Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

O tym jak pewien duch zamienił telewizor kineskopowy na plazmę – recenzja wydania DVD „Poltergeist”

Ta chwila musiała kiedyś nadejść – „Duch” Tobe Hoopera doczekał się ponownej adaptacji. Po trzydziestu trzech latach od premiery oryginału na ekranach kin zagościł „Poltergeist”, czyli uwspółcześniona wersja kultowego horroru. Dlaczego w dobie remake’ów musieliśmy na niego tak długo czekać? Nie ulega wątpliwości, że wysoko ustawiona przez Hoopera poprzeczka stanowiła nie lada wyzwanie reżyserskie – nie chciały go podjąć nawet najbardziej uznane osobistości kina grozy. Nie powinno to jednak nikogo dziwić, ponieważ mowa o produkcji, która przeszła do historii, wyznaczając kierunek gatunku na kolejne dekady. Poza tym „Duch” jest jednym z niewielu horrorów, nad którymi podobno ciąży klątwa.

Twórcy „Poltergeista” na długo przed premierą zapowiadali, że zależy im na świeżym podejściu do pierwowzoru. Możliwe, że to właśnie dlatego z niekwestionowanym klasykiem kina grozy zmierzył się Gil Kenan, mający na swoim koncie jak dotąd zaledwie kilka filmów (w tym żadnego horroru, nie licząc animacji „Straszny dom”). W roli producentów towarzyszyli mu bardziej doświadczeni Sam Raimi oraz Roy Lee. To właśnie oni oraz wytwórnia Ghost House Pictures mieli zapewnić produkcji sukces. Jak pokazał efekt końcowy, wysmakowanemu majstersztykowi autorstwa duetu Hooper-Spielberg nie sposób dorównać. Dlaczego? Pewnych rzeczy nie da się po prostu powtórzyć.

Zemsta zza grobu

„Duch” to film wyjątkowy, nie tylko z powodu swojego mrocznego klimatu oraz – przełomowego w historii gatunku – podejścia do kwestii ingerencji z zaświatów w życie rodziny wprowadzającej się do nawiedzonego domu. Chodzą słuchy, że jego twórcy podczas kręcenia sceny w basenie wykorzystali prawdziwe ludzkie kości (zdaniem specjalistów od efektów specjalnych zdobycie gumowych szkieletów byłoby droższe). To nieopatrzne posunięcie miało być przyczyną zemsty zza grobu na osobach związanych z produkcją. Niedługo po premierze z rąk swojego byłego chłopaka zginęła Dominique Dunn, odtwórczyni roli Dany. Julian Beck, czyli demoniczny duchowny Kane z drugiej części trylogii, nawet nie doczekał wejścia filmu na ekrany kin – zmarł na raka żołądka. Następni byli Will Sampson (szaman Taylor) oraz mała Heather O’Rourke (Carol Anne). Te przykre okoliczności, towarzyszące kolejnym częściom serii, stworzyły wokół niej atmosferę prawdziwej grozy, pośrednio przyczyniając się do komercyjnego sukcesu „Ducha”. Dlatego „Poltergeist” był na straconej pozycji zanim jeszcze zaczęto go kręcić – niepowtarzalnego klimatu, spowijającego przeklęty oryginał, nie byłby w stanie oddać nawet najlepszy remake.

Nie taki duch straszny

Fabuła „Poltergeista” nie różni się zbytnio od oryginału. Jest nawiedzona zabawka-klaun, wierzba rosnąca przed domem oraz basen pełen pływających szkieletów. Jest i rodzina, tym razem Bowenów, która wprowadza się do nowego domu. Niespełniona zawodowo mama, szukający pracy tata, nastoletnia, zbuntowana córka, a także dwójka jej młodszego rodzeństwa. Każda z tych postaci sprawia wrażenie stereotypu żywcem wyciągniętego z wyobrażeń o typowych Amerykanach, zamieszkujących osiedla identycznych domów. Schemat rodem z filmów familijnych razi tym bardziej, że wzajemne relacje bohaterów zostały pokazane w dość powierzchowny sposób, przez co sprawiają wrażenie przypadkowych. Zabrakło obecnego w „Duchu” ciepła rodzinnego, pozwalającego na identyfikowanie się z Bowenami i przejęcie się ich tragedią.

Nieprzekonującą grę aktorską można wybaczyć, ale nie da się przymknąć oka na brak fundamentalnego elementu każdego dobrego horroru – grozy. „Poltergeist” skutecznie odziera z niej fabułę, racząc widzów oklepanymi chwytami oraz przewidywalnymi zwrotami akcji. Ich nagromadzenie nie pozostawiło miejsca na dawkowanie napięcia i stopniowe budowanie nastroju w stylu Tobe Hoppera, sprawiając, że żaden z zabiegów twórców nie wydaje się straszny. Wszystkie momenty, które z założenia miały przerażać, odznaczają się jednakową intensywnością oraz dosadnym przekazem. Sytuacji nie ratuje nawet dość klimatyczny soundtrack, zgrabnie towarzyszący obrazowi.

Postęp technologiczny na ekranie

Mocną stroną „Poltergeista” są zdecydowanie efekty specjalne, które ratują jego honor jako remake’u. Dynamiczne, widowiskowe ujęcia i wartka akcja przypadną do gustu przede wszystkim młodszej widowni oraz osobom spotykającym się z amerykańskim duchem po raz pierwszy. Nic dziwnego – mamy przecież do czynienia z filmem kręconym z myślą o współczesnych widzach, wychowanych na kinie akcji, do którego „Poltergeistowi” jest jednak bliżej niż do horroru. To niewątpliwie plus produkcji, która może w ten sposób zainteresować klasyczną opowieścią młode pokolenie. Również z tego powodu na ekranie pojawiły się zaawansowane technologicznie urządzenia, m.in. w scenie, w której pan Bowen wydaje ostatnie pieniądze, aby dać wszystkim członkom rodziny drogie prezenty, takie jak konsola do gier czy iPhone. Liftingu nie uniknął także znany z pierwowzoru telewizor kineskopowy, za pośrednictwem którego tytułowy duch kontaktował się ze śmiertelnikami. Dziś archaiczny – został zastąpiony plazmą.

Powiew nowoczesności, na którym zależało twórcom, ograniczył się jedynie do przeniesienia filmu we współczesne realia. Oczywiście można potraktować ten zabieg jako plus produkcji, ponieważ właśnie o to w remake’ach chodzi – żeby przekazywane za ich pośrednictwem treści były nadal aktualne. Jednak sama chęć uwspółcześnienia tak kultowego horroru jak „Duch” nie jest wystarczającym powodem, aby ponownie go zrealizować, a garść technologicznych gadżetów i efektów specjalnych nie zrekompensuje niedopracowanej fabuły, po której widzowie wiele sobie obiecywali. Podobnie jak w przypadku pana Bowena, starającego się naprawić rodzinne relacje drogimi prezentami – nie tędy droga.

Zawiedzione oczekiwania

„Poltergeist” jest doskonale przeciętny pod wieloma względami: słabo nakreślonych bohaterów, niewyróżniającej się scenografii, poprawnego soundtracku oraz przewidywalnej fabuły. To typowy przykład filmu nastawionego wyłącznie na zysk finansowy. Szkoda, że jego twórcy, mając środki i potencjał, nie pokusili się o wniesienie przy okazji czegoś nowego do kina grozy, nie wspominając o chęci stworzenia podobnie przełomowego dzieła. Jak kończy się takie odcinanie kuponów od sukcesu, wiedzą Ci, którzy mieli okazję obejrzeć dwie kolejne części „Ducha” i odkryć, że to już nie to samo. W przypadku „Poltergeista” niewątpliwie mamy do czynienia z remakiem. Pozostaje tylko pytanie, czy nadal z wybitnym przykładem horroru z krwi i kości?

Ocena: 2/5

Dyskusja