Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Freud byłby dumny – recenzja książki „Ród”

„Ród” to opowieść o brudnym, niepokojącym, zepsutym do szpiku kości świecie, w którym żyją smutni, ponurzy, nieszczęśliwi ludzie, z których każdy na dnie duszy skrywa własną, mroczną tajemnicę. Miasto, w którym toczy się akcja powieści przytłacza gęstą, ciężką atmosferą. Sceneria przywodzi na myśl kadry z czarno-białego filmu, celowo nie do końca poprawnie wyprofilowane, przewijające się raz zbyt szybko, innym razem ospale, flegmatycznie. Apatyczni, znużeni bohaterowie, pomimo epatowania porażką i beznadzieją, intrygują. Niektórych czytelników ten specyficzny klimat może już na wstępie zniechęcić, innych zaś zafascynuje i wzbudzi w nich gorliwą ciekawość. Ci pierwsi powinni od razu podarować sobie lekturę – widocznie to nie książka dla nich, drudzy natomiast prawdopodobnie dadzą się jej pochłonąć i przepadną z kretesem w wąskich, zapyziałych uliczkach Miasta.

Cztery, z pozoru odrębne opowieści są ze sobą powiązane sylwetkami bohaterów, których łączą nierozerwalne więzi krwi, wpływające na ich losy, determinujące je. Związki między nimi odsłaniają się stopniowo. Historia lubi się powtarzać. Przeznaczenie okazuje się dziedziczne, a te same motywy i rekwizyty powracają jak widma przeszłości w każdej kolejnej części. Wątki nie łączą się jednak w sposób oczywisty, ich kompletowanie przypomina raczej składanie skomplikowanych puzzli. Autor powoli, sukcesywnie dodaje lub odkrywa przed czytelnikiem kolejne elementy, które dopiero po przemyślanym ułożeniu, a następnie jeszcze poddaniu dłuższej refleksji, tworzą harmonijną, jednak wciąż pełną niedopowiedzeń całość. Strzeszewski pozostawia odbiorcy szerokie pole dla wolnej interpretacji i współtworzenia opowieści. Jego powieść nie jest lekkim czytadłem, do którego da się podejść z pozycji biernej, wymaga od czytelnika sporego zaangażowania.

„Ród” to przede wszystkim psychologiczne studium trudnych relacji rodzinnych. Przemoc, alkoholizm, brutalne morderstwa, spektakularne samobójstwa, kompleks Edypa, próby ucieczki przed dziedzicznym przeznaczeniem, zrezygnowani ludzie, nie potrafiący odnaleźć sensu życia, nie umiejący budować i utrzymywać związków, „dzieci porażki”, do których jeszcze po latach jak koszmar senny powracają traumatyczne przeżycia z dzieciństwa… Można tu znaleźć całą paletę patologii społecznych i dramatów rodzinnych.

Powieść została napisana językiem mocnym, dosadnym i naturalistycznym. Pełna jest plastycznych, sugestywnych obrazów, a jednocześnie głębokich refleksji i filozoficznych rozważań. Z jednej strony świat przedstawiony prezentuje się jako brutalny, wulgarny, z drugiej zaś wydaje się jakiś rozmyty, osnuty gęstą mgłą. Czytelnik może odnosić wrażenie, że nieustannie coś mu umyka.

Autor świetnie skonstruował warstwę metaforyczną powieści i opanował sztukę grania na emocjach odbiorcy, wprowadzania kontrolowanego chaosu. Bardzo ciekawie operuje też detalami oraz rekwizytami. Doskonale poradził sobie również z utkaniem skomplikowanej sieci intrygi – trudnej do rozgryzienia, niejednowymiarowej i nieprzewidywalnej. Tym, co niektórym może przeszkadzać, jest natomiast nierównomierne tempo akcji – momentami pędzącej naprzód, dynamicznej, a chwilami bardzo powolnej, statycznej. Jeśli jednak interpretować to jako celowe wprowadzanie przerysowanego suspensu, mające dobitnie i obrazowo ukazać metaforyczne zatrzymania czasu, dysonans znika, a zabieg nabiera wartości artystycznej.

Twórczość Emila Strzeszewskiego, poczynając od debiutanckiej „Ektenii”, poprzez opowiadania, które można znaleźć w antologiach, aż po „Ród”, uważam za ambitną i interesującą, jednak zdecydowanie przeznaczoną dla osób o mocnych nerwach i silnej psychice. Niewłaściwemu odbiorcy obcowanie ze stylem tego pisarza może grozić depresją i utrwaleniem nadmiernie ponurego nastroju.

„Ród” nie jest lekturą „dla każdego”. To doskonała propozycja dla wymagających czytelników, poszukujących kawałka dobrej, ambitnej, głęboko refleksyjnej prozy, w której element fantastyczny sprawia wrażenie jedynie swego rodzaju „płaszcza Konrada” – tym z pewnością będzie spędzać sen z powiek jeszcze przez dobrych kilka nocy po odłożeniu na półkę. Spodoba się osobom nie mającym problemu z przyswajaniem treści trudnych, do bólu ponurych. Po tę książkę nie powinni jednak sięgać odbiorcy o słabszej tolerancji na ciężkie, depresyjne klimaty albo nastawieni na lekką rozrywkę czy bardziej sielankowe opowieści z happy endem – mogą poczuć się przytłoczeni nadmiarem brudu i zgnilizny Miasta oraz gęstością atmosfery powieści.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja