Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Irackie Termopile – recenzja wydania DVD „Karbala”

Kino wojenne to jeden z tych obszarów kinematografii, w którym Polska rzadko kiedy ma okazję się wykazać. Jeżeli już powstaje jakiś film o tej tematyce, zazwyczaj jest to opowieść rodem z II Wojny Światowej. Nie ma w tym nic złego, w końcu to materiał na wiele znakomitych scenariuszy, nie da się jednak ukryć, że jest w tym jakiś brak świeżości. „Karbala” wychodzi poza polskie toposy i sięga po historię najnowszą, prezentując nie tak popularne dotąd losy żołnierzy walczących w Iraku.

Jest 2004 rok, trwa operacja „Iracka wolność” przeprowadzana przez zjednoczone siły US, mająca obalić okrutnego dyktatora Saddama Husajna. Polacy, jako członek sojuszu, również wysyłają swój kontyngent. Do Iraku przybywa właśnie kolejna zmiana, przywożąc nieopierzonych i nieznających realiów rekrutów. Wśród nich jest młody Kamil Grad (Antoni Królikowski), sanitariusz, który tuż po wylądowaniu zostaje przydzielony do oddziału kapitana Kalickiego (Bartłomiej Topa). Początkowo panuje spokojna atmosfera, polskie jeepy leniwie przemieszczają się od „checkpointu do checkpointu”, a żołnierze żartują między sobą. Wszystko zmienia się, kiedy nagle wokół nich zaczyna rozgrywać się piekło. Do Karbali przybywają muzułmanie celebrujący święto Aszura. Główne dowództwo US podejrzewa, że sytuacja w mieście niedługo stanie się napięta i wydają rozkaz, aby polskie siły obroniły będący centralnym punktem miasta City Hall. Na miejsce przybywa Kalicki wraz ze swymi ludźmi. Jednak nie zdają sobie sprawy, że wezmą udział w jednej z największych bitew polskiego oręża po II Wojnie Światowej.

Obrona City Hall to oś fabularna, wokół której kręci się wiele pomniejszych wątków. Po obejrzeniu filmu ciężko jednoznacznie stwierdzić, który z nich wybijał się ponad pozostałe. Czy jest to historia Kamila Grada, przechodzącego drogę od przestraszonego chłopaka do bohatera, gotowego na najwyższe poświęcenie? Kapitana Kalickiego, który traktuję wojnę jako sposób na spłacanie długów, jednocześnie czując, że coraz bardziej odcina się od rzeczywistości, w której zostawił żonę i dzieci? A może wątek o dwóch braciach, czy też Farida, irackiego przewodnika i żołnierza szkolonego przez Polaków, stojącego w rozkroku pomiędzy terrorystami? Każdy z tych wątków niesie ze sobą jakiś bagaż emocjonalny – czy to historia od zera do bohatera, czy też obraz trudnych, braterskich relacji.

To nie jest polski „Helikopter w ogniu”. Takie określenie dobrze wygląda na plakatach i świetnie gra swoją rolę jako marketingowa zagrywka. Jeżeli jednak chodzi o sposób pokazania wojny i sceny akcji to „Karbala” stanowi zupełnie inny rodzaj kina niż film Ridleya Scotta. Przede wszystkim jest mniej „amerykańsko”. Nie ma trzęsącej się kamery, efektownych ujęć na spadające na ziemie łuski, spektakularnych eksplozji trzęsących ekranem. Nie ma ich nie dlatego, że polscy twórcy nie potrafią zrobić takich scen, ale dlatego, że była to – według mnie – świadomie podjęta decyzja. Krzysztof Łukaszewicz (reż.) prezentuje nam około dwóch godzin realistycznego pola walki, gdzie należy oszczędzać amunicję, gdzie nie każda kula oznacza wylatujące na wierzch flaki, gdzie w końcu tak samo ważne jest zabicie wroga, jak i to, żeby samemu przeżyć. Podejście, nie da się ukryć, ryzykowne, bo widz spragniony jest efekciarstwa i wbijających w fotel scen akcji. Jednych ascetyczne podejście zaproponowane przez reżysera odrzuci, inni z zadowoleniem pokiwają głowami.

Realizm filmu konstruowany jest nie tylko na płaszczyźnie scen akcji, ale zwłaszcza w sferze szeroko rozumianego klimatu.

„Karbala” powinna być przykładem na to, jak perfekcyjnie wybierać plenery do zdjęć i budować atmosferę. Brudne, zakurzone ulice Karbali, pełne arabskich grafitti oraz tagów, ascetycznie urządzone irackie mieszkania, polska baza wojskowa, pieczołowicie odwzorowane wyposażenie… dbałość o szczegóły to bez wątpienia jedna z największych zalet filmu. Scenografowie Marek Warszewski i Inga Palacz wykonali swoją pracę perfekcyjnie. W trakcie oglądania filmu niemal można wdychać unoszący się w powietrzu kurz. Warstwa dźwiękowa to klasyka w filmach opowiadających o wojnach na Bliskim Wschodzie – arabskie zawodzenie wydobywające się z zamontowanych propagandowych głośników towarzyszyć nam będzie przez większość filmu.

„Karbala” miała szansę na to, żeby stać się naprawdę bardzo dobrym kinem wojennym, których w polskiej kinematografii można by zliczyć na palcach jednej ręki. Niestety, film został totalnie położony przez jeden z najważniejszych elementów, czyli przez grę aktorską. Zdaję sobie sprawę, że wyszkolony żołnierz nie jest przyzwyczajony do okazywania swoich emocji w jakiś wyrafinowany sposób, ale to nie znaczy, że nie okazuje ich w ogóle. Albo okazuje poprzez marszczenie nosa, ewentualne gniewne spojrzenie prosto w oczy wroga. Wielka szkoda, że nie udało się utrzymać atmosfery z pierwszych trzydziestu minut filmu, gdzie mamy do czynienia z przykuwającą uwagę widza ekspozycją głównych bohaterów i zgrabnie poprowadzonymi dialogami. W drugiej części coraz mniej jest jednak błyskotliwości i emocji nie przekazuje się w inny sposób niż rzucanie podwórkową łaciną, czy też kopanie butem w metalową szafkę. W końcowych fazach filmu, kiedy to akcja nabiera tempa i cała karuzela zdarzeń wskakuje na najwyższe obroty, można na te niedociągnięcia przymknąć oko. Jednak w środkowej części, brak dobrze napisanych i zagranych dialogów wywołuje niebezpieczny, ziewogenny efekt.

Zbliżając się do podsumowania nie można wspomnieć o warstwie historycznej. „Karbala” to adaptacja książki autorstwa Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki, którzy zdecydowali się przywrócić pamięć o bohaterskich polskich i bułgarskich żołnierzach. Ich losy nie były dotąd znane, gdyż zgodnie z decyzją dowództwa US zasługa za utrzymanie City Hall miała być w całości przyznana irackim żołnierzom. Cała ta sprawa demaskuje rolę Polski w strukturach Paktu Północnoatlantyckiego, jako będącej jedynie pionkiem w większej grze, który można poświęcić, aby zwiększyć pulę wygranej. Warto też wspomnieć o znamiennej scenie, w której to amerykańscy żołnierze robią zdjęcia polskiemu sprzętowi. Inaczej nikt by nie uwierzył, że ktoś przyjechał do Iraku na czymś, co było w użyciu jeszcze za czasów komuny. Od tamtej pory wprawdzie wiele się zmieniło i Polacy poruszają się w Rosomakach, niemniej takie obrazki uświadamiają nas, jak bardzo byliśmy w tyle jeżeli chodzi o wyposażenie za innymi wojskami Sojuszu.

Podsumowując: „Karbala” to film wyjątkowo solidny, będący swego rodzaju przełomem w polskim kinie wojennym, wyłamującym się poza schemat II Wojny Światowej. Wartko prowadzona akcja, wprost fenomenalnie wyglądająca scenografia i klimatyczna muzyka. Wszystko zniweczone zostało jednak przez niezbyt ciekawe dialogi i drewnianą, pretensjonalną grę aktorską, co przeszkadza w staniu się fenomenalnym dziełem X muzy. Oby „Karbala” stała się powiewem zmian i pierwszym postawionym krokiem, bo z pewnością jest jeszcze wiele nieznanych historii zasługujących na takie przedstawienie.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja