Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Niewiedza jest błogosławieństwem – recenzja książki „Zimowe dzieci”

Amerykanka Jennifer McMahon pisarką na tzw. pełen etat została dopiero w roku 2000, choć pisać lubiła od dziecka – zarówno poezję (którą nawet studiowała), jak i prozę. Długo nie mogła się zdecydować, jaką formę twórczości kocha najbardziej, gdyż często wiersze kończyły jako opowiadania, a te z kolei stawały się powieściami. Wychowywana była przez babcię w domu, w którym (o czym była przekonana) mieszkał duch o imieniu Virgil. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że obecnie mieszka w starym wiktoriańskim domostwie, które część sąsiadów nazywa „domem rodziny Addamsów”, to mamy naprawdę świetny wstęp do jej twórczości.

„Zguby mają to do siebie,
że czasami się odnajdują,
kiedy przestajemy ich szukać.”*

Twórczości, którą niezwykle trudno jednoznacznie określić, ująć w ramy czy nawet po prostu zrecenzować, gdyż jest niespotykaną, niezwykłą a jednocześnie lekką i przejrzystą pajęczyną, łączącą w sobie wątki horroru, thrillera psychologicznego, kryminału, dramatu obyczajowego i opowieści o duchach (a właściwie – by być dokładnym – o innych formach istnienia).

„Na niektóre sprawy nie mamy wpływu.
Czasami dzieją się okropne rzeczy,
a my nie możemy nic zrobić, żeby im zapobiec.”*

Każda z powieści Jennifer McMahon trafiała na listę bestsellerów „The New York Times”, choć „Zimowe dzieci” to pierwsza, która ukazała się w Polsce. A zaryzykować postanowiło wydawnictwo Media Rodzina. Wydało książkę w beletrystycznej serii Gorzka Czekolada, odkrywającej „odległe i nieznane rejony, jednocześnie mocno dotykając tego, co tkwi od zawsze w każdym z nas”. W serii podzielonej na dwie podserie – „białą”, czyli obyczajową oraz interesującą nas „czarną”, czyli kryminalną, która jest „mroczna w tematyce, lekka w odbiorze”. A oba te opisy doskonale obrazują treść powieści.

Historia kołem się toczy?

Ale zacznijmy od początku. A początek to niewielkie, senne, typowo amerykańskie miasteczko West Hall w graniczącym z Kanadą stanie Vermont. Miejsce, w którym wszyscy się znają. Miejsce, które zawsze było miastem dziwnych, niewytłumaczalnych zniknięć ludzi oraz starych, przerażających legend.

„Trzymaj się z daleka od lasu.”*

Początek XX wieku i czasy współczesne. Pamiętnik, przenoszący nas w wiek XIX, i wspomnienia przeplatające się z rzeczywistością. Świat realny i ten za zasłoną cieni, która wydaje się czasami cieńsza, dziurawa lub wręcz nie istnieje. Granica, którą – wbrew zdrowemu rozsądkowi – można przekroczyć. W obie strony. Martin i Gertie. Ruthie i Katherine. I Sara Harrison Shea – osoba kluczowa nawet dla tych, którzy o niej nigdy nie słyszeli. Kobieta, która łączy, gmatwa, a jednocześnie – w końcu – wyjaśnia wszystko. Siedem dni w teraźniejszości i nieco więcej w 1908 roku, a wszystkie to senne, zasypane śniegiem, styczniowe, krótkie dni zimy. Zimy, która osnuwa akcję, otula bohaterów, zaciera granice między jawą a snem.

Tajne skrytki, poszukiwania skarbu. Portale, furtki, bramy. Instrukcje, których lepiej nie znać. Listy, których lepiej nie czytać. Wspomnienia, które nie powinny powrócić. I rodzinne tajemnice przyprawiające o dreszcz przerażenia.

Miłość, nienawiść i nadzieja przekraczające granice, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Cierpienie, szaleństwo, pożądanie i poświęcenie. Stare grzechy rzucające zbyt długie cienie, odpowiedzialność spadająca z rodziców na dzieci. Czy da się przerwać krąg cierpienia? Czy jesteśmy w stanie przeciwstawić się przeznaczeniu? Czy konsekwencje naszych czynów pozostaną wieczne?

„Myślę, że wszyscy robimy to, co uważamy za najlepsze.
Raz popełniamy straszne błędy, a innym razem podejmujemy dobre decyzje.
Czasami nie do końca wiemy, jaki był skutek.
Musimy po prostu wierzyć i nie tracić nadziei.”*

Okładka powieści to kwintesencja jej treści. Projekt jest prosty, skromny, a jednocześnie wysublimowany, delikatny, ale i niepokojący. Zapadający w pamięć. Podobnie jak zawartość. I mimo że – tak jak opis z tyłu – nie krzyczy, nie wabi kolorami, ociekającymi krwią opisami czy celebryckim życiem autorki, po lekturze doskonale zrozumiemy, że nie mogło być inaczej.

Gdybym miała się do czegoś (bardzo na siłę!) przyczepić, byłaby to jedna, jedyna rzecz, a mianowicie tytuł. W oryginale brzmi „The Winter People”, czyli „Zimowi ludzie”, co opisywać może zarówno bohaterów świata rzeczywistego, jak i tego po drugiej stronie. Niektórym niedokładny przekład może wydać się wadą, jednakże „Zimowe dzieci” to tłumaczenie tyleż ujmujące (bo przecież mówi o dzieciach), co szerokie (w końcu dotyczyć może również dorosłych), jak i przerażające, gdy już wiemy, o co tak naprawdę chodzi… I wtedy już nigdy nie spojrzymy na tę subtelną, wyszukaną, rodem z marzeń sennych okładkę tak samo…

Kiedy nie wiadomo, o co chodzi…

Niezwykle trudno określić gatunek tej powieści. Jest ona jak współczesna sztuka – łączy wiele nurtów i stylów w idealnej mozaice. Wstęp jak z powieści kryminalnej, następnie wyimki thrillera psychologicznego. Suspens i pierwiastki nadprzyrodzone. Tragedia i sensacja. Brzmi dziwnie? Nieskładnie? Owszem. A to z bardzo prostego powodu – takiej powieści po prostu nie da się dobrze opisać. Jest zbyt niesamowita, zbyt doskonale nieszablonowa i wyjątkowa. Oniryczna osnowa zdarzeń, elementy niewyobrażalnej grozy, gęsta mgła narracji, zatarte granice między jawą a snem, a to wszystko podane w lekkiej, subtelnej, koronkowej zdawałoby się oprawie…

„– Szaleństwo to doskonała wymówka, nie sądzisz?
Można nim wytłumaczyć całe zło wyrządzone innym ludziom. – Jej oczy groźnie rozbłysły.
– Oraz ich dzieciom.”*

I dlatego warto sięgnąć po „Zimowe dzieci”.

Nawet jeśli żadna recenzja nie odda tego, jak wspaniale autorka maluje słowem niesamowite obrazy. Jak poetycka potrafi być powieść, mimo tego, że czasami poraża, przeraża i odbiera oddech tak nagle i bez ostrzeżenia, że to w zasadzie zdaje się być niemożliwe.

Książka idealna na długie, słotne i smutne jesienne wieczory, mroźne, ciemne i niepokojące gwiaździste zimowe noce oraz dzikie, nieokiełznane i przerażające potęgą żywiołów burzowe wiosenne poranki. Jak filiżanka gorącej gorzkiej czekolady ze szczyptą pikantnego chilli. Niepokojąca, nietuzinkowa, niezapomniana.

„– Zakop pod ziemią, nakryj kamieniem,
A ja i tak kości odgrzebię.
Kim jestem?
– Wspomnieniem.”*

* Cytat z książki Jennifer McMahon „Zimowe dzieci”.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja