba przyznać, że kamera w „Przebudzeniu Mocy” zachowuje się kompletnie inaczej, niż we wszystkich poprzednich częściach. Sceny są zdecydowanie bardziej dynamiczne, mamy zbliżenia na twarze, gwałtowne przemieszczenia i obroty. Wszystko to osiągnięto poprzez „uwolnienie” operatora. Nie jest już statycznie przywiązany, przez co cały film zyskuje na żywiołowości. Walki myśliwców stały się bardziej chaotyczne, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Widz faktycznie może odnieść wrażenie, że uczestniczy w szalonych powietrznych manewrach i unikach. Budowanie emocjonujących aspektów stoi na zdecydowanie wyższym poziomie. Oprócz tego mamy do czynienia z nowymi zdolnościami Mocy. Rozszerzenie umiejętności opartych na energii otaczającej

wszystkie żywe istoty, było cichym postulatem wielu fanów i reżyser jakby usłyszał to ciche błaganie. Nowe przejawy władania Mocą prezentują się fenomenalnie i mamy prawo oczekiwać jeszcze ciekawszych pomysłów w kolejnych częściach. W kontekście „Gwiezdnych Wojen” nie można oczywiście nie wspomnieć o muzyce, za którą jak zwykle odpowiedzialny był John Williams. Co do soundtracku można mieć jednak mieszane uczucia. Oczywiście, ścieżka dźwiękowa jest fenomenalna, a orkiestra symfoniczna pod batutą amerykańskiego kompozytora wspięła się na wyżyny, to zabrakło jakiegoś motywu przewodniego, który od razu kojarzyłby się z nową częścią. Utworu takiego jakim był na przykład „Duel of the Fates” dla pierwszej części nowej trylogii. Pozostaje mieć nadzieję, że prawdziwa muzyczna bomba wybuchnie w następnej części.

Kluczowe dla kolejnej trylogii są debiutujące postacie. „Przebudzenie Mocy” można w tym aspekcie nazwać pomostem pomiędzy dziedzictwem poprzednich części a nowym cyklem. Mamy zatem dobrze znane postaci, takie jak Han Solo, czy księżniczka Leia. Oczywiściew ich postaci wcielili się aktorzy zespoleni na dobre z tymi rolami – w największego awanturnika galaktyki, którego ściga prawie cały półświatek wcielił się Harrison Ford, zaś miłość jego życia zagrała Carrie Fisher. Na tej dwójce ząb czasu odcisnął jednak wyraźne piętno, zwłaszcza aktorce urodzonej w Kalifornii. Niestety, z naturą ludzką już tak jest. Leia nie mogła już zatem być jedynie

ładnie uśmiechającą się i występującą w skąpym bikini księżniczką – musiała przejść przemianę wewnętrzną. Scenarzyści spisali się bardzo dobrze i siostra Luke’a gra teraz zdecydowanie bardziej odpowiedzialne skrzypce. Jeżeli chodzi o Harrisona Forda, to może i przybyło mu znacznie więcej siwych włosów, ale nie wpłynęło to w żaden sposób na zawadiackie poczucie humoru, nierozerwalnie związane z jego postacią. Jednak najważniejsze zadanie stało przed nowymi aktorami. Wśród nich prym wiedzie Daisy Ridley, wcielająca się w role Rey, dziewczyny z zewnętrznych rubieży, która może mieć wpływ na losy całej galaktyki. Krytycy już okrzyknęli ją prawdopodobnie najsilniejszą żeńską postacią w dziejach serii. Nie tylko potrafi poradzić sobie sama z bandą wrogów, ale też nie boi się stawić czoła niebezpieczeństwu ciemnej strony Mocy. No i okazuje się być fenomenalnym pilotem, a jak wiemy ci, są jednymi z najważniejszych bohaterów w uniwersum. Jednocześnie Rey ma przed sobą fantastyczną perspektywę rozwoju, a to ze względu na tajemniczą otoczkę wokół jej pochodzenia i pytania na to, czy to faktycznie w niej ma się dokonać tytułowe przebudzenie. Rey partneruje John Boyega w roli zbuntowanego żołnierza Nowego Porządku o numerze identyfikacyjnym FN-2187, samodzielnie nazywając siebie Finnem. Co do tej postaci można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony jest to niezwykły przykład szeregowej jednostki, która postanawia zbuntować się wobec swojego przeznaczenia i zejść z drogi zła. Nie jest on chojrakiem, zabijaką z blasterem, który nie boi się niczego. On jeden jest świadomy niszczycielskiej siły Nowego Porządku i autentycznie się go obawia. Lęk jednak zastępuje odwaga w momencie, kiedy Rey znajduje się w sytuacji zagrożenia. Wzajemna relacja tej dwójki bez wątpienia będzie rozwijana w kolejnej części i pozostaje mieć nadzieję, że nie czeka nas kolejne ckliwe love story pokroju Padme i Anakina. Odnośnie postaci Finna to można mieć zastrzeżenia w związku z jego odrobinę zbyt luzackim podejściem. W paru scenach można odnieść wrażenie, że na ekranie pojawił się Kevin Hart,

bo niektóre z odzywek Johna Boyegi, jak żywo przypominają te z amerykańskich stand-up’ów. Niemniej, bez wątpienia zaskarbił sobie sympatię widzów. Zdecydowanie najbardziej kontrowersyjną postacią „Przebudzenia Mocy” jest antagonista: Kylo Ren – grany przez Adama Drivera. Największym zarzutem kierowanym przeciwko niemu jest fakt, że nie jest on Lordem Vaderem. Trzeba przyznać całkiem zgrabnie łączy się to z lękiem napawającym samego Sitha, który obawia się właśnie, że nigdy nie będzie w stanie dorównać słynnemu darth’owi. Oczywiście, można powiedzieć, że jego postać jest mało mroczna, a swoją pozycję buduje głównie poprzez nagłe ataki szału, w trakcie których niszczy wszystko dookoła. Trochę mało to przekonujące. Z drugiej strony jest to obok Rey postać z największym potencjałem, kto wie, czy nawet nie większym niż złomiarka z Jakku. Jego progres w kierunku ciemnej strony Mocy, może być ciekawszy w obserwowaniu, niż analogiczna sytuacja w odniesieniu do Anakina, z tego względu, że u Skywalkera jego los był od początku przypieczętowany. Kylo Ren cały czas pozostaje jednak sprawą otwartą, właściwie nie wiemy jakie decyzje podejmie i jak postąpi w wielu sytuacjach. To wszystko sprawia, że oczekiwanie na następną część będzie jeszcze bardziej się dłużyć. Bezkonkurencyjnie najbardziej sympatycznym „bohaterem” został astrodroid BB-8. Miałem pewne obawy, co do tego, czy będzie on w stanie zastąpić na ekranie duet R2-D2 i C3PO, ale dokonał tej sztuki wprost fenomenalnie. Naprawdę ciężko jest tego małego robocika nie polubić, a sceny z jego radosnym popiskiwaniem sprawią, że nawet największe smutasy zostaną rozbawione do łez.

J.J. Abrams z jednej strony wkupił się w łaski fanów schematyczną fabułą, z drugiej pokazał się jako prawdziwy pasjonat i znawca uniwersum. Widać to po licznych nawiązaniach. Jest ich tak wiele, że powiedzieć, iż reżyser puszcza oko do widza, to jakby nic nie powiedzieć. Ewidentnie mruga on obiema powiekami z częstotliwością paru gigaherców. Jeżeli dobrze znacie starą trylogię, a zwłaszcza „Nową nadzieję”, to nie raz, nie dwa, będziecie uśmiechać się pod nosem. Pojawienie się na ekranie Sokoła Millenium, przywołanie wspomnienie o zgniatarce śmieci, czy chociażby mało znaczący dialog o nowym T-17 pomiędzy dwoma szturmowcami. „Przebudzenie Mocy” to istna „easter egg’owa” perełka i z pewnością niejednokrotnie obejrzycie film w poszukiwaniu nowych nawiązań.

Produkcja oczywiście nie jest pozbawiona wad. Słaby pojedynek na miecze świetlne, kompletnie niewykorzystany potencjał kapitan Phasmy – chromowanego szturmowca ze zwiastunów.

Sztucznie wyglądająca i naciągana przyjaźń pomiędzy Poe Dameronem a Finnem. Nieprzekonywująca naiwność Nowego Porządku, popełniającego te same błędy, co Imperium. Mimo to „Przebudzenie Mocy” jest filmem wspaniałym, wnoszącym nową jakość do świata ”Gwiezdnych Wojen”. Przepięknie zaprojektowane sceny akcji, płynne połączenie starego z nowym, fenomenalnie zaprojektowane postacie i niesamowity potencjał rozwoju w kolejnych częściach: to właśnie są składowe sukcesu nowego obrazu. Dla fanów mieczy świetlnych i X-Wingów nastał prawdziwy Złoty Wiek, bo Disney planuje wypuszczać kolejne części w odstępach około półtorarocznych, a pomiędzy nie wplatać serię spin-off’ów. Jeżeli ich jakość będzie dorównywać filmowi J.J. Abramsa, a kolejni reżyserzy rozwiną jego pomysły, to możemy mieć do czynienia z prawdziwymi hitami. Niech przebudzona Moc będzie z nami!

Ocena: 5/5

Dyskusja