Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Audycja zawierała lokowanie produktu – recenzja książki „The Walking Dead. Zejście”

Piąta książka sygnowana logiem Żywych Trupów, a zarazem pierwsza napisana samodzielnie przez Jaya Bonansingę (poprzednie tomy współtworzył z Robertem Kirkmanem, autorem komiksowego pierwowzoru) to typowy akcyjniak. Żądni flaków, rzygów i bluzgów fani powinni być zachwyceni, tekst jest nimi gęsto usiany. Niestety, pozostałym czytelnikom zaleca się zachowanie bezpiecznego dystansu.

Plaga moherowych beretów

Proszę nie zrażać się słowami wstępu – przy książce pana Bonansingi naprawdę da się spędzić miły i niezobowiązujący czas. Nie zmienia to jednak faktu, że to samo można powiedzieć o takich arcydziełach kinematografii jak „Ludzka stonoga” czy „Mordercza opona”. Omawiana powieść nie jest – łagodnie mówiąc – najwyższych lotów. Jednak dzięki obfitości akcji, twistom fabularnym i przystępnemu, prostemu językowi, jej lekturę powinniśmy mieć szybko za sobą.

Akcja „Zejścia” dzieje się w Woodbury, krótko po śmierci diabolicznego Gubernatora. Lilly Caul wzięła na swoje barki obowiązek sprawowania władzy nad małą społecznością, usiłując stworzyć z obleganego przez hordy nieumarłych miasta dobre miejsce do życia. Niestety, w głębi duszy kobieta nie jest z tego faktu zadowolona. Skrycie wyczekuje chwili gdy pojawi się kompetentna osoba, która przejmie rządy. Jak na zawołanie do miasteczka przybywa rodzina Dupree, gorliwi chrześcijanie, upatrujący przyczyn epidemii zombie w gniewie Bożym. Sędzia Najwyższy, chcąc utwierdzić ich w tych domysłach, wysyła do Woodbury tłum żywych trupów, którego rozmiary przewyższają wszystko, co do tej pory widziano w okolicy.

I to by było na tyle. Pierwsza część powieści relacjonuje przygotowania do odparcia oblężenia truposzy, a późniejsze rozdziały skupiają się na wyprawie ratunkowej pod przywództwem Lilly, śpieszącej na pomoc osaczonej w sąsiednim mieście tajemniczej grupie religijnej. Rozwój wydarzeń jest prosty jak konstrukcja cepa. Przez całą książkę autor nieustannie podkreśla dramat i beznadzieję, z którymi zmagają się mieszkańcy Woodbury. Wszyscy protagoniści są wrakami psychicznymi, brakuje zapasów żywności, broni oraz amunicji. Jednakże Bonansinga zdaje się o tych faktach zapominać za każdym razem, gdy dochodzi do konfrontacji ze wspomnianymi szwendaczami. Bohaterowie przemieniają się wtedy w niezłomnych Rambo (tudzież Larę Croft), prujących na oślep ołowiem w gnijące zastępy.

Fanfik 2.0

Autor funduje czytelnikom prawdziwe danse macabre. Krew leje się strumieniami, ścięgna pękają, gałki oczne są wyrywane z oczodołów, tchawice rozrywane itd. Po czym, w centrum dantejskiej maskary, pojawia się taki oto opis:

Płomień rozświetla ją od środka niczym lampion, rzucając ciepłą poświatę na łagodnie falującą taflę jeziora pokrytą błyszczącą membraną brudnej piany, która zdaje się teraz składać z płynnego złota…

To tylko jeden z wielu przykładów ułańskiej fantazji pisarza, jakie znajdziemy w powieści. Być może Bonansinga ma zadatki na romantyka, jednak powinien zachować tego typu wtręty na inne książki, gdyż nie tyle kontrastują z resztą „Zejścia”, co śmieszą i wybijają z rytmu. Pojawiają się bez żadnego ostrzeżenia, ot tak, by zapchać tekst i „ubogacić” literacki styl. To boli, wręcz pali.

Skupiając się na samej konstrukcji powieści i zastosowanych środkach językowych, również złapiemy się za głowę. To zrozumiałe, że w walce o życie podczas apokalipsy zombie żaden z bohaterów nie będzie wygłaszać szekspirowskich monologów, ale sytuacja robi się męcząca, gdy warsztat autora książki ogranicza się do odmiany słowa „jebać” przeplatanego ciągiem „chujów” i „kurew”.

Podobnie sprawa ma się z opisami postaci, które zainspirowały tytuł recenzji. Nie uświadczymy u Bonansingi żadnych szczegółów, cech charakterystycznych prezentowanych bohaterów. Najważniejsze dla autora jest, aby nam przekazać kto ma jakiej marki buty, ubrania, jakie logo/rysunek zdobi koszulkę danego protagonisty itd. Aluzje do rzeczywistości nie powinny być niczym dziwnym, jednak w sytuacji, gdy co drugą stronę jesteśmy raczeni zdaniem: „Pachniał gumą do żucia wymieszaną z Old-spicem”, zaczyna się robić śmiesznie. Dobrze wiedzieć, że podczas apokalipsy zombie, gdzie wszyscy przymierają głodem i żyją w ubóstwie, ludzie pamiętają, by używać Old-spice’a.

Armagedon

„Walking Dead. Zejście” to efekt odcinania kuponów od popularnej marki. Jedyną zaletą książki jest ładne wydanie, z okładką stylizowaną na komiksową grafikę oraz szybkie tempo akcji, przy którym zwyczajnie nie można się nudzić. Pomijając ten fakt, wszystko jest tu złe. W Internecie znajdziemy dziesiątki fanfików napisanych na poziomie o klasę wyższym niż dzieło pana Bonansingi. Autor starał się co prawda poruszyć w powieści problem chorób psychicznych i fundamentalistów religijnych, ale efekt końcowy jest co najwyżej naiwny.

Tekst czyta się szybko, można go polecić wszystkim bezkrytycznym fanom, żądnym dodatkowych wrażeń z ukochanego uniwersum (autor recenzji cierpi na podobną chorobę umysłową związaną ze światem Gwiezdnych Wojen). Wszystkie inne jednostki niech prują na oślep ołowiem na samą wzmiankę o książce.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja